— …więc Barbie powiedziała: „Nie chcę być w pauzie”. — Peyton ściskała czarną kredkę. — „Dobrze, nie musisz”, powiedziała mama Barbie.
— Czy kiedyś naszło cię uczucie… — mówił Billy Ray — …takie… Nie wiem, jak to nazwać…
Ja wiem, pomyślałam. Świąd. Czyżby to nieokreślone uczucie braku satysfakcji też stało się manią, jak tatuaże i fiolety? A jeśli tak, jak to się zaczęło?
Usiadłam prosto na łóżku.
— Kiedy dokładnie zacząłeś mieć to uczucie? — zapytałam, ale z telefonu komórkowego dobiegało już złowieszcze brzęczenie.
— Następny tunel — poinformował Billy Ray. — Porozmawiamy o tym obszerniej, kiedy wrócę. Chciałbym coś… — telefon umilkł.
O świądzie mówiła mama Lindsay oraz Flip tamtego dnia w kawiarni, i ja też czułam wtedy taką niewyraźną ochotę, by wybrać się na kolację z Billym Rayem. Czy przekazałam mu to uczucie jak wirusa, i czy w ten właśnie sposób rozprzestrzeniają się manie: przez zakażenie?
— Twoja kolej — oznajmiła Peyton wyciągając jaskrawo-czerwoną kredkę. Radykalna czerwień.
— Dobrze. — Wzięłam kredkę do ręki. — Więc Barbie posta-
nowiła pójść… — nad niebieskimi falkami narysowałam linię radykalnie czerwonych wysokich obcasów — …do fryzjera. „Chcę ostrzyc się na pazia”, powiedziała do fryzjera. — Zaczęłam rysować rząd nożyczek z akwamaryny. — A fryzjer zapytał: „Dlaczego?” I Barbie powiedziała: „Ponieważ wszyscy dokoła to robią”. Więc fryzjer obciął Barbie włosy i…
— Nie — zaprotestowała Peyton, odbierając mi akwamary-nę i wręczając laserową cytrynę. — To jest Barbie Obetnij i Zakręć Włosy.
— Aha. Dobrze. Więc fryzjer powiedział: „Ale ktoś musiał zrobić to pierwszy i po prostu nie mógł tego zrobić dlatego, że wszyscy inni tak robili, więc dlaczego ta osoba…”
Od drzwi dobiegł jakiś dźwięk. Peyton wyrwała mi z ręki laserową cytrynę, zatrzasnęła blok rysunkowy i niezwykle zwinnie wepchnęła wszystko pod łóżko. Gdy matka weszła, dziewczynka siedziała z dłońmi złożonymi na podołku.
— Peyton, oglądamy teraz wideo. Czy… — przerwała na mój widok. — Nie odzywałaś się przypadkiem do Peyton, gdy miała pauzę, prawda?
— Ani słowem — oświadczyłam. Znowu zwróciła się do córeczki.
— Czy uważasz, że teraz będziesz potrafiła zademonstrować pozytywne zachowanie w grupie rówieśniczej?
Peyton rezolutnie kiwnęła głową i pędem wybiegła z pokoju; matka za nią. Odłożyłam telefon na nocny stolik, wyjęłam blok z kryjówki i przyjrzałam się szkicowi.
Wbrew stwierdzeniu Peyton, to była mapa. Połączenie mapy, schematu i obrazka — na kartce upakowano zadziwiającą ilość informacji: miejsce, czas, noszone stroje. Zadziwiająca ilość informacji.
Na diagramie ujawniały się ciekawe przecięcia, linie krzyżowały się wielokrotnie, tworząc zawikłane sploty, radykalna czerwień przechodziła w lilaróż, na to nałożona była barwa pomarańczowa. Barbie jechała skuterem tylko w dolnej części ry-
sunku, a w jednym z rogów znajdował się gęsty węzeł gwiazd. Anomalia statystyczna?
Zastanawiałam się, czy takie schemat-mapa-opowiadanie nadawałoby się do moich danych z lat dwudziestych. Próbowałam zastosować mapy, wykresy statystyczne i modele komputerowe, lecz nigdy wszystkie te rzeczy naraz, gdy różne kolory oznaczają daty, wektory i częstotliwość danego zjawiska. Jeśli wszystko to połączyć, jaki wyłoni się wzór?
Z salonu rozległ się pisk.
— To moje urodziny! — zawodziła Brittany. Wetknęłam blok z powrotem pod łóżko.
— Ależ Peyton — mówiła mama Lindsay — jakże twórczo wyrażasz swą potrzebę zwracania na siebie uwagi.
Pirografia (1900 – 05)
Mania z dziedziny robótek ręcznych. Gorącym żelazem wypalano w drewnie lub w skórze rozmaite rysunki. Kwiaty, ptaki, konie i rycerze w zbrojach zdobili pudełka na szpilki, piórniki, pudła na rękawiczki, stojaki na fajki, szkatułki do kart i inne równie bezużyteczne graty. Szał wygasł, gdyż próg przyswajalności był zbyt wysoki. Konie zawsze wyglądały jak krowy.
We wtorek pogoda się pogorszyła. Gdy szłam do pracy, pluło śniegiem, a w południe mieliśmy już prawdziwą zawieję. Flip udało się zepsuć obie kopiarki, więc zebrałam wycinki prasowe o siedzeniu na masztach, by je powielić w punkcie usługowym na mieście. Jednak gdy szłam do samochodu, zdecydowałam, że mogą poczekać, i czmychnęłam z powrotem do budynku. Głowę pochyliłam nisko, by śnieg nie zacinał mi w twarz. I omal nie wpadłam na Shirl.
Skulona obok minifurgonetki, paliła papierosa. Miała podniesiony kołnierz płaszcza i szalik owinięty wokół brody. Drżała z zimna. Dłoń bez papierosa tkwiła w brązowej jednopalcza-stej rękawiczce.
— Shirl! — zawołałam, przekrzykując wiatr. — Co pani tu robi?
Nie zdejmując rękawiczki, niezgrabnie wyciągnęła z kieszeni płaszcza kawałek papieru i mi go wręczyła. Był to okólnik obwieszczający, że cały budynek jest strefą dla niepalących.
— Flip — powiedziałam, strzepując śnieg z już mokrego okólnika. — Ona za tym wszystkim stoi. — Zmięłam kartkę i cisnęłam ją na ziemię. — Czy ma pani samochód? — zapytałam.
Kręciła głową, trzęsąc się z zimna.
— Ktoś podwozi mnie do pracy.
— Może pani siedzieć w moim samochodzie — zaproponowałam, ale przyszedł mi do głowy lepszy pomysł. Ujęłam ją pod rękę. — Chodźmy, znam pewne miejsce, gdzie będzie pani mogła palić.
— Cały gmach uznano za strefę beznikotynową.
— To miejsce nie jest w gmachu. Zgasiła niedopałek.
— To miłe, że ktoś robi coś takiego dla starszej pani — stwierdziła i obie pognałyśmy do budynku przez zacinający śnieg. Zatrzymałyśmy się w przejściu, by się otrzepać i zdjąć kapelusze. Jej ogorzała twarz była czerwona od zimna.
— Nie musi pani tego robić — oznajmiła, odwijając szalik.
— Spędzam tyle czasu na studiowaniu manii, że zaczynani ich serdecznie nienawidzić — wyjaśniłam. — Zwłaszcza manii awersyjnych. Budzą w człowieku najgorsze instynkty. I na tym się to opiera. Następny może być tort czekoladowy. Albo czytanie. Chodźmy.
Poprowadziłam ją holem.
— Tamto miejsce nie jest ciepłe, ale osłonięte od wiatru i przynajmniej nie zasypie pani śnieg. A ten szał antynikotynowy do wiosny powinien wygasnąć. Osiąga właśnie fazę maksymalnego nasilenia. Nieubłaganie doprowadzi to do reakcji.
— Prohibicja trwała trzynaście lat.
— Tyle przetrwało prawo, nie sama mania. Maccartyzm trwał tylko cztery lata.
Zaczęłam schodzić na dół, do Biologii.
— Gdzie dokładnie znajduje się to miejsce? — spytała Shirl.
— Przy laboratorium doktora O’Reilly’ego. Z tyłu jest tam zadaszony ganek.
— Czy na pewno nie będzie miał nic przeciw temu?
— Na pewno — odpowiedziałam. — On nigdy się nie przejmuje, co sobie myślą inni.
— To niezwykły młody człowiek — stwierdziła Shirl.
Owszem, niezwykły, pomyślałam.
Nie pasował do żadnego z typowych schematów. Z pewnością nie jest buntownikiem, odrzucającym mody, by podkreślić swą indywidualność. Bunt też może być modą — świadectwo temu dają Anioły Piekieł i symbole pokoju. A jednak nie był roztargniony i oderwany od życia. Był dowcipnym, inteligentnym, bystrym obserwatorem.
Próbowałam wyjaśnić to Shirl, gdy schodziłyśmy na Biologię.