Выбрать главу

Po pięciu czy sześciu sekundach od chwili, gdy tunel zaczął się składać, z kalejdoskopowych wzorów wyłonili się Dylan i Shepherd i stanęli przed nią cali i zdrowi. Za nimi, gdzie jeszcze przed momentem ziała czerwona otchłań tunelu, znajdowała się tylko zwykła ściana.

Dylan z widoczną ulgą wypuścił wstrzymywane powietrze i powiedział coś w rodzaju:

– Obyło się bez oślizłych i krwawych scen. – Shep jest brudny – oświadczył Shep.

– Ty sukinsynu – powiedziała Jilly i grzmotnęła Dylana pięścią w pierś.

Uderzyła z całej siły. Rozległ się głuchy odgłos, ale Dylan był zbyt potężnie zbudowany, aby cios zwalił go z nóg, jak spodziewała się Jilly.

– Hej – zaprotestował Dylan.

– Pora iść pod prysznic – rzekł Shep, nie podnosząc głowy. – Sukinsynu – powtórzyła Jilly, znowu tłukąc Dylana.

– Co się z tobą dzieje?

– Powiedziałeś, że nie chcesz tam wchodzić – przypomniała mu ze złością, bijąc go jeszcze mocniej.

– Au! Wcale nie zamierzałem tam wchodzić.

– Ale wszedłeś – powiedziała oskarżycielskim tonem, biorąc kolejny zamach.

Wielką jak rękawica baseballowa dłonią chwycił jej zaciśniętą pięść i przytrzymał, skutecznie przerywając atak.

– Dobra, wszedłem, ale naprawdę nie miałem zamiaru. Shepherd cierpliwie, lecz uparcie przypomniał:

– Shep jest brudny. Pora iść pod prysznic.

– Powiedziałeś, że nie wejdziesz – ciągnęła Jilly – ale wszedłeś i zostawiłeś mnie tu samą.

Nie bardzo wiedziała, jak to się stało, że Dylan złapał ją za nadgarstki. Powstrzymując ją, powiedział:

– Wróciłem, obaj wróciliśmy, już wszystko w porządku.

– Tego nie mogłam wiedzieć. Spodziewałam się, że przepadniecie na zawsze albo wrócicie martwi.

– Musiałem wrócić żywy – zapewnił ją – żebyś miała okazję mnie zabić.

– Nie żartuj sobie. – Starała się wykręcić ręce z uścisku, ale nie mogła. – Puść mnie, draniu.

– Chcesz mnie znowu uderzyć?

– Jeżeli mnie nie puścisz, przysięgam, że rozedrę cię na kawałki.

– Pora iść pod prysznic.

Dylan uwolnił jej przeguby, ale nie opuścił rąk, jak gdyby oczekiwał, że będzie musiał odeprzeć kolejne ciosy.

– Tyle w tobie złości.

– Och, masz absolutną rację, mnóstwo we mnie złości. – Trzęsła się z wściekłości i drżała ze strachu. – Mówiłeś, że tam nie wejdziesz, a potem wszedłeś i zostałam sama. – Uświadomiła sobie, że powodem jej drżenia jest w większym stopniu ulga niż wściekłość czy lęk. – Gdzieście w ogóle byli, do cholery?

– W Kalifornii – odparł Dylan.

– Jak to w Kalifornii?

– W Kalifornii. Disneyland, Hollywood, Golden Gate. Chyba znasz Kalifornię?

– Kalifornia – powiedział Shep. – Sto sześćdziesiąt trzy tysiące siedemset siedem mil kwadratowych.

Z głębokim niedowierzaniem w głosie Jilly spytała: – Przez ścianę dostaliście się do Kalifornii?

– Tak. Czemu nie? A dokąd twoim zdaniem mogliśmy się dostać? Do Narni? Krainy Oz? Do wnętrza Ziemi? Zresztą Kalifornia jest jeszcze dziwniejsza od tych miejsc.

– Ludność, około trzydziestu pięciu milionów czterystu tysięcy. – Shep widocznie bardzo dużo wiedział o swoim stanie. – Ale nie wydaje mi się, żebyśmy dostali się tam przez ścianę – powiedział Dylan – ani przez cokolwiek innego. Shep złożył tu z tam.

– Najwyższy szczyt – Mount Whitney…

– Co z czym złożył? – zapytała Jilly.

– …czternaście tysięcy czterysta dziewięćdziesiąt cztery stopy nad poziomem morza.

W miarę jak gniew Jilly opadał, a wraz z ulgą odzyskiwała spokój i jasność myśli, zorientowała się, że Dylan sprawia wrażenie uradowanego. Owszem, był trochę zdenerwowany, może nawet przestraszony, ale przede wszystkim ucieszony jak mały chłopiec.

– Złożył rzeczywistość, czas i przestrzeń – powiedział – jedno albo jedno i drugie, nie wiem, ale złożył tu z tam. Co złożyłeś, Shep? Co właściwie złożyłeś?

– Najniżej położony punkt – ciągnął Shep – Dolina Śmierci…

– Pewnie przez jakiś czas będzie gadał o tej Kalifornii.

– …dwieście osiemdziesiąt dwie stopy poniżej poziomu morza.

– Co złożyłeś, braciszku?

– Stolica stanu – Sacramento.

– Wczoraj wieczorem złożył kabinę numer jeden z kabiną numer cztery – powiedział Dylan – ale wtedy nie zdałem sobie z tego sprawy.

– Kabinę numer jeden z kabiną numer cztery? – Jilly zmarszczyła brwi, masując obolałą rękę, którą zadała mu cios. – Zdaje się, że Shep mówi rozsądniej.

– Ptak stanu – przepiórka kalifornijska.

– W toalecie. Złożył ubikację z ubikacją. Wszedł do pierwszej kabiny, a wyszedł z czwartej. Nie mówiłem ci o tym, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się właściwie stało.

– Kwiat stanu – maczek kalifornijski. Jilly chciała wiedzieć dokładnie.

– Teleportował się z kabiny do kabiny?

– Nie, to nie polega na teleportacji. Widzisz – mam swoją głowę, Shep wrócił z własnym nosem. To nie jest teleportacja. – Drzewo stanu – sekwoja.

– Pokaż jej nos, Shep.

Shepherd trzymał spuszczoną głowę.

– Motto stanu – „Eureka", czyli „znalazłem".

– Uwierz mi – rzekł Dylan. – Ma swój nos. To nie jest film Davida Cronenberga.

Gdy zastanawiała się nad ostatnim usłyszanym zdaniem, Dylan uśmiechnął się i pokiwał głową, a Jilly powiedziała:

– Wiem, że nie jadłam jeszcze śniadania, ale muszę strzelić sobie piwo.

– Psychotropowy środek odurzający – zauważył z dezaprobatą Shep.

– Mówi do mnie – powiedziała Jilly. – Tak – zgodził się Dylan.

– Mam na myśli to, że ze mną rozmawia, a nie przemawia do mnie. W pewnym sensie.

– Tak, coś się w nim zmienia. – Dylan opuścił klapę sedesu. – Chodź, Shep, usiądź tu.

– Pora iść pod prysznic – przypomniał im Shep.

– Dobrze, za chwilę, ale najpierw tu usiądź. – Dylan przyprowadził brata do toalety i nakłonił go, żeby usiadł.

– Shep jest brudny. Pora iść pod prysznic.

Dylan ukląkł przed nim i szybko obejrzał jego ręce.

– Nic nie widzę.

– Pora iść pod prysznic. Dziewięć minut.

Dylan zdjął Shepherdowi kapcie i odłożył na bok. – Na jaką postać z kreskówki stawiasz?

Skonsternowana Jilly poczuła, że ma większą ochotę na piwo niż kiedykolwiek.

– Z kreskówki?

Shep spod oka obserwował ruchy brata. – Królik albo piesek – wyjaśnił Dylan.

Oglądając plaster na swoim ramieniu, Jilly zauważyła, że trochę się odkleja, ale wciąż zasłania ślad po ukłuciu igły. Dylan ściągnął skarpetkę z prawej stopy Shepherda.

– Po jednej minucie na każdą nogę… – powiedział Shep. Przysuwając się bliżej, Jilly patrzyła, jak Dylan ogląda bosą stopę brata.

– Jeżeli rzeczywiście dostał zastrzyk, to czemu nie w rękę? – spytała.

– …i minuta na głowę…

– Wtedy pracował nad układanką – odrzekł Dylan. – Co z tego?

– …i dwie minuty na resztę…

– Nigdy nie widziałaś mojego brata zajętego układanką. Bardzo szybko porusza rękami: I jest wyjątkowo skupiony.

– …dwie minuty na spłukanie – dokończył Shep. – Kot – dodał.

– Jest tak skupiony – ciągnął Dylan – że nie sposób go nakłonić, żeby przestał, dopóki nie ułoży całego obrazka. Nie można go nawet zmusić siłą. Nie zwróciłby uwagi na to, co się dzieje z jego nogami, bo nie układa nogami. Nie dałoby się jednak unieruchomić żadnej ręki.