Arak spojrzał na nią nienawistnym wzrokiem, a potem puścił się pędem. Tym razem Maris nie usiłowała go gonić.
Wyraz jego twarzy potwierdził jej najgorsze przypuszczenia.
Tej nocy wiatr znad morza był zimny i orzeźwiający, lecz Maris spacerowała powoli; w porównaniu z samotną przechadzką po wybrzeżu narada z Valem wydawała się ciężką przeprawą. Pragnęła porozmawiać z nim — czuła, że jest to jej obowiązkiem — ale nie była pewna, co powinna mu powiedzieć. Po raz pierwszy miała wrażenie, że go rozumie, i ta współczująca postawa budziła w niej niepokój.
Była wściekła na Araka. Doszła do wniosku, że niepotrzebnie się uniosła. Nie miała prawa do okazywania gniewu, nawet jeśli takie prawo miał Val. Nie można winić lotnika za to, jaką nowinę przekazuje — tak nakazywał zdrowy rozsądek i wielowiekowa tradycja. Samej Maris nigdy nie zdarzyło się przekazać informacji, której bezpośrednim skutkiem byłaby czyjaś śmierć. Jednak raz jej wieść zadecydowała o uwięzieniu kobiety oskarżonej o kradzież. Teraz zastanawiała się, czy ta kobieta żywi urazę do niej i do zwierzchnika, który ją skazał.
Wepchnęła ręce do kieszeni i zgarbiła się, smagana przenikliwym wiatrem. Z zasępioną twarzą ponownie rozważała całą sytuację. Arak nie należał do sympatycznych osób; bycie narzędziem zemsty wobec mordercy dawało mu zapewne satysfakcję i bez wątpienia skorzystał wówczas z tej okazji. Traktował Vala i jego matkę po prostu jak tanią siłę roboczą, choć teraz ze świętoszkowatą miną zapewniał Maris o swojej wspaniałomyślności.
Kiedy zbliżała się do tawerny, w której mieszkał Val, nadal targały nią sprzeczne myśli. Arak był lotnikiem, a lotnicy musieli przekazywać każdą wiadomość, nawet przykrą albo powodującą czyjąś krzywdę. Nie mogła pozwolić, aby niechęć do Araka prowadziła ją do obwiniania go o egzekucję, słuszną lub nie, ojca Vala. I jeśli Val pragnął być kimś więcej niż tylko Jednoskrzydłym, również musiał to sobie uświadomić.
Tawerna mieściła się w odrapanym budynku; jej wnętrze było ciemne i chłodne i lekko zalatywało pleśnią. Ogień na kominku nie ogrzewał należycie głównej sali, a palące się na stole świece mocno dymiły. Val grał akurat w kości z trzema ciemnowłosymi, grubymi kobietami w brązowoziełonych uniformach straży, ale gdy Maris go poprosiła, podszedł do niej ze szklanką wina.
Wysłuchał jej w milczeniu, nie zdradzając żadnych emocji. Kiedy skończyła, przez chwilę na jego twarzy gościł blady uśmiech.
— Serdeczność i wielkoduszność — powiedział. — Arak dysponuje tymi cechami w nadmiarze. — Na tym zakończył swój komentarz.
Nastąpiła długa, kłopotliwa cisza.
— Czy to wszystko, co masz zamiar powiedzieć? — zapytała Maris.
Wyraz twarzy Vala uległ nieznacznej zmianie. Bruzdy wokół jego ust stwardniały, a oczy przypominały wąskie szparki. Jeszcze nigdy nie miał tak surowej miny.
— A czego ode mnie oczekiwałaś, lotniczko? Myślałaś, że cię obejmę, zaciągnę do łóżka, zaśpiewam pieśń sławiącą twoje wyczyny. No, czego się spodziewałaś?
Maris była zaskoczona jego gniewnym tonem.
— Ja… ja nie wiem, czego oczekiwałam — odparła. — Ale chciałam, abyś wiedział, że rozumiem, przez co przeszedłeś, że jestem po twojej stronie.
— Nie chcę, żebyś była po mojej stronie — rzekł Val. — Nie potrzebuję ani ciebie, ani twojego współczucia. I jeśli sądzisz, że podoba mi się to, iż grzebiesz w mojej przeszłości, to jesteś w błędzie. To, co zaszło między mną i Arakiem, to nasza sprawa, nie twoja, i żaden z nas nie potrzebuje twoich osądów. — Skończył wino i pstryknął palcami.
Właściciel baru podszedł do stolika i postawił na nim butelkę.
— Pragnąłeś zemsty na Araku i miałeś rację — uparcie kontynuowała Maris — ale potem przeniosłeś chęć zemsty na wszystkich lotników. Powinieneś był wyzwać na pojedynek Araka, a nie Ari.
Val nalał sobie wina i pociągnął łyk.
— Ta romantyczna koncepcja wiąże się z kilkoma problemami — oświadczył nieco spokojniejszym tonem. — Po pierwsze, w roku, w którym Powietrzny Dom poparł mój udział w turnieju, Arak nie miał skrzydeł. Jego syn osiągnął pełnoletność. Arak przeszedł w stan spoczynku. Dwa lata temu jego syn zaraził się jakąś gorączką z Południa i zmarł, a wówczas Arak przejął jego skrzydła.
— Rozumiem — odparła Maris. — Nie rzuciłeś wyzwania synowi, ponieważ był twoim przyjacielem.
Val wybuchnął okrutnym śmiechem.
— Nie za bardzo. Syn był źle wychowanym byczkiem, który z każdym dniem coraz bardziej przypominał swego ojca. Nie uroniłem ani jednej łzy, gdy wrzucali go do morza. Och, kiedyś, gdy był jeszcze zbyt młody, aby pojąć, jaką ma nade mną wyższość, bawiliśmy się razem i całkiem często obrywaliśmy baty, ale to nie wytworzyło miedzy nami więzi. — Nachylił się do Maris. — Nie rzuciłem wyzwania synowi dlatego, że był dobry. Z tej samej przyczyny nie chciałem się mierzyć z Arakiem. Możesz sobie myśleć, co chcesz, ale nie interesuje mnie zemsta. Zależy mi na skrzydłach i przywilejach, które są związane z ich posiadaniem. Wasza Ari była najsłabszą lotniczką, jaką zdarzyło mi się widzieć, i czułem, że zdołam odebrać jej skrzydła. W walce z Arakiem czy jego synem mógłbym przegrać. Widzisz, jakie to proste.
Pociągnął łyk wina. Maris patrzyła na niego z przerażeniem. To, co miała nadzieję osiągnąć swoją wizytą, okazało się mrzonką. Uświadomiła sobie, że to coś się nie zdarzy, nie może się zdarzyć. Była nierozsądna myśląc, że mogłoby być inaczej. Val Jednoskrzydły nie zamierzał się zmieniać tylko dlatego, że Maris zrozumiała okrutne okoliczności, które go ukształtowały. Siedział i, jak zawsze, spoglądał na nią z chłodną pogardą. Wiedziała, że nigdy nie będą przyjaciółmi, bez względu na rozwój wypadków.
Podjęła jeszcze jedną próbę.
— Nie osądzaj wszystkich lotników według zachowania Araka. — Słysząc własne słowa, zastanawiała się, dlaczego nie powiedziała „my", dlaczego mówiła o lotnikach w taki sposób, jakby nie była jednym z nich. — Arak nie jest typowy.
— Arak i ja rozumiemy się nawzajem wystarczająco dobrze — odparł Val. — Znam go, nie musisz mi o nim mówić. Wiem, że jest bardziej okrutny niż większość ludzi, zarówno lotników, jak i szczurów lądowych, a ponadto jest mniej inteligentny i bardziej popędliwy. Jednak to w żaden sposób nie zmienia mojej opinii o innych lotnikach. Możesz się ze mną zgodzić lub nie, ale uważam, że podobną postawę jak on prezentuje większość twoich przyjaciół. Arak jest tylko mniej powściągliwy w wyrażaniu poglądów i ma bardziej niewyparzoną gębę.
Maris wstała.
— Nie mamy już sobie nic do powiedzenia. Czekam na ciebie i S'Relle jutro z samego rana, na ćwiczeniach — oznajmiła i wyszła.
Sena przybyła wraz z drewnianoskrzydłymi o kilkanaście godzin wcześniej, niż planowała, w dniu poprzedzającym otwarcie zawodów. Statek zawinął do najbliższego portu, a potem grupa szła dwanaście mil drogą ciągnącą się wzdłuż wybrzeża.
Maris przeprowadzała loty i nie wiedziała, że jej podopieczni od dłuższego czasu są na Skulny. Kiedy ich odnalazła, Sena natychmiast poprosiła ją o zestaw należących do akademii skrzydeł i wysłała po nie Sher i Leyę.
— Musimy wykorzystać każdą godzinę dobrego wiatru, jaka nam została — oświadczyła. — Byliśmy uwięzieni na tym statku zbyt długo.
Kiedy studenci odeszli, Sena kazała Maris usiąść i uważnie na nią spojrzała.
— Powiedz mi, co się stało.
— Co masz na myśli?