Выбрать главу

Powróciła do bladej zieleni.

— Ilia — powiedziała. — Nadal jestem tutaj bezbronna. Zaczynam czuć się trochę nerwowo.

— Daj jej coś do zabawy — powiedziała Sudjic. — To nie zaszkodzi, prawda? Kiedy będziemy zajmowali się Sylveste’em, mogłaby sobie pójść i postrzelać do skał.

— Pieprzyć cię.

— Jak najbardziej, Khouri. Czy nie przyszło ci na myśl, że próbuję właśnie wyświadczyć ci przysługę? Czy też może sądzisz, że sama jedna zdołasz namówić Ilię?

— W porządku, Khouri — powiedziała Volyova. Uruchamiam twój minimalno-świadomy protokół defensywny. Odpowiada ci to?

Niezupełnie. Nie. Skafander Khouri dostał teraz przywilej autonomicznej obrony przed zewnętrznymi zagrożeniami — mógł nawet, do pewnego stopnia samodzielnie, działać przygotowawczo w celach obronnych. Jednak Khouri nadal nie miała palca na cynglu. Stwarzało to problem, jeśli chciała zabić Sylveste’a, a nie porzuciła całkowicie tego zamiaru.

— Taa, dzięki — odpowiedziała. — Wybaczcie mi, że nie skaczę z radości.

— Cała przyjemność po…

Po mniej więcej sekundzie wylądowali, lekko jak piórka. Kiedy jej skafander wyłączył dysze, Khouri poczuła dreszcz, a potem serię drobnych modyfikacji. Odczyty statusu przełączyły się z trybu lotu na tryb ruchowy, co oznaczało, że jeśli chce, może normalnie chodzić. W tym momencie mogłaby odrzucić skafander całkowicie, ale bez sprzętu ochronnego w burzy maczetowej nie przetrwałaby długo. Z zadowoleniem pozostała zamknięta w ciszy skafandra, mimo że w ten sposób odbierała wydarzenia jakby pośrednio.

— Rozdzielamy się — oznajmiła Volyova. — Khouri, przydzielam twojemu skafandrowi sterowanie dwoma pustymi skafandrami; dystans sto kroków. Uruchomcie omiatanie aktywnymi czujnikami w całym widmie elektromagnetycznym i pasmach uzupełniających. Jeśli Sylveste jest gdzieś w pobliżu, znajdziemy svinoi.

Dwa puste skafandry już przyczłapały do Khouri, trzymały się jej jak zbłąkane psy. To była, wiedziała o tym, z góry wyznaczona rola: Volyova pozwalała jej opiekować się pustymi jednostkami w charakterze nagrody pocieszenia, że nie dała jej lepiej się uzbroić. Nie było jednak sensu pojękiwać. Jej jedynym rozsądnym argumentem za otrzymaniem broni był fakt, że mogłaby wykorzystać te środki obronne do zabicia Sylveste’a. Prawdopodobnie nie przekonałaby Volyovej podobnym argumentem — warto jednak pamiętać o tym, że skafandry mogły być zabójcze nawet bez broni. W czasie treningów na Skraju Nieba pokazano jej, jak ktoś w skafandrze może wyrządzić wrogowi szkodę, stosując brutalną siłę, dosłownie rozrywając przeciwnika na strzępy.

Khouri obserwowała Sudjic i Volyovą, jak odchodzą. Szły ze złudnie ciężką powolnością swych skafandrów w domyślnym trybie ruchowym. Złudną, gdyż skafandry, jeśli trzeba, mogły się poruszać z szybkością gazeli. Obecnie jednak rozwijanie takiej szybkości nie było konieczne. Wyłączyła bladozieloną nakładkę i powróciła do zwykłego widzenia. Teraz Sudjic i Volyova, jak należało się spodziewać, stały się w ogóle niewidoczne. I choć od czasu do czasu w burzy wciąż otwierały się kieszenie, Khouri na ogół nie widziała dalej niż na odległość wyciągniętego ramienia.

Zaskoczyło ją, gdy zobaczyła, jak coś — ktoś — porusza się w pyle. Widziała to tylko przez chwilę, nie można by tego nazwać nawet zerknięciem. Khouri właśnie zaczynała — bez zbytniego skupienia — racjonalizować tę wizję jako przypadkowy wir pyłu, który na chwilę przyjął mniej więcej ludzki kształt. Potem jednak zobaczyła to znowu.

Teraz postać była wyraźniejsza. Ociągała się, jakby się drocząc, nim wystąpiła z wiru w pole wyraźnego widzenia.

— Dawno się nie widzieliśmy — powiedziała Mademoiselle. — Sądziłam, że mój widok bardziej cię uraduje.

— Gdzie byłaś?

— Użytkowniku — powiedział Skafander — nie jestem w stanie zinterpretować twojej ostatniej subwokalnej wypowiedzi. Czy mogłabyś przeformułować to, co masz do powiedzenia?

— Każ mu cię ignorować — powiedział pyłowy duch Mademoiselle. — Nie mam wiele czasu.

Khouri kazała skafandrowi ignorować swą sub wokal izację do chwili, gdy wypowie hasło. Skafander przyjął polecenie, z pompatycznym niezadowoleniem, tak jakby nigdy dotąd go nie proszono, by zrobił coś tak nietypowego, i stwierdził, że będzie musiał poważnie przemyśleć zasady ich współpracy w przyszłości.

— W porządku — powiedziała. — Jesteśmy teraz tylko we dwie, Mad. Możesz mi powiedzieć, gdzie byłaś?

— Za chwilę — odparł rzutowany obraz kobiety. Teraz się ustabilizował, ale Mademoiselle nie została oddana z wiernością, której Khouri oczekiwała. Kobieta wyglądała raczej jak zgrubny szkic siebie samej, jak zamazana fotografia, poddana przebiegającym falom zniekształceń. — Po pierwsze, zrobię dla ciebie, co mogę, gdyż inaczej ośmieszysz się, na przykład próbując taranować Sylveste’a. Teraz zobaczmy. Dostęp do pierwotnych systemów skafandra… omijanie kodów ograniczających Volyovej… w gruncie rzeczy aż dziwnie proste — jestem rozczarowana, że nie postawiła mnie przed ambitniejszym zadaniem, zwłaszcza że chyba to ostatni raz, że się…

— O czym mówisz?

— Mówię, że dam ci siłę ognia, kochana dziewczyno. — Zanim jeszcze skończyła wypowiadać te słowa, odczyt statusu zmienił się, wskazując na podłączenie odłączonych wcześniej broni skafandra. Khouri oceniała ten arsenał, który nagle pojawił się pod jej palcami, prawie nie wierząc własnym oczom. — Oto ona — powiedziała Mademoiselle. — Czy chciałabyś, żebym zrobiła coś więcej? Na przykład ucałowała przed odejściem’.’

— Sądzę, że powinnam ci podziękować.

— Nie trudź się, Khouri. Twojej wdzięczności się raczej nie spodziewam.

— Oczywiście, teraz naprawdę nie mam innego wyboru jak zabić sukinsyna. Czy za to mam ci również podziękować?

— Widziałaś, eee, dowód. Przyczynę wyroku, jeśli chcesz to tak określić.

Khouri skinęła głową, czując, jak skóra na czaszce przysysa się do wewnętrznej matrycy skafandra. Skafander nie przewidywał wykonywania w nim gestów.

— Tak, ta opowieść o Inhibitorach. Oczywiście nadal nie wiem, czy jest choć w części prawdziwa.

Rozważ w takim razie inne wyjście. Powstrzymujesz się od zabicia Sylveste’a, a jednak to, co ci powiedziałam, okazuje się prawdą. Wyobraź sobie, jak będziesz się po tym czuła, zwłaszcza kiedy Sylveste — pyłowe widmo spróbowało uśmiechnąć się ponuro — spełni swoje ambicje.

— Nadal zachowam czyste sumienie, prawda?

— Niewątpliwie. I mam nadzieję, że będzie to pocieszenie wystarczające, kiedy twój cały gatunek zostanie wytępiony przez systemy Inhibitorów. Oczywiście wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, nie będziesz w pobliżu, by żałować swej pomyłki. Ci Inhibitorzy są raczej skuteczni. Ale przekonasz się o rym we właściwym czasie…

— Cóż, dziękuję za radę.

— To nie wszystko, Khouri. Czy nie przyszło ci do głowy, że moja nieobecność aż do tej chwili może być nader uzasadniona?

— Mianowicie?

— Umieram. — Mademoiselle pozwoliła, by słowo zawisło w pyle. Po chwili ciągnęła dalej. — Po wydarzeniach z bronią kazamatową Złodziej Słońca zdołał wstrzyknąć następną porcję ciebie do twej czaszki — ale oczywiście wiesz o tym. Wpuściłaś go, prawda? Pamiętam twoje wrzaski. Bardzo obrazowe. Jak dziwnie musiał się czuć. Chirurgicznie.

— Od tamtego czasu Złodziej Słońca raczej w żaden sposób na mnie nie wpływał.