Выбрать главу

Podniosłam dłoń.

– Słowo harcerza. Nie otworzę ust.

ROZDZIAŁ 13

Morelli oparł się o kontuar i skrzyżował ramiona na piersi.

– Wyszło na jaw, że istnieje dysproporcja między ilością gotówki, jaką przynosiły pralnie Grizollego, a sumą deklarowaną na potrzeby urzędu podatkowego.

– Jezu, też mi niespodzianka.

– Federalni postanowili go za to przyszpilić i przy okazji szybko się okazało, że Vito tak naprawdę traci pieniądze, o których nie wie.

– Ktoś go skubie?

Morelli wybuchnął śmiechem.

– Dasz wiarę?

– Rany, musi chodzić o dużo forsy.

– Wystarczająco dużo, by skarbówka chciała się zająć Yitem i przy okazji zgarnąć grubszą rybę.

– Na przykład jaką? Morelli wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Ci dwaj mózgowcy, z którymi pracuję, uważają, że to jakaś nowa organizacja przestępcza.

– Co ty na to?

– Dopóki nie pokazałaś mi tych czeków, przypuszczałem, że jakiś gość o samobójczych skłonnościach próbuje w ten sposób spłacić hipotekę. Teraz już sam nie wiem, co myśleć, ale nowa organizacja przestępcza to chyba naciągany pomysł. Nie widzę żadnych sygnałów.

– Może to zbieg okoliczności?

– Też mi się nie wydaje. Za dużo rzeczy naraz. Jak dotąd, są zamieszane w sprawę trzy firmy. Trzech urzędników od ściągania należności nie żyje. Fred zaginął. Ktoś podłożył bombę w twoim wozie.

– A co z bankiem? Czy te brakujące rachunki Vita przechodziły przez First Trenton?

– Tak. Warto by zajrzeć do dokumentacji, ale istnieje ryzyko, że ktoś, kto jest w to zamieszany, coś zwącha. Okazuje się, że RGC była w przeszłości podejrzewana o przekręty podatkowe. Skrót RGC to Ruben, Grizolli i Cotell. Wiedziałem, że Grizolli jest współwłaścicielem, ale nie miałem pojęcia o tych nieścisłościach. Moi chłopcy ze skarbówki nie powiedzieli mi o tym.

– Pracujecie razem, a oni nie powiedzieli ci o RGC?

– Nie znasz tych facetów. Prawdziwe psy gończe. I nie lubią się bratać z lokalną policją. Uśmiechnęłam się do niego.

– Tak, wiem – przyznał. – Jakbym mówił o sobie. W każdym razie Bronfman, facet, którego znasz jako Mokrego, obserwował RGC. Patrzył, kto wchodzi, kto wychodzi. Siedział w kawiarni po drugiej stronie ulicy akurat w piątek, tego dnia, kiedy zniknął Fred. Myślę, że Fred chciał załatwić sprawę wcześnie, ale zjawił się przed otwarciem biura, przeszedł więc na drugą stronę ulicy, na kawę. Bronfman i Fred zaczęli rozmawiać, i Bronfman zorientował się, że Fred to jeden z tych klientów, którzy nagle przestali figurować w dokumentacji firmy. W następny wtorek Bronfmanowi przyszło do głowy, że warto zdobyć od Freda ten czek, w taki czy inny sposób. Poszedł z nim pogadać i odkrył, że Fred zaginął. Kiedy Mabel powiedziała mu, że nad tym pracujesz, wykombinował sobie, że posłuży się tobą jako zasłoną. Mogjaś sobie węszyć i zadawać pytania bez zbytniego ryzyka, że ktoś się poważnie wystraszy. Nie wyszło mu całkiem tak, jak sobie zaplanował, bo nie wziął pod uwagę twojej podejrzliwej i zawziętej natury.

– Nie powiedziałam mu wiele.

– Wiem. Nic nie zyskał. To pozytywne – pochwalił Morelli i spojrzał mi prosto w oczy. – A skoro już wiesz, co jest grane, zechcesz mi powiedzieć, co zdołałaś ustalić?

– Jasne. Może.

– Chryste – jęknął Morelli.

– Mogjam powiedzieć ci już dawno.

– Przykro mi, za mało wcześniej wiedziałem, żeby poskładać wszystko do kupy.

– To trochę moja wina – przyznałam.

– Tak, zgadza się, trochę twoja. Nie mówisz mi dostatecznie dużo. Trochę moja.

– Jaką grasz rolę u tych ze skarbówki?

– Vito nie chciał gadać z nimi bezpośrednio. Powiedział, że może mówić tylko z kimś, kogo zna. Czuje się chyba pewniej, kiedy informacja przechodzi przez kilka źródeł. Łatwiej wtedy zaprzeczyć, że coś się mówiło. Więc Vito gada z Terry, Terry ze mną, a ja z gośćmi ze skarbówki.

– Kogo konkretnie obserwujecie? Morelli zgasił światło w kuchni.

– Pracownika Vita od ściągania należności. Harveya Tippa.

– Obserwuj go dobrze. Linia jego życia może być dość krótka.

Morelli podrzucił mnie do domu, nim pojechał zastąpić Bronfmana.

– Dzięki – powiedziałam.

Złapał mnie za kołnierz, kiedy chciałam wysiąść.

– Mamy umowę – przypomniał. – Jesteś mi dłużna.

– Teraz?

– Później.

– Kiedy później?

– Ustali się – odparł. – Nie chcę tylko, żebyś zapomniała.

Mało prawdopodobne.

Briggs pracował, kiedy dotarłam na górę.

– Siedzisz do późna – zauważyłam.

– Muszę uporać się z tą robotą. Zostałem w tyle, kiedy się do mnie włamali. Miałem szczęście, że nie znaleźli laptopa w szafie. Większość materiału miałem na dysku, więc nie jest jeszcze tak źle.

Obudziłam się o czwartej i nie mogłam już zasnąć. Leżałam tak przez godzinę, nasłuchując odgłosów na schodach pożarowych i planując drogę ucieczki, gdyby ktoś wrzucił przez okno do sypialni bombę zapalającą. W końcu wstałam i poszłam na palcach do kuchni przygotować sobie coś do jedzenia. Miałam tyle spraw do załatwienia, że z trudem udało mi się je uporządkować. Fred był ostatni na liście. Morelli odbierający ode mnie swój dług znajdował się nieco bliżej jej szczytu.

Briggs przywlókł się za mną do kuchni.

– Znowu nie w sosie?

– Tak. Za dużo zmartwień. Nie mogę spać. – Popatrzyłam na niego z góry. Miał na sobie nocny kombinezo-nik Kubusia Puchatka. – Ładne wdzianko – zauważyłam.

– Mam kłopoty ze znalezieniem odpowiednich rzeczy. Kiedy chcę zrobić na paniach wrażenie, wkładam Spider-mana.

– Trudno być niskim człowiekiem?

– Raz tak, raz nie. Często coś zyskuję, bo ludzie uważają, że jestem słodki. Staram się też korzystać ze statusu osoby należącej do mniejszości.

– Zdążyłam już to zauważyć.

– Trzeba robić użytek z darów bożych – oznajmił.

– Prawda.

– Masz na coś ochotę? Może zagramy w monopol?

– Okay. Ale ja trzymam bank.

O siódmej, kiedy wciąż graliśmy, zadzwonił telefon.

– Jestem na parkingu – odezwał się Komandos. – Zejdziesz na dół, czy mam wejść na górę?

– Dlaczego pytasz? Zwykle włamujesz się bez pozwolenia.

– Nie chciałem cię wystraszyć i przy okazji oberwać.

– Słusznie. O co chodzi?

– Cztery kółka, dziecinko.

Podeszłam do okna, odsunęłam zasłonę i spojrzałam w dół. Komandos stał obok czarnego bmw.

– Zaraz schodzę – rzuciłam w słuchawkę. – Daj mi minutę, muszę się ubrać.

Naciągnęłam dżinsy, wsunęłam stopy w rozczłapane tenisówki, a na koszulę nocną wdziałam obszerny szary sweter. Chwyciłam klucze i ruszyłam w stronę schodów.

– Wyglądasz raczej okropnie – oświadczył na mój widok Komandos.

– Pewien mój znajomy uznał, że to nowa metoda antykoncepcji.

– Nie jest aż tak źle.

Wygładziłam jakąś urojoną fałdę na swetrze i obejrzałam dokładnie fragment sfilcowanej wełny na rękawie. Podniosłam wzrok i zobaczyłam uśmiech na twarzy Komandosa.

– Twoja kolej – zauważył. – Powiedz mi, kiedy będziesz gotowa.

– Na ten samochód? Znów się uśmiechnął.

– Jesteś pewien, że znów chcesz dać mi wóz?

– Ma zainstalowane czujniki na podwoziu. – Pokazał małego pilota, którego trzymał w dłoni. – Włączasz je zielonym przyciskiem. Jeśli coś się rusza pod bryką, to się włącza alarm, a na tablicy rozdzielczej zapala się czerwona lampka. Niestety, samochód nie zna różnicy między kotem, piłką i bombą, więc jak zobaczysz migające światełko, musisz zajrzeć pod spód. Nie jest to idealny system, ale to lepsze, niż gdybyś miała nacisnąć gaz i zamienić się w konfetti. Pewnie ci się nie przyda. Wątpię, by ktoś próbował wysadzić cię w powietrze dwa razy z rzędu.