Выбрать главу

— Nazywam się Arak — oznajmił. — Od trzydziestu lat latam dla Południowego Arrenu.

Maris uchyliła drzwi i wpuściła go do środka. Wskazała mu jedyne krzesło w pomieszczeniu, a sama usiadła na łóżku.

— Pochodzisz z ojczystej wyspy Vala.

Wykrzywił usta.

— Rzeczywiście. I właśnie o Valu Jednoskrzydłym chcę z tobą porozmawiać. Niektórzy z nas powiedzieli…

— Nas?

— Lotników.

— Których lotników? — Jego pewność siebie budziła w Maris wrogie uczucia. Nie podobał jej się arogancki, zarozumiały ton przybysza.

— Nieważne — odparł Arak. — Wysłano mnie, abym z tobą porozmawiał, gdyż powszechnie uważa się, że chociaż nie przyszłaś na świat w lotniczej rodzinie, to jednak w pełni zasługujesz na miano lotnika. Nie pomogłabyś Valowi, gdybyś wiedziała, co to za człowiek.

— Znam go — powiedziała Maris. — Nie lubię go i wcale nie zapomniałam o śmierci Ari, lecz mimo to uważam, że powinno mu się dać szansę.

— Dostał szansę więcej razy, niż na to kiedykolwiek zasłużył — odparł ze złością Arak. — Wiesz, skąd on się wywodzi? Jego rodzice byli zdeprawowanymi, brudnymi, ciemnymi ludźmi. I wcale nie mieszkali na Południowym Arrenie, tylko na Lomarronie. Znasz Lomarron?

Maris skinęła głową. Przypomniała sobie swój lot sprzed trzech lat. Lomarron był dużą, górzystą wyspą o nieurodzajnej ziemi, w której znajdowały się jednak obfite złoża metalu. To bogactwo w nieunikniony sposób powodowało konflikty. Większość tamtejszych lądowców pracowała w kopalniach.

— Jego rodzice byli górnikami — zgadywała.

Arak potrząsnął głową.

— Strażnikami — oświadczył. — Zawodowymi mordercami. Jego ojciec był nożownikiem, a matka procarzem.

— Wiele wysp posiada straż lądową — niepewnie odparła Maris.

— Na Lomarronie straż ćwiczy więcej niż na innych wyspach — rzekł z wyraźną satysfakcją. — W końcu okazało się, że tej praktyki było aż za dużo. Podczas jednej z potyczek matka straciła rękę; odcięto jej dłoń tuż przy nadgarstku. Wkrótce potem zawarto rozejm. Jednak rodzina Vala nie przepadała za rozejmami. Jego ojciec i tak zabił jakiegoś człowieka, a potem wszyscy troje musieli uciekać z Lomarronu w łodzi rybackiej, którą zresztą ukradli. Właśnie w ten sposób przybyli na Południowy Arren. Matka była bezużyteczną, jednoręką kaleką, lecz ojciec ponownie wstąpił do straży lądowej. Jednak tylko na krótko. Któregoś wieczoru strasznie się upił i powiedział swemu towarzyszowi, kim jest. Wieść o tym doszła do zwierzchnika, a potem na Lomarron. Ojciec Vala został powieszony jako złodziej i morderca.

Maris siedziała jak sparaliżowana.

— Wiem o tym wszystkim — ciągnął Arak — ponieważ ulitowałem się nad biedną wdową. Przyjąłem ją do siebie na gosposię i kucharkę. Nie zważałem na to, że miała tylko jedną sprawną rękę i pracowała powoli i niezdarnie. Zapewniłem im dach nad głową i wyżywienie, a Val wychowywał się razem z moim synem. Skoro utracił ojca, powinien był słuchać mnie. Dawałem mu dobry przykład, wpajałem dyscyplinę, której nigdy go nie uczono. Jednak to wszystko poszło na mamę — taką miał już krew. Niepotrzebnie okazywałem uprzejmość im obojgu. Cokolwiek dla niego zrobisz, również zostanie zmarnowane. Jego matka była leniwa i niezaradna. Wiecznie jęczała i użalała się nad swoim zdrowiem. Nigdy nie wykonywała roboty na czas, a mimo to uważała, że należy jej się zapłata. Val często bawił się w nożownika i zabijanie ludzi. Usiłował nawet wciągnąć do tych zabaw mojego chłopaka, ale szybko położyłem temu kres. Val miał na niego bardzo duży wpływ. Wiesz, oni oboje kradli — i matka, i syn. Ciągle czegoś brakowało. Musiałem trzymać swoje żelazo pod kluczem. Raz przyłapałem go w nocy. Myślał, że śpię, i zaczął manipulować przy moich skrzydłach.

Dano mu możliwość uczciwej walki o skrzydła i cóż robi? Atakuje biedną Ari, która nie miała szansy, i właściwie ją zabija. On nie ma moralności, żadnych zasad. Nie potrafiłem mu ich wpoić na siłę, gdy był chłopcem, a teraz…

Maris wstała. Nagle przypomniała sobie blizny na plecach Vala.

— Biłeś go?

— Słucham? — Arak rzucił jej zdumione spojrzenie. — Oczywiście, że go biłem. To jedyny sposób, żeby nauczyć go rozumu. Kiedy był mały, używałem drewnianego kija, a potem od czasu do czasu bata. Tak samo traktowałem swojego syna.

— Tak samo traktowałeś swojego syna. A co powiesz o innych sprawach — na przykład, czy Val i jego matka jadali z tobą przy jednym stole?

Na wychudłej twarzy Araka pojawił się grymas przerażenia. Nawet gdy wstał, wydawał się niski i musiał zadzierać głowę, żeby spojrzeć na Maris.

— Oczywiście, że nie! — warknął. — Przecież byli służbą, wynajętymi szczurami lądowymi. Służący nie jedzą razem ze swoimi panami. Dawałem im wszystko, czego potrzebowali — nie waż się sugerować, że ich głodziłem.

— Dawałeś im ochłapy — odparła z gniewną pewnością. — Ochłapy i odpadki — to, czego sam nie mogłeś wykorzystać.

— Byłem zamożnym lotnikiem, gdy ty dopiero nosiłaś koszulę w zębach. Nie próbuj mnie pouczać, jak mam karmić swoich domowników.

Maris zbliżyła się do Araka.

— Wychowywałeś go ze swoim synem, tak? A co powiedziałeś, kiedy szkoliłeś swojego syna, a Val zapytał, czy mógłby przymierzyć skrzydła?

Arak zaśmiał się gardłowo.

— Od razu go zlałem, żeby mu wybić z głowy ten pomysł — rzekł. — To działo się, jeszcze zanim zjawiłaś się ty, ze swoimi przeklętymi akademiami i bzdurami, w które kazałaś wierzyć lądowcom.

Maris odepchnęła go.

Nigdy przedtem nie pozwalała sobie na tego rodzaju zachowanie, lecz teraz pchnęła przybysza mocno, obiema rękami, tak że Arak zatoczył się do tyłu, a śmiech uwiązł mu w gardle. Pchnęła go jeszcze raz i w końcu potknął się i upadł. Stanęła nad nim i zmierzyła go wzrokiem. Jego oczy wyrażały lęk i niedowierzanie.

— Wstawaj — powiedziała. — Wstawaj i wynoś się, ty obrzydliwy człowieczku. Gdybym mogła, tobym ci zdarła skrzydła z grzbietu. Ty plugawisz niebo.

Arak dźwignął się na nogi i szybko ruszył w stronę drzwi. Na zewnątrz wróciła mu śmiałość.

— Krew jest najważniejsza — wycedził już zza drzwi. Wiedziałem o tym. Mówiłem im wszystkim. Szczur lądowy zawsze będzie szczurem lądowym. Akademie zostaną zamknięte. Powinniśmy byli zabrać ci skrzydła od razu, ale nie szkodzi, możemy to zrobić i teraz.

Dygocząc, Maris zatrzasnęła drzwi.

Nagle w jej umyśle zrodziło się straszliwe podejrzenie. Wybiegła za Arakiem. Na jej widok przyśpieszył, ale wkrótce go dogoniła i przewróciła na piasek. Kilku lotników obserwowało tę scenę ze zdumieniem, ale żaden nie zdecydował się interweniować.

Arak kulił się ze strachu.

— Jesteś szalona! — wrzeszczał. — Zostaw mnie w spokoju!

— Gdzie odbyła się egzekucja ojca Vala? — zapytała Maris.

Arak niezdarnie wstał.

— Na Lomarronie czy na Południowym Arrenie?

— Oczywiście, że na Arrenie. Nie było sensu eskortować go z powrotem — odparł, cofając się o krok. — Mieliśmy równie dobry stryczek.

— Ale zbrodnia została popełniona na Lomarronie, zatem tylko zwierzchnik Lomarronu mógłby zarządzić egzekucję — oświadczyła Maris. — W jaki sposób przekazano owo zarządzenie waszemu zwierzchnikowi? Ty poleciałeś, prawda? Żeby przekazać tę wiadomość, poleciałeś tam i z powrotem!