Выбрать главу

Na wysokości dwudziestu kilometrów skafandry wykorzystały swoje dysze, by zwolnić do szybkości zaledwie naddźwiękowej. Teraz się przekształciły, adaptując do gęstniejącej atmosfery, zamieniły w samoloty wielkości człowieka. Skafandry wypuściły na plecach stabilizujące płetwy, a części twarzowe powróciły do przezroczystości. Przytulnie ułożona w objęciach skafandra Khouri niemal nie czuła tych zmian, jeśli nie liczyć niewielkiego nacisku materiału, który popychał jej kończyny z jednych pozycji do innych.

Na piętnastu kilometrach szósty skafander złamał szyk i nabrał szybkości hipersonicznych, skonfigurowawszy się w optymalny kształt aerodynamiczny. Żaden człowiek nie poddany drastycznym zabiegom chirurgicznym nie wpasowałby się w skafander o tym kształcie. Skafander zniknął za horyzontem w ciągu kilku sekund, prawdopodobnie poruszając się szybciej, niż kiedykolwiek poruszał się jakiś sztuczny obiekt w atmosferze Resurgamu. By nie uciec od planety, stosował wyrzut z dyszy skierowanej do góry. Khouri wiedziała, że skafander leci, by zabrać Sajakiego — miał spotkać go obok wyznaczonego miejsca, tam gdzie Sajaki ostatnio komunikował się z okrętem. Praca mężczyzny na Resurgamie została zakończona.

Na dziesięciu kilometrach — utrzymując ciszę radiową, mimo że laserowe łącza komunikacyjne między skafandrami były absolutnie bezpieczne, natrafili na zwiastuny burzy maczetowej, którą Volyova pobudziła do życia. Z kosmosu burza wydawała się czarna i nieprzenikniona, jak płaskowyż z popiołu. Wewnątrz było jaśniej, niż Khouri oczekiwała. Światło o barwie sepii miało grudkowatą fakturę, jak po południu w Chasm City, podczas złej pogody. Słońca otaczała brudnawa tęcza, która jednak zniknęła po chwili, gdy zapadli się głębiej w burzę. Teraz światło nie tyle się na nich lało, co nieregularnie natrafiało, przenosząc się po warstwach wzniesionego kurzu niczym pijak schodzący po schodach. Jako że w żelu powietrznym wagi się nie czuło, Khouri wkrótce straciła wszelkie poczucie góry i dołu. Ufała jednak instynktownie, że bezwładnościowe systemy skafandra wyznaczą właściwe kierunki. Od czasu do czasu — choć dysze starały się jak najbardziej wygładzić jazdę, kobieta czuła wstrząsy. To skafander napotykał bąble ciśnieniowe. Gdy szybkość zespołu spadła poniżej szybkości dźwięku, skafandry znowu zmieniły kształt, stały się podobne do posągów. Grunt znajdował się tylko kilka kilometrów pod nimi, a od najwyższych szczytów systemu mes dzieliły ich jedynie setki metrów. Mimo to szczyty nie były widoczne. Obserwacja czterech pozostałych skafandrów w szyku stawała się coraz trudniejsza — skafandry wyłaniały się z kurzu i nikły w nim.

Khouri zatroskała się nieco. Nigdy nie używała skafandra w podobnych warunkach.

— Skafandrze — zapytała — czy jesteś całkowicie pewny, że sobie z tym poradzisz? Nie chciałabym, żebyś zwalił się z nieba ze mną w środku.

— Użytkowniku, kiedy pył stanie się problemem, natychmiast cię o tym powiadomię. — Skafandrowi udało się uzyskać pogardliwe brzmienie głosu.

— W porządku, tylko pytałam.

Obecnie widoczność spadła niemal do zera. Przypominało to pływanie w błocie. Od czasu do czasu w burzy pojawiały się luki, pozwalające na migawkowy widok spiętrzonych kanionów i ścian płaskowyżów, ale przeważnie pył był zupełnie pozbawiony wszelkich cech.

— Nic nie widzę — powiedziała.

— Czy tak lepiej?

Było lepiej. Burza w jednej chwili przestała istnieć. Khouri widziała wszystko dokoła na dziesiątki kilometrów — cały obszar aż do stosunkowo niedalekiego horyzontu, jeśli oczywiście widoku nie przesłaniały bliższe skalne ściany. Przypominało to latanie w oszałamiająco jasnym dniu, jeśli pominąć fakt, że cała scena została oddana w chorowitym odcieniu bladej zieleni.

— To montaż — wyjaśnił skafander. — Skonstruowany na podstawie okrążającej podczerwieni, interpolowanego z niej obrazu, migawkowego sonaru o losowych impulsach i z danych grawimetrycznych.

— Bardzo ładnie, ale nie chwal się tym zbytnio. — Kiedy maszyny mnie irytują — nawet maszyny bardzo złożone — potrafię je nieprzyjemnie obrazić.

— Zanotowałem jak trzeba — odpowiedział skafander i zamilkł.

Wywołała nakładkę, informującą o ich bieżącym położeniu na planecie. Skafander wiedział dokładnie dokąd się udać — celował na współrzędne punktu, z którego odzywał się Sylveste — Khouri czuła się jednak bardziej profesjonalnie, kiedy aktywnie interesowała się otoczeniem. Od czasu rozmowy Volyovej z Sylveste’em upłynęło trzy i pół godziny. Jeśli Sylveste poruszał się pieszo, nie mógł oddalić się w tym czasie zbytnio od ustalonego punktu. Jeśli nawet, z jakichś przyczyn, próbowałby uniknąć spotkania, czujniki skafandra bez trudności by go zlokalizowały, chyba żeby schronił się do dostatecznie głębokiej jaskini; ale nawet wtedy system wykrywaczy skafandra zrobiłby co mógł, by go wytropić. Wykorzystałby ślady termiczne i biochemiczne, zostawione przez Sylveste’a na trasie ucieczki.

— Słuchajcie — powiedziała Volyova, używając komunikatora międzyskafandrowego, po raz pierwszy od wejścia w atmosferę. — Dotrzemy do punktu przechwycenia za dwie minuty. Właśnie otrzymałam sygnał z orbity. Skafander Triumwira Sąjakiego zlokalizował go i szczęśliwie zabrał. Sajaki leci nam na spotkanie, ale ponieważ nie może poruszać się obecnie tak szybko, dotrze tu dopiero za dziesięć minut.

— Spotka nas? — spytała Khouri. — Dlaczego po prostu nie wróci na statek? Czy nie wierzy, że wykonamy zadanie, jeśli nie będziemy czuć jego oddechu na karku?

— Kpisz sobie? — zapytała Sudjic. — Sajaki czekał na to przez lata, przez dziesięciolecia. Za żadną cenę by się tego nie wyrzekł.

— Sylveste nie będzie się opierał, prawda?

— Nie, chyba żeby czuł, że ma akurat niewiarygodne szczęście — odparła Volyova. — Ale nie przyjmujcie niczego z góry. Ja już miałam do czynienia z tym sukinsynem, a wy nie.

Khouri czuła, że jej skafander przechodzi do konfiguracji bardzo podobnej do tej, jaką miał na statku na początku podróży. Błona skrzydłowa zniknęła teraz całkowicie, a kończyny zostały należycie określone i wyposażone w przeguby. Nie były już spłaszczonymi skrzydłowymi odrostkami. Koniuszki dłoni rozdzieliły się na szpony podobne do jednopalcowej rękawiczki, ale gdyby Khouri chciała wykonać jakąś delikatniejszą manipulację, mogła również utworzyć dłoń bardziej rozwiniętą. Przechylała się do tyłu, do pozycji niemal wyprostowanej, ciągle jednak sunąc w przód. Skafander utrzymywał teraz wysokość jedynie za pomocą dysz. Pył zupełnie nie wywierał na niego wpływu.

— Jedna minuta — oznajmiła Volyova. — Wysokość dwieście metrów. Oczekujcie teraz w każdej chwili pojawienia się Sylveste’a w polu widzenia. I pamiętajcie, że będziemy również szukać jego żony. Nie powinni być daleko od siebie.

Zmęczona bladozielonym odwzorowaniem Khouri wróciła do normalnego widzenia. Ledwo dostrzegała pozostałe skafandry. Leciały teraz daleko od ścian kanionów czy jakichś większych skał lub rozpadlin. Jeśli nie liczyć pojedynczych głazów i płytkich wądołów, teren rozciągał się płasko na tysiące metrów we wszystkich kierunkach. Lecz nawet gdy w burzy otwierały się kieszenie — spokojne pęcherze w chaosie — nie można było dojrzeć nic oddalonego o więcej niż kilkadziesiąt metrów, a nad gruntem stale przesuwały się wiry kurzu. Jednak w skafandrze panowała całkowita cisza i spokój, nadając całej sytuacji niebezpieczny posmak nierealności. Gdyby sobie życzyła, skafander przekazałby jej otaczające dźwięki, ale nie powiedziałoby to jej nic, z wyjątkiem tego, że na zewnątrz hulają piekielne wiatry.