— Blefowali — powiedziała Sluka. I wtedy właśnie nad północnym horyzontem zabłysnął nagle fałszywy świt, zmieniając przesłaniające go granie i skały w czarne wycinanki. Płomień miał jasność wybuchu magnezji, obramowanego fioletem. Wkrótce przeładował on całe pasy pola widzenia Sylveste’a, pozostawiając, tam gdzie płonął, drętwe próżnie.
— Może zgadłabyś jeszcze raz? — zaproponował.
Przez chwilę Sluka wydawała się niezdolna do udzielenia odpowiedzi. Patrzyła tylko na płomień, zahipnotyzowana jego promiennością i niesionym przezeń przesłaniem okrucieństwa.
— Mówił ci, że to zrobią — powiedziała Pascale. — Powinnaś była go słuchać. Znał tych ludzi. Wiedział, że przeprowadzą dokładnie to, co obiecali.
— Nigdy bym nie pomyślała, że ma rację — odparła Sluka głosem tak cichym, że zdawało się, iż mówi do siebie. Mimo blasku wieczór nadal był absolutnie cichy, wolny nawet od zwykłej muzyki resurgamskich wiatrów. Myślałam, że groźba taka jest zbyt potworna, by brać ją poważnie.
— Dla nich żadna potworność nie jest zbyt wielka. — Oczy Sylveste’a powracały do normalnego stanu, teraz widział już twarze kobiet stojących z nim na płaskowyżu Mantell. — Od tej pory lepiej, byś wierzyła słowom Volyovej. Myśli to, co mówi. Za dwadzieścia cztery godziny powtórzy to wszystko, chyba że mnie wydasz.
Sluka zdawała się nie słyszeć.
— Może powinniśmy zejść na dół — powiedziała tylko.
Sylveste zgodził się, choć zanim skierowali się z powrotem do wnętrza mesy, wzięli zgrubny namiar kierunku, w którym widzieli błysk. — Wiemy, kiedy to się zdarzyło — oznajmił Sylveste. — I znamy kierunek. Kiedy nadejdzie fala ciśnieniowa, będziemy znali również odległość od miejsca trafienia. Osiedla na Resurgamie nadal są szeroko rozrzucone, więc łatwo określimy, które to z nich.
— Powiedziała, jak to miejsce się nazywa — zauważyła Pascale.
Sylveste skinął głową.
— Ale mimo, że wierzę w każdą jej groźbę, wiem również, że Volyovej ufać nie można.
— Nie wiem nic o Phoenix — oznajmiła Sluka, gdy zjeżdżali windą towarową. — Myślałam, że znam większość ostatnio utworzonych osiedli. Ale z drugiej strony w ciągu ubiegłych kilku lat niezupełnie byłam w sercu rządu.
— Ona zaczęłaby od czegoś małego — powiedział Sylveste. — W innym przypadku nie miałaby miejsca na eskalację. Możemy założyć, że Phoenix było łatwym celem — placówką naukową lub geologiczną, czymś, od czego reszta kolonii nie jest materialnie zależna. Innymi słowy, to po prostu ludzie.
Sluka pokręciła głową.
— Mówimy o nich w czasie przeszłym, a nigdy nawet nie omawialiśmy ich w czasie teraźniejszym. To tak jakby istnieli sobie jedynie po to, by umrzeć.
Sylveste czuł się chory, mdliło go i zbierało się na wymioty. To jest, myślał sobie, jedyna okazja, gdy takie uczucie zo — stało wzbudzone wydarzeniem zewnętrznym, czymś, w czym bezpośrednio nie brał udziału. Nie czuł się tak nawet wtedy, gdy umarła Carine Lefevre. To nie on popełnił tę pomyłkę — ten błąd. I mimo że w dyskusji ze Sluką utrzymywał, że załoga spełni swoją groźbę, jakaś jego część czepiała się myśli, że w końcu tego nie zrobią, że on się myli, a Sluka i inni humaniści nie. Możliwe, że na miejscu Sluki, bez względu na to, jak czułby się przed atakiem, także zignorowałby ostrzeżenie. Kiedy grasz sam, karty zawsze wyglądają inaczej — są obciążone wieloma subtelnie różniącymi się od siebie możliwościami.
Fala ciśnieniowa nadeszła trzy godziny później. Niewiele większa od porywu wiatru, ale ten poryw w tak cichą noc był kompletnie nie na miejscu. Kiedy przeszła, zostawiła za sobą powietrze turbulentne, z nagłymi szkwałami, jakby zbierało się na pełnokrwistą burzę maczetową. Pomiar czasu wstrząsów wykazał, że miejsce ataku znajdowało się od nich niecałe trzy i pół tysiąca mil (potwierdziły to również dane sejsmiczne); obserwacje wizualne wskazały kierunek prawie dokładnie na północny zachód. Wycofawszy się pod strażą do pokoju sztabowego Sluki, wybili się ze snu mocną kawą i wywołali z archiwów Mantell globalne mapy kolonii.
Sylveste, zdenerwowany, popijał kawę.
— Tak jak mówiłaś, mogli uderzyć w nowe osiedle. Czy te mapy zostały zaktualizowane?
— Mniej więcej — odparła Sluka. — Uzupełniono je danymi z centrali kartograficznej Cuvier około roku temu, zanim sprawy tutaj przybrały poważny obrót.
Sylveste spojrzał na mapę, rzutowaną na stół Sluki, jak widmowy, topograficzny obrus. Przedstawiany obszar miał dwa tysiące kilometrów kwadratowych, był wystarczająco duży, by zawierać zniszczoną kolonię, nawet jeśli kierunek ocenili bardzo zgrubnie.
Ale nie było ani śladu Phoenix.
— Potrzebujemy nowszej mapy — powiedział Sylveste. — Możliwe, że tę placówkę założono w zeszłym roku.
— Załatwienie jej nie będzie proste.
— Więc lepiej znajdźcie jakiś sposób. Będziesz musiała podjąć decyzję w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Prawdopodobnie najważniejszą decyzję w swoim życiu.
— Nie pochlebiaj sobie. Już w zasadzie zdecydowałam, że pozwolę im cię zabrać.
Sylveste wzruszył ramionami, jakby nie miało to dla niego znaczenia.
— Nawet w takim wypadku powinnaś znać fakty. Będziesz miała do czynienia z Volyovą. Jeśli nie uwierzysz, że jej groźby są prawdziwe, sprawdzenie jej blefu może cię kusić.
Obrzuciła go długim, twardym spojrzeniem.
— Nadal mamy — teoretycznie — podłączenie do transmisji danych z Cuvier, przez resztki pasa satelitów komunikacyjnych. Ale nie używano ich od czasu, gdy zniszczono kopuły. Otwarcie ich może okazać się ryzykowne — ślady przekazu mogą wskazać nasze miejsce pobytu.
— Powiedziałbym, że akurat w tej chwili jest to najmniejsze zmartwienie kogokolwiek.
— Ma rację — dodała Pascale. — Gdy dzieje się to wszystko, kto by się zajmował drobnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa w Cuvier? Powiedziałabym, że warto się postarać, choćby po to, by mieć mapy zaktualizowane.
— Ile czasu to zajmie?
— Godzinę czy dwie. Czyżbyś planował jakiś wyjazd?
— Nie — odparł Sylveste. — Jednak ktoś może podjąć za mnie taką decyzję.
Podczas oczekiwania na rewizję map znowu wyszli na powierzchnię. Nisko na północnym wschodzie nie było gwiazd, ale po prostu bryła czarnej jak sadza nicości, jak gdyby zza horyzontu wyłaniała się gigantyczna przykucnięta postać. Musiała to być ściana wzniesionego pyłu, dążąca w ich kierunku.
— Spowije świat na całe miesiące — powiedziała Sluka. — To tak, jakby wybuchł wielki wulkan.
— Coraz mocniej wieje — zauważył Sylveste.
Pascale kiwnęła głową.
— Czy mogli zrobić coś takiego — zmienić pogodę tak daleko od miejsca ataku? Co, jeśli broń, którą zastosowali, powoduje skażenie radioaktywne?
— Niekoniecznie — odparł Sylveste. — Pewne bronie oparte na energii kinetycznej wystarczyłyby. Znając Volyovą, wiem, że nie zrobiłaby nic więcej ponadto, co jest absolutnie niezbędne. Ale masz rację, martwiąc się o promieniowanie. Ta broń otwarła dziurę aż do litosfery. Bóg jeden wie, co wydostało się ze skorupy planetarnej.
— Nie powinniśmy spędzać tak wiele czasu na powierzchni.
— Zgoda, ale to prawdopodobnie dotyczy całej kolonii.
W drzwiach wyjściowych pojawił się jeden z asystentów Sluki.
— Macie mapy? — zapytała.
— Daj nam jeszcze pół godziny. Mamy dane, lecz jest je dość ciężko odszyfrować. Mamy jednak wiadomości z Cuvier. Złapaliśmy je, były rozpowszechniane publicznie.