Выбрать главу

Pierwszego dnia konkursu świt był pogodny i niemal bezwietrzny.

Stojąc przed bazą lotników, Maris odnosiła wrażenie, że na zawody przyszła połowa mieszkańców Skulny. Wszędzie było widać ludzi: wędrowali tam i z powrotem po brzegu, wspinali się na urwiste skały w poszukiwaniu lepszych punktów obserwacyjnych, siadali na trawie, na piasku lub na kamieniach, samotnie i w grupkach. Na plaży roiło się od dzieci w różnym wieku. Pędziły, rozkopując piasek, taplały się w przybrzeżnych falach, wznosiły radosne okrzyki, bawiły się w lotników, co polegało na bieganiu z rozpostartymi ramionami.

W tłumie ludzi krążyli handlarze: jeden człowieczek był obwieszony kiełbaskami, inny nosił bukłaki z winem, a jakaś kobieta ciągnęła wózek, na którym piętrzyły się paszteciki. Widzowie zebrali się nawet na morzu; Maris dostrzegła kilkanaście łódek zapełnionych pasażerami, przycumowanych niedaleko od brzegu. Domyślała się, że znacznie więcej takich łódek znajduje się poza zasięgiem jej wzroku.

Puste było tylko niebo.

Zazwyczaj przemykały po nim liczne grupy niecierpliwych lotników, którzy rozświetlali je srebrzystym blaskiem skrzydeł, krążyli i zawracali, przeprowadzając ostatnie ćwiczenia lub po prostu sprawdzając siłę wiatru. Jednak dzisiaj było inaczej.

Dzisiaj powietrze znieruchomiało.

Ta martwa cisza była przerażająca, a zarazem nienaturalna, nieprawdopodobna: przecież na wybrzeżu zawsze wiała orzeźwiająca morska bryza. Teraz jednak wszystko przykryła jakaś dusząca ociężałość. Nawet chmury na niebie nasuwały myśl o znużeniu.

Lotnicy dreptali po plaży ze skrzydłami przewieszonymi przez ramiona i od czasu do czasu niepewnie zerkali w górę. Czekając na wiatr, rozmawiali ściszonymi głosami o nieoczekiwanej zmianie aury.

Lądowcy gorliwie wyczekiwali inauguracji zawodów. Większość tych ludzi nawet nie wiedziała, że coś jest nie w porządku. Wszak dzień był ładny, bezchmurny. Tymczasem sędziowie przygotowywali swoje stanowiska na skałach i zajmowali miejsca. Nie można było dłużej zwlekać. Pojedynki przy bezwietrznej pogodzie byłyby mniej interesujące, ale przecież miały stanowić test umiejętności i wytrzymałości zawodników.

Maris zobaczyła, że drewnianoskrzydli idą za Seną po piasku, w kierunku schodków prowadzących na skały, i szybko do nich dołączyła.

Przed stolikiem sędziowskim, za którym siedział zwierzchnik Skulny i czworo lotników — po jednym ze Wschodu, Południa, Zachodu i Wysp Zewnętrznych — już utworzyła się kolejka zawodników.

Obwoływaczka zwierzchnika, potężnie zbudowana kobieta o klatce piersiowej, która przypominała beczułkę, stanęła na krawędzi skały. Każdy z zawodników informował sędziów, kogo wybrał sobie jako przeciwnika, a wówczas ona przykładała dłonie do ust i gromko obwieszczała to imię, żeby wszyscy je usłyszeli, a pomocnicy przekazywali wieść na całą plażę, pokrzykując, dopóki nie mieli pewności, że wyzwany lotnik rusza w kierunku skały. Następnie zawodnik, który rzucił wyzwanie, szedł na spotkanie ze swym oponentem, a kolejka posuwała się do przodu.

Większość podawanych imion brzmiała w uszach Maris znajomo. Wiedziała, że pojedynki mają charakter rodzinny: najczęściej rodzice testowali swoje dzieci, a w jednym przypadku siostra kwestionowała prawo starszego brata do noszenia rodzinnych skrzydeł. Jednak tuż przed pojawieniem się przy stoliku drewnianoskrzydłych, czarnowłosa dziewczyna z Shotanu Wielkiego, córka znakomitego lotnika, podała imię Bari z Poweet i Maris usłyszała, jak Kerr cicho przeklina. Stracił szansę na łatwy pojedynek.

Potem przyszła kolej na drewnianoskrzydłych.

Maris czuła, że zrobiło się ciszej. Zwierzchnik kipiał energią, ale czworo sędziów wyglądało na ponurych i zdenerwowanych. Lotniczka ze Wschodu bawiła się drewnianym teleskopem, który stał przed nią na stole, muskularny blondyn z Wysp Zewnętrznych marszczył brwi i nawet Shalli okazywała zaniepokojenie.

Pierwsza do stolika podeszła Sher, a za nią Leya. Obie podały imiona lotników, zgodne z sugestiami Maris. Obwoływaczka ogłosiła je krzycząc donośnie, a potem były powtarzane na całej plaży.

Gdy Damen wymienił Araka z Południowego Arrenu, sędzina ze Wschodu chytrze się uśmiechnęła.

— Arak będzie bardzo zadowolony — powiedziała.

Kerr podał imię Jona z Culhall. Maris nie cieszyła się z tego wyboru. Jon latał kiepsko i miała nadzieję, że zostanie wyzwany na pojedynek przez bardziej obiecującego studenta — Vala, S'Relle lub Damena. Kerr był najsłabszy z całej szóstki, toteż istniało duże prawdopodobieństwo, że Jon zdoła mu uciec.

Tymczasem do stolika zbliżył się Val Jednoskrzydły.

— Twój wybór? — zagrzmiał lotnik z Wysp Zewnętrznych. Był spięty podobnie jak pozostali sędziowie i zwierzchnik. Maris uświadomiła sobie, że ona również jest ogromnie zdenerwowana; bała się nieobliczalności Vala.

— Wolno mi wybrać tylko jednego rywala? — zgryźliwie zagadnął Val. — Gdy brałem udział w turnieju ostatnim razem, miałem ich kilkunastu.

— Reguły się zmieniły, o czym dobrze wiesz — powiedziała ostro Shalli. — Wielokrotne wyzwania nie są już dozwolone.

— Szkoda — odparł Val. — Miałem nadzieję, że wygram całą kolekcję skrzydeł.

— Nieszczęściem byłoby, gdybyś wywalczył choćby jedną parę, Jednoskrzydły — odezwała się sędzina ze Wschodu. — No, inni czekają. Podaj swojego przeciwnika i ruszaj dalej.

Val wzruszył ramionami.

— Wobec tego wybieram Corma z Amberly Mniejszej.

Zapadła cisza. Z początku Shalli była wstrząśnięta, ale w końcu się uśmiechnęła. Sędzina ze Wschodu cicho zachichotała, a lotnik z Wysp Zewnętrznych wybuchnął nieskrępowanym śmiechem.

— Corm z Amberly Mniejszej! — zagrzmiała obwoływaczka. — Corm z Amberly Mniejszej! — Kilkanaście głosów powtórzyło jej wezwanie.

— Będę musiała zrezygnować z sędziowania w tym pojedynku — cicho oznajmiła Shalli.

— Nie, Shalli — rzekła sędzina ze Wschodu. — Wierzymy w twoją uczciwość.

— Ja nie proszę, żebyś się usuwała — powiedział Val.

Shalli spojrzała na niego ze zdumieniem.

— W porządku. Sam przyczyniasz się do własnej klęski. Corm nie jest pogrążonym w rozpaczy dzieciakiem.

Val uśmiechnął się zagadkowo i przeszedł dalej. Natychmiast zaczepiły go Maris i Sena.

— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała z wściekłością Sena. — Wygląda na to, że zmarnowałam czas, pracując z tobą. Corm! Maris, powiedz mu, jak dobry jest Corm, powiedz temu żałosnemu głupcowi, że na własne życzenie pozbawił się skrzydeł!

Val patrzył na nią.

— Myślę, że on wie, jak dobry jest Corm — odparła Maris, spoglądając mu w oczy. — I wie, że Shalli jest jego żoną. Sądzę, że właśnie dlatego zdecydował się go wybrać.

Val nie zdążył wyrazić sprzeciwu. Kolejka za nimi nieco się przesunęła i teraz obwoływaczka wykrzykiwała inne imię. Gdy Maris usłyszała je, poczuła, że robi jej się niedobrze. „Nie", powiedziała do siebie, żeby nikt tego nie słyszał. Jednak obwoływaczka, jakby w odpowiedzi na jej niedowierzanie, ponownie wzniosła okrzyk.

— Garth ze Skulny! Garth ze Skulny!

S'Rella odchodziła od stolika sędziowskiego ze spuszczoną głową. Wreszcie skierowała oczy na Maris. Miała zarumienioną twarz, ale jej spojrzenie wyrażało buntowniczą pewność siebie.

Odlatywali parami ku porannemu słońcu, zmagając się z ociężałym powietrzem — wprawdzie minął okres martwoty, ale wiatry nadal dęły niemrawo i chaotycznie. Lotnicy mieli własne skrzydła, a ich konkurenci zakładali je dzięki uprzejmości sędziów, przyjaciół lub widzów.