Выбрать главу

— Ale czy kiedyś zastanawiałaś się, dlaczego?

— Co chcesz powiedzieć?

— Chcę powiedzieć, droga dziewczyno, że kilka zeszłych tygodni spędziłam na usilnym powstrzymywaniu go przed dalszym rozprzestrzenianiem się w twojej głowie. Właśnie dlatego nie dawałam ci o sobie znać. Byłam zbyt zajęta trzymaniem go w ryzach. Radzenie sobie z tą jego częścią, którą niebacznie wpuściłam z powracającymi psami, było już dostatecznie trudne. Ale wtedy przynajmniej osiągnęliśmy rodzaj pata. Tym razem jednak sprawy wyglądają inaczej. Złodziej Słońca stawał się silniejszy z każdym swoim atakiem, ja tymczasem słabłam.

— Masz na myśli to, że nadal jest tutaj?

— Jak najbardziej. I nie czułaś go tylko dlatego, że również był zajęty wojną, jaką toczyliśmy w twej czaszce. On jednak cały czas robił postępy, psując mnie, kooptując me systemy, wykorzystując przeciw mnie moje własne środki obronne. Och, on jest bardzo zręczny, uwierz mi na słowo.

— Czym to się skończy?

— Przegram. Mogę być tego całkiem pewna — to pewność matematyczna, oparta na jego obecnej szybkości zyskiwania przewag. — Mademoiselle znów się uśmiechnęła, jak gdyby z przewrotnej dumy z tego analitycznego dystansu. Mogę powstrzymywać jego atak jeszcze przez kilka dni, a potem wszystko się skończy. Może nawet nastąpi to szybciej. Znacznie się osłabiłam, jedynie przez sam akt ukazania się ci teraz. Ale nie miałam wyboru. Musiałam poświęcić czas, by zreinstalować twoje przywileje obronne.

— Ale kiedy on wygra…

— Nie mam pojęcia. Przygotuj się jednak na wszystko. Prawdopodobnie będzie raczej mniej czarujący, niż starałam się być ja. Mimo wszystko wiesz, co zrobił twojemu poprzednikowi. Doprowadził biednego człowieka do psychozy. — Mademoiselle odstąpiła, jakby partiami owijała się pyłem, schodziła ze sceny przez zasłony. — Wątpię, czy będziemy mieli przyjemność widzieć się znowu, Khouri. Czuję, że powinnam życzyć ci powodzenia. Ale właśnie w tej chwili mogę cię prosić tylko o jedną rzecz. Zrób to, po co tu przyleciałaś. — Cofnęła się dalej, jej kształt załamywał się, jakby była tylko węglowym szkicem kobiety, rozwiewanym przez wiatr. — Masz teraz do tego środki.

Mademoiselle zniknęła. Khouri czekała chwilę — nie tyle zbierając myśli, co skopując je w jakąś ogólnikowo spójną kupę, która, jak miała nadzieję, pozostanie stłamszona razem przez czas dłuższy niż kilka sekund. Potem wypowiedziała hasło i przywróciła łączność ze skafandrem. Broń — co zauważyła bez nawet cienia ulgi — nadal funkcjonowała, tak jak to obiecała Mademoiselle.

— Przepraszam, że przeszkadzam — wtrącił skafander. — Jednak jeśli zechcesz zreinstalować widzenie całowidmowe, zauważysz, że mamy towarzystwo.

— Towarzystwo?

— Właśnie zawiadomiłem inne skafandry. Ale ty znajdujesz się najbliżej.

— Jesteś pewien, że to nie Sajaki?

— To nie jest Triumwir Sajaki, nie. — Może to była wyobraźnia Khouri, ale skafander mówił opryskliwie, z urazą, że w ogóle wątpiła w jego osąd w tej sprawie. — Nawet gdyby skafander Triumwira złamał wszelkie granice bezpieczeństwa, nie pojawi się tutaj jeszcze przez najbliższe trzy minuty.

— Więc to musi być Sylveste.

Khouri przełączyła się już na rekomendowaną nakładkę zmysłową. Widziała zbliżającą się postać — czy, mówiąc ściślej, postacie, gdyż było ich dwie, z łatwością rozróżnialne. Za nimi dwa zajęte skafandry zbliżały się do nich tym samym niespiesznym krokiem, jakim odeszły.

— Sylveste, zakładam, że nas słyszysz — powiedziała Volyova. — Zatrzymaj się, tam gdzie jesteś. Zbliżamy się do ciebie z trzech stron.

Głos mężczyzny przerwał jej na kanale skafandrów.

— Założyłem, że zostawiliście nas tutaj na pastwę śmierci. To miło, że powiadomiliście mnie o waszym przybyciu.

— Nie mam zwyczaju łamać danego słowa — powiedziała Volyova. — Niewątpliwie teraz już o tym wiesz.

Khouri zaczęła przygotowywać się do zabójstwa — nie była nadal pewna, czy może całkowicie oddać się tej sprawie. Zawołała nakładkę celownikową, zawarła Sylveste’a w kwadracie, a potem wystawiła jedną ze słabszych broni skafandra, wbudowany w hełm laser średniego zasięgu. Broń była drobna w porównaniu z innym uzbrojeniem skafandra, tak naprawdę służyła do przekonywania potencjalnych atakujących, by sobie poszli i wybrali inny cel. Jednak dla człowieka bez pancerza, w praktycznie zerowej odległości, wystarczyła z nadmiarem.

Wystarczy mgnienie oka i Sylveste umrze. Warunki Madęmoiselle zostaną ściśle wypełnione.

Sudjic poruszała się teraz szybciej, zbliżała do Volyovej prędzej niż Sylveste. I właśnie wtedy Khouri coś zobaczyła przy jej skafandrze. Coś wystawało na końcu jej szponiastej ręki, coś małego i metalicznego. Wyglądało to jak broń, lekki ręczny pistolet boserowy. Sudjic unosiła ramię z niespiesznym spokojem profesjonalisty. Przez chwilę Khouri odczuła wstrząsające uczucie przemieszczenia. Było to tak, jakby obserwowała siebie spoza ciała, obserwowała, jak podnosi broń, gotowa zabić Sylveste’a.

Ale coś się nie zgadzało.

Sudjic kierowała broń na Volyovą.

— Przyjmuję, że macie tutaj plan… — mówił Sylveste.

— Ilia! — krzyknęła Khouri. — Padnij, ona chce cię…!

Broń Sudjic okazała się potężniejsza, niż na to wyglądała. Nastąpił błysk poziomego światła — laser obejmujący dla promienia zwartej materii, przecinający pole widzenia Khouri i wbijający się w skafander Volyovej. Rozmaite sygnały ostrzegawcze dostały obłędu, donosząc o nadmiernym rozładowaniu energii w bezpośrednim sąsiedztwie. Skafander Khouri wskoczył automatycznie na wyższy czujniejszy stopień gotowości bojowej, wskaźniki na displeju zmieniły się, wskazując, że ich odnośne systemy broni nastawiono na odpalenie, bez jej świadomej zgody, jeśli skafander zostanie podobnie zagrożony.

Skafander Volyovej bardzo ucierpiał, znacząca powierzchnia klatki piersiowej zniknęła, odkrywając gęsto laminowane podskórne warstwy pancerza. Z dziury wylewało się okablowanie i przewody zasilające.

Sudjic znów wycelowała, strzeliła.

Tym razem uderzenie poszło głębiej, wcinając się w już otwartą ranę. Głos Volyovej rozlegał się w kanale, ale był słaby i odległy. Khouri odszyfrowała tylko rodzaj jęku, bardziej szoku niż bólu.

— To za Borysa — oznajmiła Sudjic, głosem nieprzyzwoicie czystym. — To za to, co mu zrobiłaś swymi eksperymentami. — Podniosła znowu broń równie spokojnie, jak artystka kładąca ostatnie krople farby na swym arcydziele. — A to za to, że go zabiłaś.

— Sudjic — odezwała się Khouri. — Przestań.

Skafander kobiety nie obrócił się, by na nią spojrzeć.

— Czemu mam przestać, Khouri? Czy nie wyjaśniłam jasno, że mam do niej pretensję?

— Sajaki będzie tu za jakąś minutę.

— Przez ten czas zaaranżujemy to tak, że będzie wyglądało, że to Sylveste do niej strzelał. — Sudjic parsknęła szyderczo. — Gówno. Czy nie przyszło ci na myśl, że to przemyślałam? Nie miałam zamiaru dać się wypatroszyć, tylko po to, by zemścić się na starej jędzy. Nie jest warta takich kosztów.

— Nie mogę pozwolić, byś ją zabiła.

— Nie możesz pozwolić? Och, to zabawne, Khouri. Czym masz zamiar mnie zatrzymać? Nie przypominam sobie, by zreinstalowała twoje przywileje dostępu do broni, a w tej chwili wątpię bardzo, czy byłaby w stanie to zrobić.

Sudjic miała rację.

Teraz Volyova zwiotczała, jej skafander stracił integralność. Możliwe, że rana dosięgła już jej samej. Jeśli wydawała jakieś dźwięki, jej skafander był zbyt uszkodzony, by je wzmacniać.