Sudjic znowu uniosła boser, celując teraz niżej.
— Jeden strzał, by z tobą skończyć, Volyova, a potem umieszczę pistolet obok Sylveste’a. Oczywiście zaprzeczy wszystkiemu, jednak jako świadek pozostanie tylko Khouri, a nie sądzę, żeby kiwnęła palcem, by wesprzeć jego opowieść. Mam rację, prawda? Za chwilę wyświadczę ci przysługę. Zabiłab\ ś tę dziwkę, gdybyś miała środki.
— I tu właśnie się mylisz — oświadczyła Khouri. W dwóch sprawach.
— Co takiego?
— Nie zabiłabym jej, mimo wszystko to, co zrobiła. I mam środki. — W jednej chwili — nie zajęło to nawet ułamka sekundy — wycelowała laser. — Żegnaj Sudjic. Nie mogę powiedzieć, że było mi przyjemnie.
I wypaliła.
Kiedy przybył Sajaki, niewiele ponad minutę później, to, co zostało z Sudjic, nie było warte nawet pochówku.
Oczywiście jej skafander odpowiedział, włączając wyższy poziom reakcji skierowanymi piorunami plazmowymi, emitowanymi z projektorów, które wyskoczyły po obu stronach głowy. Skafander Khouri jednak spodziewał się czegoś takiego. Prócz zmiany wewnętrznego stanu swego pancerza, by jak najbardziej uniknąć plazmy (zmieniając teksturę i przepuszczając przez własną powłokę silne prądy odpychające plazmę), już odpowiadał ogniem na jeszcze wyższym poziomie agresji, odrzucając dziecięce bronie jak promienie plazmowe i cząsteczkowe na rzecz bardziej decydujących impulsów PL-PP i wypuszczając drobne nano-piguły ze swego zbiornika antylitu, każda piguła otoczona tarczą z ablacyjnej normalnej materii i przyśpieszona do znacznego ułamka szybkości światła.
Khouri nawet nie miała czasu westchnąć. Po otrzymaniu początkowego rozkazu strzelenia jej skafander sam wykonał resztę.
— Pojawiły się… kłopoty — oznajmiła, kiedy Triumwir opuścił się i wylądował.
— Co też opowiadasz? — odparł, oglądając rzeź: zranioną łupinę skafandra z Volyovą w środku; swobodnie rozrzucone i teraz radioaktywne szczątki tego, co kiedyś było Sudjic i — w samym środku — nieuszkodzonych w strzelaninie, lecz najwidoczniej zbyt oszołomionych, by coś mówić, Sylveste’a z żoną.
SIEDEMNAŚCIE
Sylveste odgrywał w głowie wielokrotnie scenę spotkania.
Starał się jak najlepiej rozważyć wszelkie możliwe ewentualności. Nawet te, które — gdy analizował sytuację — uważał za fantastyczne i nieprawdopodobne. Zupełnie nie brał jednak pod uwagę czegoś takiego i miał ku temu powody. Nawet gdy wydarzenia toczyły się wokół niego, nie mógł w ogóle zrozumieć, co się dzieje; nie mówiąc już o przyczynie tak zwariowanego rozwoju wydarzeń.
— Jeśli to cię pocieszy — oznajmił Sajaki, głosem zagłuszającym wiatr i wydobywającym się z głowy jego monstrualnego skafandra — również nie bardzo to rozumiem.
— Pocieszyłeś mnie, że aż strach — odparł Sylveste, na tej samej częstotliwości, którą wykorzystywał podczas negocjacji z załogą, mimo że jej reprezentanci — lub to co z nich pozostało — stali w zasięgu jego głosu. W nieustępującym wyciu burzy maczetowej krzyk właściwie nie wchodził w rachubę. — Możesz nazwać mnie naiwniakiem, ale teraz miałem nadzieję, że — jak zwykle sprawnie i bezlitośnie — weźmiesz sprawy w garść, Sajaki. Mogę tylko powiedzieć, że wygląda na to, że słabniesz.
— Nie podoba mi się to bardziej niż tobie — odparł Ultras. — Ale dla swego własnego dobra lepiej mi uwierz, że teraz trzymam sprawy mocno w garści. Za chwilę skupię uwagę na mojej rannej koleżance. Bardzo zalecam, byś oparł się pokusie zrobienia czegoś głupiego. Sądzę jednak, że coś takiego w ogóle nie przyszło ci do głowy, prawda, Dan?
— Przecież mnie znasz.
— Problem polega na tym, Dan, że znam cię nawet zbyt dobrze. Ale nie omawiajmy rzeczy przeszłych.
— Nie omawiajmy.
Sajaki przeszedł do rannej. Sylveste wiedział, że ma do czynienia z Trumwirem Yuujim Sajaki, jeszcze zanim ten się odezwał. Natychmiast, gdy jego skafander znalazł się w polu widzenia, wyłoniwszy się z burzy, osłona twarzy Sajakiego stała się przezroczysta, i aż nazbyt znajoma twarz patrzyła w skupieniu na wynik rzezi. Choć trudno to było z całą pewnością stwierdzić, na pierwszy rzut oka Sajaki niewiele się zmienił od ostatniego spotkania. Dla niego minęło tylko kilka lat subiektywnego czasu. Sylveste dla kontrastu wepchnął w tę przestrzeń ekwiwalent dwóch lub trzech staromodnych ludzkich żywotów. Konsekwencje tego przyprawiały o zawrót głowy.
Sylveste nie mógł jednak ustalić tożsamości dwóch pozostałych załogantów. Był także trzeci, oczywiście… ale moment, w którym mógł mieć nadzieję, że kiedykolwiek nawiąże z nim znajomość, najwyraźniej nieodwołalnie minął. A jeśli chodzi o dwójkę, która nie była martwa w sposób oczywisty, jeden był chyba niebezpiecznie tego bliski — ten właśnie teraz odbierał badanie Sajakiego — a jeden stał z boku, w — jak można by to nazwać — przerażonym milczeniu. Dziwne, ten nieuszkodzony trzymał jakieś skafandrowe bronie wycelowane w Sylveste’a, mimo że on był nieuzbrojony i nie miał zamiaru — żadnego zamiaru — opierać się pochwyceniu.
— Będzie żyć — oznajmił Sajaki, po chwili, w której jego skafander chyba komunikował się ze skafandrem powalonego. — Ale musimy jak najszybciej dostarczyć ją na statek. Wtedy się zorientujemy, co tu się stało.
— To była Sudjic — Sylveste usłyszał nieznany mu żeński głos. — Sudjic próbowała zabić Ilię.
Więc ranną została sama dziwka — Triumwir Ilia Volyova.
— Sudjic? — spytał Sajaki. Przez chwilę słowo wisiało między nimi, jak gdyby Sajaki nie mógł — lub nie chciał — zaakceptować, co mówi ta druga, bezimienna kobieta. Ale potem, kiedy wiatr potargał nimi przez jeszcze kilka sekund, powtórzył to imię: — Sudjic. Tak, to się trzyma kupy.
— Myślę, że planowała…
— Opowiesz mi to później, Khouri — powiedział Sajaki. — Będzie mnóstwo czasu — i twoja rola w tym incydencie oczywiście musi być wyjaśniona w sposób całkowicie mnie satysfakcjonujący. Ale obecnie musimy załatwić priorytety. — Wskazał gestem głowy ranną Volyovą. — Jej skafander utrzyma ją przy życiu jeszcze przez kilka godzin, ale nie jest zdolny do osiągnięcia statku.
— Przyjmuję — rzekł Sylveste — że wymyśliliście sposób zabrania nas z planety?
— Dam ci dobrą radę — powiedział Sajaki. — Nie irytuj mnie za bardzo, Dan. Dostanie ciebie sprawiło mi sporo kłopotów. Ale nie wyobrażaj sobie, że zdobędę się na to, by cię zabić, chcąc po prostu, sprawdzić, jakie to uczucie.
Sylveste spodziewał się po Sajakim czegoś takiego — niepokoiłby się, gdyby mężczyzna mówił coś zupełnie innego i pomniejszał akt znalezienia go. Ale jeśli Sajaki wierzył choć w jedno swoje słowo — rzecz wątpliwa — to był głupcem. Przybył przynajmniej z układu Yellowstone, szukając Sylveste’a. Nie można ocenić ludzkich kosztów tego przedsięwzięcia, nie mówiąc już o zainwestowanych w nie latach.
— Wierzę ci — powiedział Sylveste, wstrzykując w swój głos całą nieszczerość, na jaką mógł się zdobyć. — Ale jako naukowiec musisz szanować mą skłonność do eksperymentów, by badać granice twojej tolerancji. — Spod swojej przeciwwiatrowej peleryny wyrzucił ramię, trzymając coś mocno dwoma palcami urękawicznionej dłoni. Prawie oczekiwał, że osoba z pistoletami strzeli w tym momencie do niego, sądząc, że on wyjmuje broń. Uważał to za rozsądne ryzyko. Ale nie wyciągnął pistoletu. Trzymał niewielką drzazgę pamięci kwantowej.