Do pewnego momentu Val zachowywał spokój, lecz teraz jego twarz wykrzywił grymas wściekłości.
— Nie chcę twojej litości — odparł. — Nie chcę być jednym z was. I nie nazywaj mnie synem! Wynoś się stąd, starcze, bo w tym roku zabiorę twoje skrzydła!
Siwy lotnik potrząsnął głową. Kolega wziął go za łokieć.
— Chodźmy, Cadonie. Niepotrzebnie się nad nim rozczulasz.
Na koniec w świetlicy oprócz Maris, Vala i S'Relli została tylko Riesa, która udawała, że jest pochłonięta zbieraniem brudnych kufli, i w ogóle na nich nie patrzyła.
— Serdeczność i wielkoduszność — odezwał się Val.
— Nie wszyscy są… — Maris nie mogła dokończyć zdania. S'Rella wyglądała tak, jakby za chwilę miała się rozpłakać.
Ktoś otworzył z hukiem drzwi. Ujrzeli Gartha, który sprawiał wrażenie oszołomionego i wściekłego.
— Co się dzieje? — zapytał. — Przykuśtykałem tu, żeby być gospodarzem przyjęcia, a tymczasem wszyscy są na plaży. Maris? Riesa? — Zatrzasnął drzwi i ruszył przez pokój. — Jeśli doszło tu do jakiejś bójki, to łeb ukręcę głupkowi, który ją zaczął. Lotnicy nie powinni się wykłócać jak lądowcy.
Val spojrzał mu prosto w twarz.
— To przeze mnie nie masz gości — oznajmił.
— Czy ja cię znam? — zapytał Garth.
— Val z Południowego Arrenu. — Czekał na reakcję.
— On niczego nie zaczął — odezwała się nagle Maris. — Uwierz mi, Garth. Jest moim gościem.
Garth wydawał się zaskoczony.
— Wobec tego dlaczego…?
— Nazywają mnie również Jednoskrzydłym.
Teraz Garth zrozumiał wszystko. Patrząc na jego twarz, Maris pomyślała, że musiała mieć taką samą minę, gdy spotkała Vala w dokach Stormtown. Gdy uświadomiła sobie, co musiał wtedy czuć, ogarnęły ją mdłości.
W każdym razie Garth starał się panować nad swoimi emocjami.
— Żałuję, że nie mogę ci zgotować serdecznego powitania — oznajmił — ale to zadawałoby kłam moim uczuciom. Ari była przemiłą, wspaniałą kobietą, która nigdy nie zrobiła nikomu krzywdy. Znałem również jej brata. Wszyscy ich znaliśmy. — Westchnął i spojrzał na Maris. — Mówisz, że jest twoim gościem? Co mam, według ciebie, zrobić?
— Ari była również moją przyjaciółką — powiedziała Maris. — Garth, nie proszę, żebyś o niej zapomniał, ale to nie Val ją zabił. Zabrał jej skrzydła, a nie życie.
— Na jedno wychodzi — burknął Garth, ale nie zabrzmiało to przekonująco. — Znowu popatrzył na Vala. — Jednak ty byłeś wtedy zaledwie chłopcem, a poza tym nikt z nas nie wiedział, że Ari popełni samobójstwo. Mnie też zdarzały się błędy, choć żaden nie był tak poważny jak twój, i sądzę, że…
— Ja nie popełniłem błędu — przerwał Val.
Garth zamrugał.
— To, że rzuciłeś wyzwanie, było błędem — oświadczył. — Ari się zabiła.
— Gdybym miał okazję, znowu bym ją wyzwał — odparł Val.
— Nie przygotowała się do lotów. To, że zginęła, wynikało z jej błędu, nie z mojego.
Garth zawsze był łagodnym, wesołym człowiekiem. Nawet gdy zdarzało mu się okazywać złość, czynił to w komiczny sposób. Nigdy dotąd Maris nie widziała u niego tak ponurego, pełnego zawziętości wyrazu twarzy.
— Wynoś się, Jednoskrzydły — powiedział, zniżając głos. — Opuść tę bazę i nigdy tu nie wracaj, nawet jeśli zdobędziesz skrzydła. Nie chcę cię tu więcej widzieć.
— Nie wrócę — odparł stanowczo Val. — Niemniej jednak dziękuję ci za serdeczność i wielkoduszność. — Uśmiechnął się i skierował do drzwi. S'Rella ruszyła za nim.
— S'Rello — odezwał się Garth. — Ja nie… Dziewczyno, możesz zostać. Nie mam nic…
S'Rella zakręciła się w kółko.
— Wszystko, co mówi Val, jest prawdą. Nienawidzę was wszystkich.
I wybiegła za Valem.
Tej nocy S'Rella nie wróciła do chatki. Zjawiła się w niej dopiero o świcie, wraz z Valem; oboje byli gotowi do ćwiczeń. Maris dała im skrzydła i poszła z nimi po krętych kamiennych schodach na skałę lotników.
— Ścigajcie się — poleciła. — Lećcie nad wybrzeżem, wykorzystując morską bryzę i nie wznosząc się wysoko. Macie okrążyć całą wyspę.
Dopiero gdy zniknęli jej z oczu, sama założyła skrzydła. Wiedziała, że okrążenie wyspy zajmie lotnikom dobrych kilka godzin, i cieszyła się, że będzie miała tyle czasu dla siebie. Była zmęczona i rozdrażniona. Nawet najlepsze towarzystwo nie sprawiłoby jej przyjemności, a tym bardziej Val. Poddała się kojącemu wiatrowi i poleciała nad morze.
Niebo było blade i spokojne, wiatr miarowo daj jej w plecy, a ona pozwalała mu wyczyniać z sobą rozmaite harce. Nie dbała o to, dokąd leci; pragnęła jedynie unosić się w górze, czuć dotyk wiatru, zapomnieć o drobnych zmartwieniach w czystym, zimnym powietrzu.
Na dole nie działo się zbyt wiele. W pobliżu brzegów Skulny Maris wypatrzyła rybitwy, kanie i kilka sokołów. Tu i ówdzie trafiały się łodzie rybackie, a dalej widać było tylko ocean, wielką taflę niebieskawozielonej wody, z długimi, jasnymi smugami słońca. Raz zobaczyła stado pełnych wdzięku srebrzystych kotów morskich, które radośnie wyskakiwały ponad falami na wysokość sześciu, siedmiu metrów. Godzinę później mignęło jej przed oczami wietrzne widmo — ogromny, rzadko spotykany ptak o półprzeźroczystych skrzydłach, szerokich i cienkich jak żagle statku handlowego. Maris nigdy dotąd nie widziała tego stworzenia, aczkolwiek znała je z opowieści lotników. Ptaki te latały wysoko, tam gdzie nie docierali ludzie, i prawie nigdy nie zbliżały się do lądu. Okaz, który zobaczyła Maris, leciał dość nisko, szybując z wiatrem; miało się wrażenie, że w ogóle nie porusza swymi wielkimi skrzydłami. Wkrótce Maris straciła go z oczu.
Odczuwała teraz niezmącony spokój. Zniknęło napięcie i wściekłość, których doświadczała na lądzie. Pomyślała, że właśnie na tym polega latanie. Odpoczynek, przekazywanie wieści, hołdy, które składali jej ludzie, wygodny tryb życia, przyjaciele i wrogowie w lotniczej społeczności, zasady, prawa i legendy, odpowiedzialność i nieograniczona wolność — to wszystko miało drugorzędne znaczenie. Prawdziwą nagrodą było samo latanie.
Przyszło jej do głowy, że S'Rella jest pod tym względem podobna do niej. Może właśnie dlatego tak ją lubiła. Gdy ta południowa dziewczyna wracała z lotów, była uśmiechnięta, miała zaczerwienione policzki i roziskrzone oczy. Nagle Maris uświadomiła sobie, że Val nigdy tak nie wyglądał, i ta myśl ją zasmuciła. Nawet gdyby wywalczył skrzydła, nie otrzymałaby czegoś bardzo cennego. Wprawdzie latanie napełniało go widoczną dumą i satysfakcją, ale nie potrafił się cieszyć bliskością nieba. Bez względu na to, czy odniesie zwycięstwo czy nie, nigdy nie zazna błogości i szczęścia, które są dane prawdziwemu lotnikowi. I taka była okrutna prawda o życiu Vala.
Kiedy Maris zorientowała się, że minęło południe, w końcu przechyliła się na bok i zatoczyła długi, piękny łuk, żeby ruszyć w powrotną drogę na Skulny.
Nieco później, jeszcze tego dnia, Maris siedziała sama w chatce i odpoczywała, gdy nagle przestraszyło ją gwałtowne stukanie do drzwi.
Gościem okazał się nieznajomy mężczyzna — niski, drobny, o zapadniętych policzkach i siwiejących włosach, które były ciasno upięte w kok z tyłu głowy. Fryzura i oblamowana futrem odzież wskazywały, iż jest to przybysz ze Wschodu. Na jednym palcu nosił żelazny, a na drugim srebrny pierścień, co świadczyło o jego zamożności.