— Mów dalej.
— Zdaje się, że statek zrobił zdjęcia… eee… rezultatów. Przetransmitowali je do stolicy, a teraz rozsyła się je po planecie. — Asystent wyjął z kieszeni poobijany kompnotes. Płaski ekran rzucał liliową poświatę, która rzeźbiła rysy twarzy mężczyzny. — Mam obrazki.
— Lepiej nam pokaż.
Asystent postawił kompnotes na chropowatej, wygładzonej wiatrami powierzchni mesy.
— Chyba zastosowali podczerwień — oznajmił.
Obrazy budziły przerażenie. Stopiona skała nadal wypływała z krateru i wiła się za nim. Tryskała też niczym z fontann z kilkudziesięciu nagle powstałych drobnych wulkaników. Wszelkie ślady osiedla zostały unicestwione, przełknięte przez szeroki na kilometr lub dwa kocioł krateru. W pobliżu jego centrum widniały rozległe łaty, szkliste, gładkie i czarne jak noc — sprawiały wrażenie zestalonej smoły.
— Przez chwilę miałam nadzieję, że się mylę — powiedziała Sluka. — Miałam nadzieję, że błysk, a nawet fala ciśnieniowa… Miałam nadzieję, że to tylko jakieś oszustwo… cyrkowa sztuczka. Nie widzę jednak możliwości, jak mogliby wywołać taki efekt, gdyby rzeczywiście nie zrobili dziury w planecie.
— Za chwilę będziemy wiedzieli na pewno — powiedział asystent. — Mniemam, że mogę mówić swobodnie?
— Sprawa dotyczy Sylveste’a — powiedziała Sluka. — Może więc równie dobrze to słyszeć.
— Cuvier wysłało samolot nad miejsce ataku. Będą mogli sprawdzić, czy te obrazy zostały sfabrykowane, czy nie.
Gdy powrócili pod ziemię, mapy rozszyfrowano i w archiwum Mantell zamieniono stare kopie. Jeszcze raz wrócili do pokoju sztabowego Sluki, by przejrzeć dane. Tym razem informacje towarzyszące mapom wskazywały, że odwzorowania zaktualizowano jedynie przed kilkoma tygodniami.
— Doskonale sobie poradzili — zauważył Sylveste. — Utrzymywać kartografię na poziomie, gdy wokół nich wali się miasto. Podziwiam ich poświecenie.
— Do diabła z ich motywacją. — Sluka tarła palcami jeden z globusów ustawionych na postumentach po obu stronach pokoju. Sprawiała wrażenie, że chce zakotwiczyć się na planecie, która bez względu na jej wysiłki, nieubłaganie się obraca. — Obchodzi mnie tylko, czy jest tam Phoenix, czy jak to oni nazwali.
— Rzeczywiście, jest — powiedziała Pascale.
Jej palec przebił rzutowany teren i wskazał drobną, zaopatrzoną w etykietę kropkę na zaludnionych poza tym obszarach północno-wschodnich.
— To jedyne osiedle tak daleko na północy — powiedziała. — I mniej więcej we właściwym kierunku. A także nazywa się Phoenix.
— Co jeszcze o nim macie?
Asystent Śluki — mały mężczyzna z delikatnie natłuszczonymi wąsikami i kozią bródką — przemówił cicho do zamocowanego na rękawie kompnotesu, polecając mu powiększyć okolice osiedla. Nad stołem zakwitła seria ikon demograficznych.
— Niewiele. Kilka wielorodzinnych schronów powierzchniowych połączonych rurami. Parę podziemnych zakładów. Bez połączeń naziemnych, choć mieli lądowisko dla pojazdów powietrznych.
— A ludność?
— Nie sadzę, żeby słowo „ludność” było tu właściwe. Coś koło setki, osiemnaście jednostek rodzinnych. Na pierwszy rzut oka większość z Cuvier. — Mężczyzna wzruszył ramionami. — W gruncie rzeczy, jeśli na tym polegał jej pomysł, by uderzyć kolonie, to wyszliśmy z tego wyjątkowo dobrze. Około setki ludzi — cóż, to tragedia. Ale jestem zdziwiony, że nie wybrali sobie celu bardziej zaludnionego. Sam fakt, że nikt z nas nie wiedział o istnieniu tego miejsca, prawie unicestwia uzyskany efekt, nie sądzicie?
— Jaka to wspaniale absurdalna rzecz. — Sylveste wbrew sobie pokiwał głową.
— Co takiego?
— Ludzka zdolność do żalu. Po prostu, gdy liczba martwych przekracza kilkadziesiąt, nie jest ona w stanie wywołać właściwej reakcji emocjonalnej. I ta reakcja nie staje na określonym poziomie — po prostu nic się nie dzieje, nie reagujemy. Przyznajcie to. Nikt z nas nie czuje w związku z tymi ludźmi absolutnie nic. — Sylveste spojrzał na mapę, myśląc o tym, co czuli tamtejsi mieszkańcy po ostrzeżeniu, w ciągu tych kilku sekund, które dała im Volyova. Zastanawiał się, czy ktoś z nich zadał sobie trud opuszczenia domu i zwrócenia się twarzą ku niebu, by przyśpieszyć — o ułamek sekundy — nadchodzące unicestwienie. — Ale wiem jedno. Mamy wszelkie niezbędne dowody, wskazujące, że to kobieta dotrzymującą słowa. A to z kolei oznacza, że musicie wypuścić mnie do nich.
— Bardzo niechętnie cię tracę — powiedziała Sluka. — Ale nie wygląda, bym w tej sprawie miała wielki wybór. Oczywiście, zechcesz się z nimi skontaktować.
— Naturalnie — odrzekł Sylveste. I oczywiście Pascale pójdzie ze mną. Ale chciałbym, żebyś wyświadczyła mi pewną przysługę.
— Przysługę? — W głosie Sluki brzmiało rozbawienie, jak gdyby była to ostatnia rzecz, której się po nim spodziewała. — Cóż, co mogę dla ciebie zrobić, kiedy już staliśmy się tak bliskimi przyjaciółmi?
Sylveste uśmiechnął się.
— Tak naprawdę to chcę tego nie tyle od ciebie, ile od doktora Falkendera. Widzisz, sprawa dotyczy moich oczu.
Volyova obserwowała z unoszącego się, zawieszonego na wysięgniku fotela wyniki swego działania na planecie. Widniały wyraźne, precyzyjnie zobrazowane na sferze projekcyjnej mostka. W ciągu ubiegłych dziesięciu godzin widziała, jak rana na skorupie globu wyciąga ciemne cyklonowe macki coraz dalej od ogniska, co świadczyło, że pogoda w tym rejonie — i w konsekwencji wszędzie na planecie — została przerzucona do punktu nowej, gwałtownej równowagi. Zgodnie z zebranymi lokalnie danymi koloniści na Resurgamie nazywali takie zjawiska burzami maczetowymi, by podkreślić nieubłaganą tendencję powietrznego pyłu do ścinania wszystkiego, co stanie mu na drodze. Obserwacja była fascynująca, niczym sekcja przedstawiciela jakiegoś nieznanego gatunku zwierząt. Choć lepiej znała planety niż większość kolegów z załogi, nadal znajdowała tam wiele rzeczy, które uważała za zaskakujące i w niemałym stopniu niepokojące. Niepokoiło, że po prostu przedziurawienie planetarnej skorupy może spowodować tak wielkie skutki — i to nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie zaatakowanego miejsca, ale o tysiące kilometrów dalej. Wiedziała, że w końcu skutki jej akcji będą odczuwane we wszystkich punktach planety. Wzniesiony kurz w końcu osiądzie, cienką, poczerniałą lekko radioaktywną błonką, rozłożoną dość równomiernie na całym globie. W rejonach klimatu umiarkowanego błona zostanie wkrótce zmyta przez procesy pogodowe wzbudzone przez kolonistów — jeśli oczywiście procesy te nadal będą czynne. Jednak w rejonach arktycznych deszcze nigdy nie padały, więc warstwa drobniutkiego kurzu pozostanie nieruszona przez stulecia. W końcu przykryją ją inne nawarstwienia i błonka pyłu stanie się częścią nieodwracalnej geologicznej historii planety. Może, zadumała się Triumwir, za parę milionów lat na Resurgam przybędą inne istoty, posiadające podobną cechę ciekawości jak ludzie. Będą chciały dowiedzieć się czegoś o historii planety i w tym celu pobiorą próbki skorupy, sięgając głęboko w przeszłość Resurgamu. Niewątpliwie ta warstwa osiadłego kurzu nie będzie jedyną zagadką do rozwiązania, niemniej jednak będą się nad nią zastanawiać, choćby przelotnie. I nie miała wątpliwości, że ci hipotetyczni przyszli badacze, rozważając pochodzenie tej warstewki, dojdą do całkowicie mylnych wniosków. Nigdy nie wpadnie im na myśl, że leży tam ona w wyniku świadomego aktu czyjejś woli.
Volyova przespała tylko kilka godzin z ostatnich trzydziestu, ale obecnie jej energia była chyba niewyczerpana. Oczywiście zapłaci za to kiedyś w przyszłości, ale w tej chwili mknęła z pełną szybkością i ten rozpęd nie dawał się zahamować. Mimo to, gdy Hegazi podjechał do niej na swym fotelu, nie przełączyła się natychmiast w tryb czujności.