Sena niecierpliwie potrząsnęła głową.
— Zauważyłam to od razu — powiedziała. — W poprzednich latach lotnicy może i okazywali nam rezerwę, ale zawsze byli uprzejmi i opiekuńczy. W tym roku wyraźnie wyczuwam w nich wrogość. Czy to z powodu Vala?
Maris odpowiedziała starej kobiecie, co zaszło.
Sena nachmurzyła się.
— Hm, to bardzo niepomyślne wieści, ale jakoś damy sobie radę. Przeciwności losu zahartują ich. Potrzebują tego.
— Czyżby? Tego rodzaju zaprawa nie ma przecież nic wspólnego z silnym wiatrem, złą pogodą czy twardym lądowaniem. Czy oprócz ciał powinni hartować również swoje serca?
Sena położyła rękę na ramieniu Maris.
— Zapewne tak. Mówisz z rozgoryczeniem, Maris. Rozumiem twoje rozczarowanie. Ja również byłam lotnikiem i chciałabym mieć lepsze zdanie na temat swoich starych przyjaciół. Jakoś to przetrwamy, i lotnicy, i drewnianoskrzydli.
Tego wieczoru lotnicy urządzali huczne przyjęcie w bazie. Hałas dochodził aż do wioski, w której mieszkała Maris ze swoją ekipą. Jednak Sena nie zgodziła się, żeby studenci wzięli udział w imprezie. Oświadczyła im, że powinni wypocząć. Przedtem zwołała ich na ostatnie spotkanie w swojej chatce.
Najpierw omówiła zasady. Turniej miał trwać trzy dni, lecz jego najważniejsza część, oficjalne wyzwania, rozgrywała się tylko z rana.
— Jutro podacie imię swojego przeciwnika i będziecie się ścigać — tłumaczyła. — Sędziowie ocenią waszą szybkość i wytrzymałość. Pojutrze będą zwracali uwagę na płynność lotu, a trzeciego dnia — na precyzję; będziecie lecieli do bram, aby zaprezentować swoją technikę.
Popołudnia i wieczory miały być poświęcone mniej istotnym pojedynkom, zabawom, wyzwaniom osobistym, turniejom śpiewaków, piciu, i tak dalej.
— Zostawcie tego rodzaju zajęcia lotnikom, którzy nie startują w poważnych zawodach — ostrzegła Sena. — Takie błazeństwa tylko wam szkodzą. Zmęczycie się i stracicie wytrzymałość. Jeśli chcecie, możecie się przyglądać, ale nie bierzcie w tym udziału.
Kiedy Sena wyczerpała temat reguł, przez jakiś czas odpowiadała na pytania. Nie potrafiła rozstrzygnąć wątpliwości Kerra, który podczas trzech dni na morzu trochę schudł i wyglądał zdumiewająco dobrze.
— Sena — odezwał się — jak mamy zadecydować, komu najlepiej będzie rzucić wyzwanie?
Sena spojrzała na Maris.
— Już mieliśmy ten problem — powiedziała. — Dzieci z lotniczych rodów wiedzą wszystko, co trzeba, gdy osiągają wiek, w którym można rzucać wyzwanie. Nie dochodzą jednak do nas żadne pogłoski na temat tego, kto jest mocny, a kto słaby. Ja sama mam informacje sprzed dziesięciu lat. Zechcesz im coś doradzić, Maris?
Maris skinęła głową.
— No cóż, przede wszystkim powinniście znaleźć osobę, którą będziecie mogli pokonać. Radziłabym rzucać wyzwania tym ze Wschodu albo z Zachodu. Lotnicy z odleglejszych stron są zapewne najlepszymi reprezentantami swoich regionów. Kiedy turniej odbywa się na Południu, można wybrać spośród tamtejszych lotników słabeuszy, lecz sukces w powietrzu mogą osiągnąć tylko najlepiej wyszkoleni zawodnicy Zachodu.
Poza tym dobrze byłoby, gdybyście unikali lotników z Shotanu Wielkiego. Oni są zorganizowani prawie jak w wojsku; ćwiczą nieustannie.
— W zeszłym roku wyzwałem na pojedynek kobietę z Shotanu Wielkiego — odezwał się posępny Damen. — Na początku nie wydawała się zbyt dobra, ale gdy przyszło do poważnej rozgrywki, pokonała mnie bez trudu.
— Prawdopodobnie celowo okazywała niezdarność, żeby sprowokować kogoś do rzucenia wyzwania — zauważyła Maris. — Znam parę osób, które tak robią.
— Mimo wszystko zostaje całkiem dużo osób — odezwał się Kerr. Oczekiwał bardziej szczegółowych informacji. — Nie znam żadnej z nich. Czy możesz mi podać imię kogoś, z kim miałbym szansę wygrać?
Val roześmiał się. Stał pod drzwiami; towarzyszyła mu S'Rella.
— Nie uda ci się pokonać nikogo — rzekł. — Chyba że Senę. Wyzwij ją.
— Pokonam ciebie, Jednoskrzydły — warknął Kerr.
Sena uciszyła go i groźnie spojrzała na Vala.
— Spokój. Nie życzę sobie takich odżywek, Val. — Skierowała wzrok na Maris. — Kerr ma rację. Czy możesz nam powiedzieć, którzy lotnicy są słabsi?
— Przecież wiesz, Maris — wtrącił się Val. — Tacy jak Ari — dodał z uśmieszkiem.
Jeszcze nie tak dawno temu podobna sugestia wzbudziłaby u Maris przerażenie. Kiedyś potraktowałaby takie słowa jak najgorsze z możliwych bluźnierstwo. Teraz nie była już taka pewna. Gorsi lotnicy narażali siebie i swoje skrzydła; ich możliwości nie były żadną tajemnicą dla kogoś, kto znał ploteczki z Orlego Gniazda.
— Hm, przypuszczam, że mogę zasugerować kilka imion — odparła z wahaniem. — Na przykład Jon z Culhall. Ponoć ma kiepski wzrok, a jego umiejętności nigdy nie robiły na mnie wrażenia. Drugi kandydatem mogłaby być Bari z Poweet. W zeszłym roku przytyła prawie piętnaście kilogramów, a to u lotnika wyraźny objaw złej formy psychicznej i fizycznej. — Wymieniła jeszcze kilka osób, starych i bardzo młodych; lotnicy często o nich rozmawiali, wytykając im niezdarność albo beztroskę, albo jedno i drugie. Potem, pod wpływem impulsu, dorzuciła jeszcze jedno imię. — Może warto byłoby zmierzyć się z mieszkańcem Wschodu, którego wczoraj poznałam. To Arak z Południowego Arrenu.
Val potrząsnął głową.
— Arak jest drobny, ale całkiem mocny — zauważył ze spokojem w głosie. — Prześcignąłby każdego z was, oprócz mnie, być może.
— Ach tak? — podchwycił Damen, jak zwykle wściekły, gdy subtelnie mu ubliżano. — Przekonamy się. Ja będą ufał osądowi Maris.
Rozmawiali jeszcze parę minut. Drewnianoskrzydli z zapałem dyskutowali o osobach wskazanych przez Maris. Wreszcie Sena wygoniła ich wszystkich, nakazując, aby odpoczęli.
Stojąc przed chatką dzieloną z Maris, S'Rella życzyła dobrej nocy Valowi.
— Idź już — powiedziała. — Dzisiaj zostanę tutaj.
Val sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego.
— O — bąknął. — No cóż, rób, jak chcesz.
Kiedy Val znikł im z oczu, Maris zagadnęła dziewczynę:
— S'Rello? Oczywiście cieszę się z twojej obecności, ale dlaczego zdecydowałaś się zostać?
S'Rella odwróciła się do niej. Na jej twarzy malowała się powaga.
— Pominęłaś Gartha — zauważyła.
Maris była zaskoczona. Naturalnie, myślała o Garthie. Był chory, za dużo pił, przybierał na wadze — najlepiej by było, gdyby utracił skrzydła. Wiedziała jednak, że nigdy by się na to nie zgodził. Byli sobie bliscy przez wiele lat i nie potrafiła się zmusić do podania jego imienia podczas rozmowy z drewnianoskrzydłymi.
— Nie mogłam mu tego zrobić — odparła. — To mój przyjaciel.
— A my nie jesteśmy twoimi przyjaciółmi?
— Oczywiście, że tak.
— Ale nie tak bliskimi jak Garth. Bardziej zależy ci na tym, żeby go chronić, niż na wyniku naszych pojedynków o skrzydła.
— Może pominęłam go niesłusznie? — zastanowiła się Maris. — Ale to nie jest łatwe; za bardzo mi na nim zależy. S'Rello — zwróciła się do dziewczyny — ty chyba nie mówiłaś Valowi nic na temat Gartha? — Ogarnął ją nagły niepokój.
— Nie martw się — odparła S'Rella. Minąwszy Maris, weszła do chatki i zaczęła zdejmować ubranie. Maris w poczuciu bezradności weszła za nią, żałując, iż zadała pytanie.
— Chcę, żebyś mnie zrozumiała — powiedziała do S'Relli, gdy dziewczyna z Południa wślizgnęła się pod koc.
— Rozumiem cię — odparła S'Rella. — Jesteś lotnikiem. — Przewróciła się na bok, plecami do Maris, i już się nie odzywała.