Ale potem… potem, kiedy już zaakceptuje takie rozwiązanie… To raj!
Po chwili odsunął ją od siebie. Michael, ten młody człowiek ze słonecznym blaskiem we włosach, jasnymi zielonymi oczyma, białymi zębami i złocistobrązową skórą. Piękny aż do bólu.
– Camillo, chcesz? Powiedz, że… do diabła, idzie Phillip. Co tu robi ta zimna ryba? Zastanów się nad tym, Camillo!
Puścił ją i spiesznie ruszył do domu.
Camilla została sama na huśtawce, ciągle jeszcze czuła zawrót głowy. Kiedy Phillip zbliżył się do niej, miała ochotę rzucić w niego czymś ciężkim.
– Dziękuję, że uratowałaś moje orchidee – zaczął powoli łagodnym głosem. – Zazwyczaj o nich nie zapominam, ale wczoraj wszystko potoczyło się tak szybko.
Jeszcze oszołomiona po zaskakującym wyznaniu miłosnym Michaela, odrzekła:
– Ach, nie ma za co, nie było to takie trudne…
Przyglądał się jej zamyślony.
– Greger mówił, że miałaś dziś w nocy wypadek, że coś się stało ze starym piecem kaflowym. Chyba ma rację, że to samoistne zapalenie. Och, ta Helena i jej całe to malarstwo…
Usiadł na huśtawce na miejscu Michaela i Camilli nie wypadało teraz odejść. Została na swoim miejscu, lecz nie było to już to samo. Phillip to naprawdę zimna ryba. Camilla nigdy nie potrafiła go rozgryźć.
– Tak, myślę, że to brzmi całkiem prawdopodobnie. Nigdy nie wierzyłam w tę szaloną teorię o usiłowaniu morderstwa…
– Usiłowanie morderstwa? Tutaj?
– Powiedziałam, że w to nie wierzę.
Phillip przyglądał się Camilli w zamyśleniu. Nagle dziewczyna wyrzuciła z siebie to, co nie dawało jej spokoju, od kiedy tu przyjechała.
– Czy możesz mi powiedzieć, ile osób właściwie mieszka w Liljegården?
Jego zdziwienie wydawało się szczere:
– Chyba wiesz?
– Ty, twoi trzej bracia i Helena. Czy nie ma tu nikogo więcej?
– Nie, kto, na Boga, mógłby to być? Pani Johnsen? Ona tu nie mieszka.
– Nie, nie myślałam o pani Johnsen.
Opanowała przemożną potrzebę spojrzenia na małe okienko nad wejściem.
– Nie, już nic, Phillipie. Nie przejmuj się tym. O, widzę, że jabłoń nadal tu stoi.
– Pewnie. Helena jest histeryczką. Nie ma takiego pośpiechu z pozbyciem się tego biednego drzewa.
Camilla roześmiała się.
– Phillipie, ciągle mnie zaskakujesz. Nie miałam pojęcia, że przejmujesz się drzewami i kwiatami. Myślę, że cię w ogóle nie znam.
Mogłaby jeszcze dodać: I nie wierzyłam, że będziesz pierwszym, którego mogę skreślić z listy jako Niszczyciela.
– Chyba nie – przyznał, mrużąc oczy. – Nie, na pewno mnie nie znasz.
Camilla zadrżała. Cieszyła się, że był tej nocy poza domem.
Świata nie stworzono w ciągu jednego dnia. Camilla też nie od razu zdobyła pewność siebie. Ciągle towarzyszył jej dawny strach przed zrobieniem czegoś, co mogłoby stać się powodem do krytyki i pogardy innych. Kiedy Greger zwrócił się do niej w biurze trochę surowiej niż zwykle, ponieważ położyła na inne miejsce jakiś dokument, zaczęła się tak trząść, że ze współczuciem przygarnął ją do siebie i pogłaskał po głowie, jak gdyby była małym dzieckiem.
Tego wieczoru Camilla znowu porządnie się wystraszyła.
Siedziała w salonie i przeglądała rodzinny album z fotografiami, który znalazła na półce. Był bardzo stary, spośród osób widniejących na zdjęciach znała zaledwie parę.
Nagle, kiedy odwróciła kolejną stronę, poczuła, jakby krew odpłynęła jej z mózgu. Krzyknęła głośno, nie panując nad sobą, rzuciła album na podłogę, jakby to był wielki, obrzydliwy pająk.
Z dużej na całą stronę fotografii patrzyła na nią twarz, kwadratowa, blada twarz z bardzo jasnymi włosami, demonicznymi brwiami Gregera, wąskimi ustami Phillipa i takimi samymi oczami, jak oczy Dana i Michaela. Mężczyzna był ubrany w mundur galowy, miał duże, białe wąsy, a na kamiennej, niewzruszonej twarzy malowały się zło i emocjonalny chłód. Na zdjęciu był młodszy, niż w czasie kiedy spotkała go Camilla. Dziewczyna jednak nie miała już żadnych wątpliwości, kim był.
Ktoś nadbiegł w pośpiechu, ale nie wiedziała, kto, gdyż na skutek silnego wstrząsu straciła przytomność. Pociemniało jej w oczach, cały pokój zawirował wokół i zniknął. Ktoś szepnął jej do ucha, szybko i cicho:
– Camillo, nie bój się. Jestem przy tobie, tak jak wtedy. On nie może cię skrzywdzić.
Więcej już nie pamiętała.
Kiedy ocknęła się na sofie, wszyscy czterej bracia pochylali się nad nią zmartwieni.
– Co, u diabła, się z tobą dzieje, Camillo? – spytał surowo Greger. – To tylko nasz dziadek.
Łkała cicho, bez łez.
– Prawda, wygląda trochę przerażająco, ale myślę, że jesteś już za duża, żeby wystraszyć się fotografii. O ile wiem, nigdy go nie spotkałaś.
Patrzyła na nich nieobecnymi, błędnymi oczami. Dan przyglądał się jej pytająco, Michael głęboko zmartwiony, Greger zirytowany i bez zrozumienia, Phillip z dziwnym wyrazem twarzy, niemal uśmiechnięty…
Który z nich przed chwilą szeptał do niej? Kim był ten, który także pamiętał tę przeraźliwą ucieczkę pomiędzy martwymi postaciami?
Powoli usiadła.
– Nie, to nic – odparła zmęczona. – On tylko był do kogoś podobny… wybaczcie mi. Zwykle nie mdleję z byle powodu jak jakaś chimeryczna damulka z osiemnastego wieku.
Myślała jednak tylko o tym, gdzie teraz może być mężczyzna ze zdjęcia, ale nie miała odwagi zapytać…
ROZDZIAŁ XIII
W głębi domu zegar wybijał godzinę dwunastą.
Camilla stała sama w ciemnym korytarzu i czekała. Nie było tu okna, jedyne światło, jakie docierało, to wąska żółta smuga widoczna pod kuchennymi drzwiami.
Czy przyjdzie? Listu, który pozostawiła, nie znalazła na miejscu, musiał więc otrzymać wiadomość.
Nie musisz się ujawniać, napisała. Było to jeszcze przed rozmową z Michaelem. Czy to Michael? Taki uroczy, życzliwy, wesoły…
Nie udało jej się odtworzyć w myśli jego twarzy. Rozmywała się we mgle z jakiegoś niewiadomego powodu.
Lecz myśl o Michaelu jako Przyjacielu mimo wszystko raniła jej wrażliwą duszę, ponieważ wykluczała trzech innych braci.
Greger był jej wrogiem. Phillip także. I Dan.
Takie rozwiązanie sprawiło jej przykrość.
Nagle smuga światła zniknęła. Teraz także w kuchni zapadła ciemność. Nie chciał ryzykować, za nic nie chciał zostać zdemaskowany.
Myślisz, że nie wiem, że jesteś Michaelem? A może się mylę?
Zaskrzypiały otwierane i następnie zamykane drzwi. Serce Camilli waliło jak młot. Kroki się zbliżały. Poruszyła się, ażeby dać znać, gdzie jest.
Czyjeś ramiona objęły ją łagodnie. Camilla przytuliła się do ciała Przyjaciela, które promieniowało ciepłem, dawało poczucie bezpieczeństwa i czułość, o którą nie podejrzewałaby Michaela. Położyła głowę na jego ramieniu i zamknęła oczy.
Stali tak nieporuszeni, a sekundy płynęły. Jego usta musnęły jej włosy, a następnie szyję, łagodnie i delikatnie. Zapanował między nimi dziwny nastrój smutku i tęsknoty niczym krótki refleks pamiętnego wieczoru sprzed sześciu lat.
Camilla przesunęła rękę w stronę ramienia nieznajomego. Nie miała odwagi wsunąć jej pod koszulę i dotknąć nagiej skóry, ale przez materiał mogła wyraźnie wyczuć nierówności blizny. Wtedy uśmiechnęła się do siebie uspokojona.
– To była próba zabójstwa, prawda? – spytała cicho.
Przytaknął.
– Kto?
Tym razem zaprzeczył ruchem głowy. Albo nie wiedział, kto to zrobił, albo nie chciał powiedzieć.
Z westchnieniem wysunęła się z jego objęć.
– Teraz zaczerpnęłam już siły – szepnęła. – Dziękuję, że przyszedłeś.