Выбрать главу

Borghild długo milczała. W końcu w ciemnościach rozległo się jej ciężkie westchnienie.

– Nie podoba mi się to. Będę go miała na oku! – A potem przewróciwszy się na drugi bok, dodała: – Strasznie jestem zmęczona. Wczoraj w nocy nie zmrużyłam oka, tak bolał mnie ząb. Pewnie teraz szybko zasnę.

– A co, już cię przestał boleć?

– Kowal mi go wyrwał.

Krótko po tym zachrapała, ale Tova długo jeszcze leżała z otwartymi oczyma, nasłuchując odgłosów letniej nocy. Z jej alkierza za ścianą nie dobiegał żaden dźwięk. Powieki zaczęły jej ciążyć, a na ustach pojawił się nieśmiały uśmiech oczekiwania. Po chwili w ciszy rozbrzmiał rytmiczny oddech dziewczyny, równie spokojny jak oddech Borghild. Tova zasnęła.

Ravn, wyspany i wypoczęty, patrzył przez okienko. Pomyślał sobie, że skoro nie może zbliżać się do tajemniczej chaty za dnia, powinien wykorzystać okazję i obejrzeć ją sobie teraz.

Drzwi zaskrzypiały głośno i żałośnie, na szczęście jednak nikt nie zauważył wymykającego się wojownika. Obejrzawszy sobie zagadkową chatę ze wszystkich stron, Ravn podszedł do wejścia, ale gdy nachylił się nad dziurką do klucza, usłyszał za plecami czyjś szept.

Obrócił się błyskawicznie i chwycił za rękojeść noża. Na widok Tovy odetchnął z ulgą, ale zaraz ogarnęła go złość.

– Nigdy więcej tak nie rób! Mogłem cię zabić!

– Przepraszam!

– Co tu robisz o tej porze? Idź się połóż!

– Słyszałam, jak wychodziłeś, i domyśliłam się, że przyszedłeś tutaj. Borghild, która miała strzec mojej cnoty, zasnęła jak zabita.

I tak nie ma już czego strzec, pomyślał złośliwie, sprawdzając, czy drzwi są zamknięte. Wydawały się dość solidne.

– A jeśli zjawią się duchy? – szepnęła Tova.

– Nie opowiadaj bzdur! Masz klucz?

– Próbowaliśmy wszystkich kluczy, jakie są we dworze, ale żaden nie pasuje.

– Jeśli już koniecznie musisz się tu kręcić, to niech będzie z ciebie jakiś pożytek. Mam w torbie kilka starych kluczy. Przynieś je, leżą na samym dnie. Może któryś będzie pasował. Przy okazji znajdziesz podłużne zawiniątko. To dla ciebie – rzucił od niechcenia, nie patrząc w jej stronę.

– Dla mnie? Dlaczego?

Odwrócił się do niej rozdrażniony.

– Czy nie skończysz niebawem, po świętym Olafie, osiemnastu lat?

– To prawda!

– I nie obudź tej baby!

Tova, ocknąwszy się ze zdumienia, wróciła do swego alkierza. Podniecona zajrzała do torby Ravna.

Pomyśleć, że pamiętał o jej urodzinach!

Bez trudu znalazła podłużną paczkę i rozwinęła materiał. Mimo że nie widziała dobrze w ciemnościach, poznała po kształcie, że trzyma w ręce chochlę podobną do tej, której używali z Ravnem w opuszczonej górskiej zagrodzie. Tyle że ta była pięknie rzeźbiona i całkiem nowa, pachnąca świeżym drewnem.

Z radości serce zabiło jej mocniej. Przycisnęła łyżkę do piersi i już miała wejść do sąsiedniej izby, by pokazać prezent Borghild, gdy zatrzymała się gwałtownie. Nie może przecież budzić służącej w środku nocy, a poza tym Ravn wysłał ją po klucze. Pewnie już się denerwuje, bo cierpliwość nie należy do jego przymiotów. Włożywszy prezent do swego kufra, pośpiesznie wyszła.

Zdyszana, podała mu klucze i wyszeptała słowa podziękowania.

– W ciemności nie mogłam dokładnie obejrzeć chochli, ale wyczułam, że jest piękna. Bardzo się cieszę.

– Czy to powód, by się mazać? – burknął, widząc, że Tova wyciera łzy wzruszenia, ale w jego głosie zabrzmiała nuta zadowolenia.

Drewniana łyżka znaczyła dla Tovy znacznie więcej niż jakikolwiek inny podarek, bo świadczyła o tym, że w Ravnie dokonała się wielka przemiana. Zapewne po raz pierwszy w życiu uczynił coś, by ucieszyć drugiego człowieka.

Poza tym tak misterne ornamenty nie powstały w jeden dzień. Musiał w to włożyć wiele pracy. A nawet jeśli zamówił chochlę u jakiegoś rzemieślnika w Grindom, nie umniejszało to wartości prezentu. Najważniejsze, że chciał jej coś ofiarować, właśnie jej, a tego dziewczyna była pewna, bo chochla bardzo przypominała tę, w której niosła wodę ze strumienia wtedy, gdy Ravn leżał ciężko ranny w opuszczonej zagrodzie w lesie. W ten sposób pragnął jej wyrazić wdzięczność.

– Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ją w świetle dziennym – powiedziała bez tchu, ale on tylko coś burknął w odpowiedzi.

Żaden z kluczy oczywiście nie pasował

– Ja i tak muszę się dostać do środka – mruknął pod nosem Ravn. – Czy twojemu ojcu bardzo zależy na zachowaniu starych chat? – spytał.

– Tak myślę.

– Ta i tak się wkrótce zawali.

– Ale nie musimy w tym pomagać.

Nagle odwrócił się i popatrzył Tovie prosto w oczy. Wiele ją kosztowało, by wytrzymać jego wzrok. W głowie jej się kręciło.

– Skup się i pomyśl! – powiedział. – Te postaci, które widziałaś. Którędy wchodziły?

– Tędy, drzwi były otwarte.

– A widziałaś, jak wychodziły?

– Tak – rzekła powoli. – Co właściwie masz na myśli?

Przez chwilę patrzył na nią nieobecnym wzrokiem. Przesunął spojrzeniem po jej półdługiej koszuli i bosych stopach bielejących w mroku.

– Nie wierzę w te twoje upiory – zaczął.

– Ale ja je widziałam! – zapewniła gorąco.

– Być może, ale to nie były duchy. Szczególnie ten ostatni, którego sylwetka wydała ci się znajoma. A jeśli to są żywe istoty, to muszą mieć klucz. Z pewnością chowają go gdzieś w pobliżu. Zastanów się, Tova. Widziałaś, jak ktoś zamykał drzwi?

– Nie, spostrzegłam tylko postaci oddalające się od chaty.

– Tak było dwukrotnie, prawda?

Jaką on ma pamięć!

– Tak.

– Czy zawsze zmierzały w tę samą stronę?

– Niech pomyślę… Nie, nie pamiętam. Muszę popatrzeć przez okno mojego alkierza, żeby odtworzyć sobie ten obraz.

Ravn kiwnął głową.

– Przy okazji załóż coś na siebie!

Kiedy wróciła, już nieco cieplej ubrana, Ravn zerknął na nią z ukosa. Tova udawała, że nie dostrzega szczególnego wyrazu jego twarzy, ale jej ciałem wstrząsnął dreszcz podniecenia.

– Sprawdziłam, one zawsze szły w tym samym kierunku – powiedziała, starając się nie patrzeć na niego. – Najpierw w dół ku studni, a potem skręcały w stronę zagrody dla owiec.

– Wchodziły do środka?

– Nie, posuwały się wzdłuż ściany obory. Potem zniknęły mi z pola widzenia.

– Czy to często używana droga?

– Nie, przeciwnie.

– W takim razie idźmy tam!

Szybko ruszyli ku zagrodzie dla owiec, pustej o tej porze roku, gdyż zwierzęta wygnano już na pastwiska w wyższych partiach gór. Ravn posuwał się powoli wzdłuż ściany obory, a Tova szła za nim jak cień.

Zaglądali pod deski, pod okap dachu, ale nigdzie nie mogli znaleźć klucza. Ravn szukał nawet w trawie. Wszystko bez skutku.

– Zaraz, zaraz – zastanawiała się Tova, niezmiernie przejęta. – Powiedzmy, że minęli zagrodę… Dalej musieli przejść obok tamtego drzewa…

Nagle oboje przyspieszyli kroku, bo mniej więcej metr nad ziemią w pniu drzewa dostrzegli dziuplę.

Ravn wsunął rękę do otworu i popatrzył na dziewczynę triumfalnie. W jego oczach pojawiła się radość.

Wspólnie odnaleźli klucz do tajemniczej chaty.

ROZDZIAŁ IX

Drzwi do starego domu ustąpiły bez trudu i w nozdrza uderzył ich zapach stęchlizny.

Tova wciąż się trochę bała.

– A jeśli dach zwali się nam na głowę? – wyszeptała.

– Przydałaby się lampa – mruknął Ravn, nie zwracając uwagi na słowa dziewczyny.

Tova lekko dotknęła jego ramienia.