Volyova zwracała się do bransolety:
— „Nieskończoność”, chciałabym, żebyś skorelowała głos, jaki za chwilę usłyszysz, z pokładowymi zapisami Sylveste’a. W wypadku braku zgodności powiadom mnie natychmiast bezpiecznym displejem.
— …mnie słyszycie — głos Sylveste’a popłynął ku nim od połowy zdania. Powtarzam, chcę wiedzieć, czy mnie słyszycie. Żądam potwierdzenia odbioru, dziwko. Żądam pieprzonego potwierdzenia odbioru!
— To on, tak jest. — Volyova zagłuszała głos mężczyzny. — Poznałabym wszędzie ten opryskliwy ton. Lepiej go stamtąd wyciągnąć. Sądzę, że nadal nie mamy jeszcze na niego namiaru?
— Przykro mi. Będziesz musiała zwrócić się do kolonii jako całości i przyjąć, że ma środki, by cię słyszeć.
— Jestem pewna, że nie zaniedbałby takiego szczegółu. — Volyova spojrzała na bransoletę — statek jak dotychczas nie odrzucił hipotezy, że głos należy do Sylveste’a. Uwzględniono tolerancję, gdyż Sylveste, który kiedyś wszedł na pokład, był znacznie młodszą wersją mężczyzny, którego teraz szukali, więc nie spodziewano się, że głos będzie pasował idealnie. Ale nawet po uwzględnieniu tych czynników wydawało się coraz bardziej prawdopodobne, że go znaleźli i że nie jest to po prostu jeszcze jeden nieszczęśliwy udawacz, który występuje, by „ocalić” kolonię. — W porządku, podłącz mnie. Sylveste? Tu Volyova. Powiedz, czy to słyszysz.
Głos mężczyzny brzmiał teraz czyściej:
— Najwyższy kurewski czas.
— Sadzę, że możemy przyjąć to za „tak” — powiedział Hegazi.
— Musimy przedyskutować szczegóły przetransportowania ciebie tutaj i wydaje mi się, że bardzo ułatwi sprawę, jeśli to zrobimy na bezpiecznym kanale. Jeśli podasz mi swe obecne położenie, możemy dokładnie omieść czujnikami ten region i odbierać twoją transmisję ze źródła, omijając przekaźnik w Cuvier.
— Posłuchajcie, dlaczego chcecie, żebym to zrobił? Czy chcecie coś zataić przed resztą mieszkańców kolonii? — Sylveste zamilkł, ale umysł Volyovej umieścił w tym miejscu szyderczy śmiech. — Mimo wszystko dotychczas nie zwlekaliście z wciąganiem ich do tego. — Następna pauza. — Przy okazji, niepokoi mnie, że mam do czynienia z tobą, a nie z Sajakim.
— Jest niedysponowany — wyjaśniła Volyova. — Podaj mi swą pozycję.
— Przykro mi, ale to jest niemożliwe.
— Musisz się lepiej postarać.
— Czemu miałbym się o to troszczyć? W waszych rękach są wszystkie strzelby. Znajdziecie rozwiązanie.
Hegazi pomachał ręką, pokazując Volyovej, by wyłączyła radio.
— Może nie może wyjawić swojej pozycji.
— Nie może?
Hegazi postukał palcem wskazującym swój wzmocniony stalą nos.
— Ci, co go więżą, mogą mu nie pozwalać. Są gotowi go wypuścić, ale nie chcą zdradzić swego położenia.
Volyova kiwnęła głową, przyznając, że sugestia Hegaziego prawdopodobnie jest bliska prawdy. Wznowiła kontakt.
— Dobrze, Sylveste. Chyba rozumiem twoją trudną sytuację. Zakładam, że masz środki do poruszania się, i proponuję następujący kompromis. Mniemam, że twoi… hm… gospodarze niewątpliwie mogą coś naprędce zorganizować?
— Mamy transport, jeśli właśnie o to pytasz.
— W takim razie masz jeszcze sześć godzin. Wystarczający czas, byś dostał się do miejsca dostatecznie odległego od tego, gdzie teraz przebywasz. Więc nie zdradzisz tego miejsca, jeśli wtedy podasz swą pozycję. Ale jeśli cię nie usłyszymy w ciągu sześciu godzin, przeprowadzimy atak na następny cel. Czy to dostatecznie jasne dla wszystkich zainteresowanych?
— Och tak — powiedział zwięźle Sylveste. — Całkowicie jasne.
— Jeszcze jedno.
— Tak?
— Zabierz ze sobą Calvina.
SZESNAŚCIE
Sylveste czuł, jak samolot wyrusza w podróż, z początku poruszając się poziomo, by wydostać się z wykopanego hangaru Mantell, a potem nabierając szybko wysokości i skręcając, by uniknąć zderzenia z nagromadzonymi warstwami sąsiedniej mesy. Sylveste zrobił sobie okno, lecz gęstniejący pył nie pozwalał na nic więcej prócz migawkowych zerknięć na bazę. Płaskowyż, w którym wykopano jej tunele, spadał pod jaskrawą krzywą plazmowego skrzydła. Wiedział, i był tego absolutnie pewien, że nie powróci. Że ogląda po raz ostatni nie tylko Mantell, lecz całą kolonię. Nie mógł określić dokładnie, dlaczego tak czuje.
Maszyna była najmniejszym i najmniej cennym samolotem, który mogło dostarczyć osiedle — niewiele większym niż wolantory, którymi latał w Chasm City, wieki temu. Była także dość szybka, by sześć godzin wystarczyło na oddalenie się od mesy na dostateczną odległość. Samolot mógł wieźć cztery osoby, ale lecieli nim tylko Sylveste i Pascale. Mimo to — przynajmniej jeśli chodzi o swobodę poruszeń — byli nadal więźniami Sluki. Jej ludzie zaprogramowali trasę lotu wcześniej i samolot zboczyłby z kursu jedynie wtedy, gdyby autopilot osądził, że warunki pogodowe bezwzględnie tego wymagają. Jeśli zaś warunki na ziemi dałyby się znieść, wysadzi Sylveste’a z żoną w z góry przewidzianym miejscu, które nadal dla Volyovej i jej załogi pozostawało nieznane. Jeśli i tam warunki będą zle, w tym samym obszarze zostanie wybrane inne miejsce lądowania.
Samolot nie pozostanie długo na gruncie. Kiedy wypuści Sylveste’a i Pascale — z zapasami wystarczającymi na kilka godzin — wystartuje pośpiesznie i powróci do Mantell, unikając niezniszczonych jeszcze systemów radarowych, które mogłyby powiadomić Resurgam City o jego trasie. Potem Sylveste skontaktuje się z Volyovą i poda swoje położenie, choć — ponieważ wtedy będzie już nadawał bezpośrednio — nie miałaby ona trudności z namierzeniem jego pozycji. Potem dalszy bieg spraw będzie spoczywał w rękach Volyovej. Sylveste nie miał pojęcia, co się wydarzy ani w jaki sposób zostanie zabrany na pokład. To już jej problem, nie jego. Wiedział tylko, że jest bardzo nieprawdopodobne, że cała ta sytuacja to pułapka. Choć Ultrasi pragnęli dostępu do Calvina, Calvin bez Sylveste’a był zasadniczo bezużyteczny. Będą rzeczywiście chcieli bardzo o niego zadbać. A jeśli ta sama logika nie stosowała się również do Pascale, Sylveste podjął kroki, by usunąć tę jej wadę.
Samolot wyrównał kurs. Leciał poniżej średniego poziomu płaskowyżów, wykorzystując ich masy jako osłonę. Co kilka sekund skręcał, sterując przez rozdzielające mesy, wąskie, kanionopodobne korytarze. Sylveste miał nadzieje, że mapy terenu, na których oparto trasę lotu, nie zostały ostatnio zdezaktualizowane przez obsunięcia się gruntu. Gdyby tak było, przejażdżka trwałaby znacznie krócej niż sześć godzin, udzielone im przez Volyovą.
— Gdzie, do diabła… — Calvin, który właśnie pojawił się w kabinie, gorączkowo rozglądał się wokół. Jak zwykle pojawił się w ogromnym, zbytkownie wysłanym fotelu. W kabinie nie było miejsca na jego masę, więc krańce siedzenia znikały niedorzecznie w ścianach. — Gdzie do diabła jestem? Nic nie odbieram! Co do cholery się wydarzyło? Powiedz!
Sylveste zwrócił się do żony:
— Kiedy się rozbudzi, przede wszystkim obwąchuje lokalne otoczenie cybernetyczne — to pozwala mu na zorientowanie się, gdzie jest, ustalenie ram czasowych i tak dalej. Kłopot polega na tym, że teraz nie ma tu lokalnego otoczenia cybernetycznego, więc jest trochę zdezorientowany.
— Przestań o mnie mówić, jakbym był nieobecny. Gdzie do diabła jest to „tutaj”?