Выбрать главу

— Jesteś w samolocie — wyjaśnił Sylveste.

— Samolot? To nowość. — Cal kiwnął głową, odzyskując nieco równowagę. — Rzeczywiście, nowość. Nie sadzę, żebym którymś wcześniej latał. Przypuszczam, że nie masz nic przeciwko zaznajomieniu swego starego papy z kilkoma zasadniczymi faktami?

— Właśnie dlatego cie obudziłem. — Sylveste przerwał i skasował okna; nie było żadnego widoku i niezmienny pyłowy kir tylko przypominał o tym, co ich oczekuje natychmiast po wyjściu z samolotu. — Nie wyobrażaj sobie ani przez chwilę, że chciałem po prostu pogwarzyć sobie przy kominku, Cal.

— Wyglądasz starzej, synu.

— Tak. Cóż, niektórzy z nas muszą ciągnąć ten interes bycia żywym w entropijnym wszechświecie.

— Oj. To boli, wiesz?

— Przestań, dobrze? — wtrąciła Pascale. — Nie ma czasu na kąśliwe uwagi.

— Nie wiem — odparł Sylveste. — Pięć godzin to dostatecznie długo. Co o tym sądzisz, Cal?

— Też prawda. W każdym razie, co ona wie? — Cal popatrzył gniewnie na dziewczynę. — To tradycja, kochanie. W ten sposób my — jak to powiedzieć — witamy się po długim niewidzeniu. Gdyby wykazał nawet najsłabszy cień serdeczności w stosunku do mnie, wtedy naprawdę zacząłbym się martwić. To by znaczyło, że chce ode mnie jakiejś boleśnie trudnej przysługi.

— Nie — odparł Sylveste. — By uzyskać tylko boleśnie trudną przysługę, po prostu zagroziłbym ci wymazaniem. Nigdy od ciebie nie potrzebowałem czegoś dostatecznie wielkiego, by aż trzeba było być miłym, i wątpię, czy kiedykolwiek będę czegoś takiego potrzebował.

Calvin mrugnął do Pascale.

— Oczywiście ma rację. Głuptas ze mnie.

Przejawił się w popielatym surducie z wysokim kołnierzem, o rękawach ozdobionych przeplatającymi się złotymi szewronami. Obutą w długi but stopę położył na kolanie drugiej nogi, więc ogon surduta udrapował się na wzniesionej nodze długą zasłoną łagodnie sfalowanego materiału. Jego broda i wąsy osiągnęły jakiś byt poza stanem ufryzowania — zostały wyrzeźbione w całość o takim stopniu komplikacji, że mogły być tylko utrzymywane dzięki drobiazgowej uwadze serwitorów. W jednym z oczodołów spoczywał bursztynowy monokl do danych (afektacja, gdyż Calvin od urodzenia nosił implant bezpośredniego interfejsu), a jego włosy (teraz długie) sięgały za tył czaszki wypomadowanym zawijasem powtórnie łączącym się ze skalpem gdzieś powyżej karku. Sylveste próbował umiejscowić ten portret w czasie, ale bez powodzenia. Niewykluczone, że taka postać odnosiła się do jakiejś szczególnej ery w życiu Calvina na Yellowstone. Równie możliwe, że symulacja zbudowała go zupełnie od zera, by zabić czas, gdy startowały wszystkie jego podprogramy pomocnicze.

— Tak więc, w każdym razie…

— Samolot wiezie mnie na spotkanie z Volyovą — powiedział Sylveste. — Oczywiście ją pamiętasz?

— Jakże moglibyśmy zapomnieć. — Calvin wyjął swój monokl i z roztargnieniem przecierał go rękawem. — A jak do tego wszystkiego doszło?

— To długa historia. Przycisnęła kolonię. Musieli mnie przekazać, wybór mieli niewielki. Ciebie też przekazali.

— Mnie też chciała?

— Nie rób z tego powodu takiej zdziwionej miny.

— Nie robię. To mina rozczarowana. I oczywiście do wchłonięcia naraz to raczej dużo materiału. — Calvin wsadził monokl z powrotem w oczodół. Jedno oko, powiększone, patrzyło gniewnie za bursztynem. Czy sądzisz, że chce nas obu dla ochrony, czy też może myśli o czymś szczególnym?

— Chyba to drugie. Ale nie mówiła otwarcie o swych zamiarach.

Calvin kiwnął w zamyśleniu głową.

— Więc miałeś do czynienia tylko z Volyovą, czy tak?

— Wydaje ci się to dziwne?

— Oczekiwałbym, że nasz przyjaciel Sajaki pokaże w którymś momencie swoje oblicze.

— Ja też, ale ona nawet nie napomknęła o jego nieobecności. — Sylveste wzruszył ramionami. — Czy naprawdę ma to znaczenie? Oni wszyscy są jednakowo podli.

— Oczywiście, ale z Sajakim wiedzielibyśmy przynajmniej, na czym stoimy.

— Masz na myśli klapę zapadni?

Calvin wykonał nieokreślony gest głową.

— Możesz mówić o tym człowieku, co chcesz, ale przynajmniej dotrzymuje słowa. I on — czy ten, kto tam rządzi — miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by cię nie niepokoić powtórnie aż do tej chwili. Ile czasu upłynęło od naszego ostatniego pobytu na pokładzie tej gotyckiej potworności, zwanej „Nostalgia za Nieskończonością”?

— Około stu pięćdziesięciu lat. Dla nich oczywiście o wiele mniej — tylko kilkadziesiąt lat.

— Lepiej przygotujmy się na najgorsze.

— Najgorsze co? — spytała Pascale.

— Że — zaczął Calvin z wypracowaną cierpliwością — będziemy mieli do wykonania pewne zadanie, związane z pewnym dżentelmenem. — Spojrzał zezem na Sylveste’a. — W każdym razie, co ona wie?

— Podejrzewam, że mniej, niż mi się wydawało. — Pascale nie wyglądała na rozbawioną.

— Powiedziałem jej jak najmniej — wyjaśnił Sylveste, spoglądając w punkt między swoją żoną i symulacją poziomu beta. — Dla jej własnego dobra.

— Och, dzięki.

— Oczywiście miałem pewne wątpliwości…

— Dan, czego ci ludzie chcą od ciebie i twego ojca?

— Ach, cóż, obawiam się, że to następna długa historia.

— Masz sześć godzin, sam to przyznałeś. Oczywiście, jeśli założymy, że was dwóch zniesie przerwanie tej sesji wzajemnego podziwu.

Calvin uniósł brew.

— Nigdy jeszcze nie słyszałem, by ktoś to tak nazywał. Ale może w jej opinii coś jest, co, synu?

— Tak. Poważne niezrozumienie sytuacji — odparł Sylveste.

— Niemniej jednak, może powinieneś powiedzieć jej coś więcej, zaznajomić ją przynajmniej z ogólnym obrazem sytuacji i tak dalej?

Samolot wykonał szczególnie gwałtowny skręt. Jedynie Calvin nie zareagował na ten ruch.

— W porządku — zgodził się Sylveste. — Ale w dalszym ciągu uważam, że lepiej by wyszła na tym, gdyby wiedziała raczej mniej niż więcej.

— Może byście pozwolili, bym sama to osądziła — powiedziała Pascale.

Calvin uśmiechnął się.

— Radzę ci zacząć od opowiedzenia jej o drogim kapitanie Branniganie.

Tak więc Sylveste opowiedział jej resztę. Do tej pory rozmyślnie omijał temat tego, co dokładnie chce od niego Sajaki ze swoją załogą. Pascale oczywiście zawsze miała wszelkie prawa, by to wiedzieć… ale sam temat był dla Sylveste’a tak niestrawny, że cały czas go unikał. Nie, żeby miał osobiście coś przeciw kapitanowi Branniganowi czy mu nie współczuł. Kapitan był unikalną osobą z unikalnym przerażającym schorzeniem. Nawet jeśli obecnie nie był w żadnym sensie świadomy (według najlepszej wiedzy Sylveste’a), był świadomy w przeszłości i może znowu się takim stać w przyszłości, w przypadku — co prawda nieprawdopodobnym — że ktoś zdoła go uleczyć. Więc cóż z tego, że mroczna przeszłość kapitana kryła być może zbrodnie? Z pewnością ten człowiek w swym obecnym stanie odpokutował je tysiąckrotnie. Nie, z pewnością wszyscy życzyli kapitanowi dobrze i większość ludzi ochoczo poświęciłaby swój czas i energię, by mu pomóc, pod warunkiem, że nie okaże się to dla nich ryzykowne. Nawet zrobiliby to przy pewnym niewielkim ryzyku.

Ale załoga prosiła Sylveste’a o coś więcej niż po prostu podjęcie osobistego ryzyka. Będą go prosili, by poddał się Calvinowi. Aby pozwolił Calowi na inwazję swego umysłu i przejęcie władzy nad swymi funkcjami motorycznymi. Sama myśl o tym była odrażająca. Dostatecznie złe były stosunki z Calvinem jako symulacją poziomu beta — to tak jakby być nawiedzanym przez ducha własnego ojca. Sylveste zniszczyłby symulację poziomu beta już przed laty, gdyby nie okazywała się tak często użyteczna. Jednak sama świadomość, że symulacja istnieje, sprawiała, że czuł się nieswojo. Cal był zbyt spostrzegawczy, zbyt przenikliwy w swych osą… symulowanych osądach. Program wiedział, co Sylveste zrobił z symulacją poziomu alfa, choć nigdy tej sprawy nie poruszył i nie powiedział tego wyraźnie. Lecz zawsze, kiedy symulacja wchodziła do jego głowy, zdawała się zapuszczać w niego coraz głębiej macki. Za każdym kolejnym razem wydawało się, że symulacja zna go lepiej, że lepiej potrafi przewidzieć jego własne reakcje. Czym wobec tego był, jeśli jego wolną wolę tak prosto naśladował kawałek oprogramowania, który teoretycznie nie posiadał w ogóle własnej świadomości? Oczywiście było to gorsze niż po prostu dehumanizujący aspekt procesu przekazu informacji. Ponadto procedura fizyczna była sama w sobie nieprzyjemna, gdyż jego własne świadome sygnały motoryczne musiały być zablokowane przy swoim źródle, zatamowane krupnikiem chemicznych neuronowych inhibitorów. Zostanie sparaliżowany, a jednak będzie się poruszał — dawniej dokładnie tak wyobrażano sobie opętanie przez demona. To doświadczenie zawsze było koszmarem, czymś, czego nigdy nie chciał powtarzać.