— Ależ musisz — stwierdziła Khouri. — Nie możesz takiej rzeczy przeprowadzić do końca.
To było chyba pierwsze zdanie wypowiedziane przez nią w ciągu całego dnia. Może miała trudności z zaakceptowaniem potwora, dla którego teraz pracowała: tego tyrańskiego wcielenia uprzednio porządnej Volyovej. Trudno nie rozumieć jej uczuć. Khouri spojrzała na siebie wnikliwiej i to, co zobaczyła, wydało się rzeczywiście czymś potwornym, nawet jeśli nie była to całkowita prawda.
— Kiedy już się czymś zagroziło — oznajmiła Volyova — w przypadku braku odzewu należy tę groźbę zrealizować. Leży to w interesie wszystkich zainteresowanych.
— A co, jeśli nie mogą spełnić naszych warunków? — spytała Khouri.
Volyova wzruszyła ramionami.
— To ich problem, nie mój.
Otworzyła łącze do Resurgamu i powiedziała swój kawałek — powtarzając żądania i oznajmiając o swym głębokim rozczarowaniu, że Sylveste nie został wydobyty na światło dzienne. Zastanawiała się właśnie, w jakim stopniu brzmi to przekonująco — czy koloniści naprawdę wierzą w jej groźby — kiedy przyszedł jej do głowy natchniony pomysł. Odpięła swą bransoletę, szepnęła polecenie, które poinstruowało statek, by przyjął ograniczone wejście od strony trzeciej i nie wyrządzał tej stronie krzywdy.
Podała bransoletę Khouri.
— Chcesz oszczędzić swe sumienie? Proszę bardzo.
Khouri oglądała urządzenie, jakby mogło nagle wypuścić kły lub plunąć jej w twarz jadem. W końcu uniosła bransoletę do ust, nie zapinając jej wokół przegubu.
— Dalej — przynaglała ją Volyova. — Mówię serio. Powiedz, co chcesz — zapewniam cię, że nie będzie to miało ani krzty wpływu.
— Przemówić do kolonistów?
— Tak. Jeśli myślisz, że łatwiej ich przekonasz niż ja.
Przez chwilę Khouri milczała. Potem — z wahaniem — zaczęła mówić do bransolety.
— Nazywam się Khouri. Bez względu na to, czy ma to znaczenie, chciałabym, żebyście wiedzieli, że nie jestem z tymi ludźmi. Nie zgadzam się z tym, co oni robią. — Wielkie i wystraszone oczy Khouri lustrowały mostek, jak gdyby oczekiwała, że zostanie ukarana za te słowa. Ale inni wykazywali tylko umiarkowane zainteresowanie.
— Zwerbowano mnie — oświadczyła. — Nie rozumiałam, czym są. Chcą Sylveste’a. Nie kłamią. Widziałam broń, jaką mają na tym statku, i sądzę, że ją wykorzystają.
Volyova przybrała wyraz znudzonej obojętności, tak jakby to wszystko było dokładnie tym, czego oczekiwała. Męcząco spodziewanym.
— Przykro mi, że nikt z was nie dostarczył Sylveste’a. Myślę, że Volyova mówi serio, kiedy twierdzi, że ukarze was za to. Chcę tylko powiedzieć, że lepiej dla was będzie, jeśli jej uwierzycie. I może, jeśli ktoś z was chce go dostarczyć teraz, nie będzie za późno, by…
— Wystarczy.
Volyova odebrała bransoletę.
— Przedłużam termin jedynie o godzinę.
Ale godzina minęła. Volyova szczeknęła zagadkowe polecenia do bransolety, powodując, że sektor wskoczył na swoje miejsce nad północnymi szerokościami Resurgamu. Czerwony krzyż celownika polował z ponurym, rekinim spokojem, aż zatrzymał się na konkretnej pozycji w pobliżu północnej czapki lodowej planety. Potem celownik zapulsował krwawą purpurą, a interfejs statusu poinformował Volyovą, że statkowe elementy dławienia orbitalnego — niemal najmniejsza broń, jaką statkowy system mógł zastosować — są obecnie aktywne, uzbrojone, skierowane na cel i gotowe.
Wtedy kobieta wznowiła przemowę do kolonistów.
— Ludu Resurgamu! Nasza broń właśnie się ustawiła na małe osiedle Phoenix, pięćdziesiąt cztery stopnie na północ i dwadzieścia na zachód od Cuvier. Za niecałe trzydzieści sekund Phoenix i jego bezpośrednie otoczenie przestaną istnieć.
Kobieta zwilżyła końcem języka wargi i ciągnęła dalej.
— To nasz ostatni przekaz w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Daję wam ten czas na dostarczenie Sylveste’a. Albo przełączymy się na większy cel. Uważajcie się za szczęśliwców, że zaczęliśmy od czegoś tak małego jak Phoenix.
Ogólny ton jej wypowiedzi, myślała Khouri, to ton nauczycielki cierpliwie wyjaśniającej, dlaczego kara, której za chwilę udzieli swoim uczniom, leży w ich najlepszym interesie i całkowicie została spowodowana ich własnym działaniem. Uniknęła stwierdzenia: „To będzie mnie boleć bardziej niż was”, ale gdyby to powiedziała, Khouri zupełnie by to nie zdziwiło. W gruncie rzeczy dziewczyna zastanawiała się, czy istniała jakaś czynność Volyovej, która w jakiś sposób by ją zdziwiła. Wydawało się, że nie tyle źle osądzała tę kobietę, co przydzieliła ją do kompletnie niewłaściwego gatunku. I nie tylko Volyovą, lecz całą załogę. Khouri uczuła ukłucie wstrętu, wzdragając się na myśl, do jakiego stopnia ośmieliła uważać się za jedną z nich. Było to tak, jakby wszyscy ściągnęli maski z twarzy, odsłaniając węże.
Volyova strzeliła.
Przez chwilę — długą, brzemienną chwilę — nic się nie działo. Khouri zaczęła bawić się myślą, że może mimo wszystko cała sprawa była blefem. Ale nadzieja ta trwała do chwili, gdy ściany mostka zadrżały — jak gdyby cały statek był starożytnym żaglowcem morskim ocierającym się o górę lodową. Khouri nie poczuła nic z tego ruchu, gdyż przegubowy wysięgnik fotela poruszył się, by wygładzić wibracje. Ale nie miała wątpliwości, że to widziała, i po kilku sekundach usłyszała dźwięk, jakby odległego grzmotu.
Bronie kadłubowe wystrzeliły.
Na rzutowanym obrazie Resurgamu odczyty broni odświeżyły się i zmieniły, by opisać stan uzbrojenia w chwilę po jego ustawieniu. Hegazi sprawdzał odczyty swego fotela, jego naocznik pstrykał i warczał, gdy wchłaniał nowości.
— Elementy dławiące wypaliły — oznajmił suchym i pozbawionym emfazy głosem. Systemy naprowadzania na cel potwierdzają właściwe ustawienie. — Potem z władczą powolnością popatrzył na globus.
Khouri spojrzała za jego wzrokiem.
Była tam — w miejscu gdzie uprzednio nie było nic, niedaleko krawędzi północnej czapki biegunowej Resurgamu — drobna gorącoczerwona plamka, jak złe szczurze oko w skorupie świata. Teraz ciemniało, niczym gorąca igła właśnie wyciągnięta z koksownika. Jednak ciągle była raniąco jasna, ciemniejąca nie tyle z powodu ochładzania się, ile dlatego, że coraz bardziej zasłaniały ją gigantyczne woalki z podniesionego planetarnego gruzu. W oknach, ukazujących przelotnie koagulującą ciemną burzę, Khouri dostrzegała tańczące macki błyskawic, ich jaskrawy zapłon rozświetlał krajobraz na setki kilometrów dookoła. Od miejsca ataku rozchodziła się niemal kolista fala uderzeniowa. Khouri obserwowała jej ruch za pośrednictwem subtelnej zmiany współczynnika załamania światła w powietrzu. Zjawisko podobne do nabierania przez kamienie pozornej płynności w płytkiej wodzie, gdy powierzchnię nad nimi wzburzą niewielkie fale.
— Nadchodzi wstępny raport o sytuacji — oznajmił Hegazi. Nadal udawało mu się utrzymać ton głosu sennego akolity, recytującego najnudniejsze z pism. — Funkcjonalność broni: nominalna. Dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek cztery procent prawdopodobieństwa, że cel został kompletnie zneutralizowany. Siedemdziesiąt dziewięć procent prawdopodobieństwa, że nikt w promieniu dwustu kilometrów nie ocalał, chyba żeby znajdował się za kilometrem pancerza.
— Te szansę mi wystarczą — powiedziała Volyova. Studiowała jeszcze przez chwilę ranę w powierzchni Resurgamu, najwidoczniej sycąc się myślą o destrukcji na skalę planetarną.
PIĘTNAŚCIE