Trasa prowadziła na skalistą wysepkę Lisie, na której mieli wylądować i uzyskać ocenę czekającego tam zwierzchnika, a potem wrócić. W normalnych warunkach lot zajmował trzy godziny. Maris podejrzewała jednak, że tym razem z powodu nie sprzyjającego wiatru potrwa dłużej.
Drewnianoskrzydli i ich przeciwnicy startowali zgodnie z kolejnością rzucanych wyzwań. Sher i Leyi poszło całkiem nieźle. Damen miał kłopoty. Arak krzyknął coś obraźliwego, gdy krążyli w oczekiwaniu na sygnał do startu, a potem, w trakcie lotu nad oceanem, trzymał się niebezpiecznie blisko rywala. Pomimo że Maris przyglądała im się z dużej odległości, zauważyła, iż Damen jest zdenerwowany.
Kerr wystartował jeszcze gorzej. Miało się wrażenie, że zsunął się ze skały, a kiedy gwałtownie opadał ku plaży, krzyczał. Wreszcie zdołał zapanować nad sytuacją, ale gdy wzbił się w powietrze, jego rywal miał już nad nim znaczną przewagę.
Corm był pogodny i roześmiany. Przygotowując się do pojedynku z Valem, żartował i flirtował z dwiema dziewczynami, które pomagały mu rozłożyć skrzydła. Głośno wypowiadał uwagi przeznaczone dla widzów i machał do Shalli, a nawet uśmiechnął się cierpko do Maris. Do Vala przemówił tylko raz, tuż przed startem.
— To dla Ari! — krzyknął nie wróżącym nic dobrego tonem. Po chwili już biegł, aby dać się unieść wiatrowi.
Val nic nie odrzekł. W milczeniu rozłożył własne skrzydła, w milczeniu skoczył ze skały i w milczeniu wzbił się w górę. Gdy obwoływaczka wydała okrzyk, obaj polecieli w przeciwnych kierunkach i płynnym ruchem zatoczyli koła. Cień ich skrzydeł omiótł zadarte w górę twarze dzieci na plaży. Kiedy zaczęli znikać widzom z oczu, Corm miał przewagę, ale wyprzedzał rywala zaledwie o szerokość skrzydeł.
Wreszcie przyszła kolej na S'Relle i Gartha. Maris stała wraz z Seną w pobliżu sędziów. Spoglądając w dół, na skałę lotników, cierpiała męki.
Garth był posępny i blady. Wyglądało na to, że jest zbyt gruby i niezdarny, by mieć szansę w walce ze szczupłą, młodą zawodniczką. Oboje szykowali się do lotu bardzo spokojnie. Garth kilka razy odezwał się do swojej siostry; S'Rella nie mówiła nic. Żadne z nich nie wystartowało zbyt dobrze. Garth miał trochę więcej kłopotów z racji swej tuszy. S'Rella szybko wysforowała się do przodu, lecz mężczyzna dogonił ją, zanim dotarli do linii widnokręgu, i zniknęli Maris z oczu.
— Wiem, że chciałaś pomóc swoim drewnianoskrzydłym, ale czy naprawdę musiałaś posunąć się aż do zdradzenia przyjaciela?
Głos Dorrela był aż podejrzanie spokojny. Zasmucona Maris odwróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz. Nie rozmawiała z nim od pamiętnej nocy na plaży.
— Nie chciałam, żeby tak się stało, Dorr — rzekła. — Być może to wszystko obróci się na dobre. Oboje wiemy, że on jest chory.
— Tak, chory — warknął Dorrel. — Ale pragnąłem go ochronić. Przegrana go zabije.
— Wygrana również może go zabić.
— Myślę, że wolałby tę ewentualność. Co będzie, jeśli ta dziewczyna odbierze mu skrzydła… On ją lubił — wiedziałaś o tym? Wspominał mi o niej, mówił, jaka była miła tamtego wieczoru, po tym jak Val zepsuł przyjęcie w bazie.
Maris również odczuwała wściekłość i żal z powodu wyboru dokonanego przez S'Relle, jednak zimny gniew Dorrela wpłynął na zmianę jej uczuć.
— S'Rella nie zrobiła niczego złego — odparła. — Jej wyzwanie było całkowicie zgodne z zasadami. I wbrew temu, co mówisz, Val wcale nie zepsuł przyjęcia. Jak możesz mieć czelność tak twierdzić: przecież to lotnicy obrazili go i potem wyszli.
— Nie rozumiem cię — cicho odparł Dorrel. — Nie chcę wierzyć, że aż tak bardzo się zmieniłaś. Ale to, co mówią inni, okazuje się prawdą. Zwróciłaś się przeciwko nam. Wolisz towarzystwo drewnianoskrzydłych i Jednoskrzydłego, zamiast przestawać z prawdziwymi lotnikami. Nie chcę cię znać.
Udręka na twarzy Dorrela bolała Maris równie mocno jak jego surowe słowa. Z trudem wydusiła odpowiedź:
— To fakt. Nie znasz mnie.
Dorrel przez chwilę czekał na dalszy ciąg, ale Maris wiedziała, że jeśli znowu otworzy usta, będzie ją stać tylko na krzyk albo szloch. Zauważyła, że Dorrelem miotają sprzeczne uczucia, lecz ostatecznie przeważył gniew. Mężczyzna odwrócił się bez słowa i powoli odszedł.
Patrząc na niego, Maris czuła się tak, jakby jej serce krwawiło; miała świadomość, że sama zadała sobie tę ranę.
— Taki był mój wybór — szepnęła i skierowała zapłakane oczy ku morzu.
Odlatywali dwójkami; wracali po kilku godzinach, lecz tym razem pojedynczo.
Tłumy szczurów lądowych czekały na plażach, uważnie lustrując linię horyzontu. Widzowie uczestniczyli w swoich własnych zabawach i konkursach, a także jedli i pili w oczekiwaniu na rezultaty turnieju lotników.
Sędziowie obserwowali niebo przez teleskopy sporządzone dla nich przez najlepszych optyków Stormtown. Na ich stole znajdowały się drewniane skrzynki, po jednej na walkę, i kupki małych kamyków: białe dla lotników, czarne zaś dla tych, którzy rzucali wyzwanie. Kiedy wyścig dobiegał końca, każdy sędzia wrzucał kamyk do skrzynki. Jeśli pojedynek był wyrównany, sędzia mógł wskazać remis poprzez wrzucenie kamyków w obu kolorach. Zdecydowane zwycięstwo mogło być premiowane nawet dwoma czarnymi lub białymi kamykami, ale to zdarzało się bardzo rzadko.
Pierwszy lotnik został zauważony z łodzi na długo przed tym, zanim wypatrzył go ktokolwiek z brzegu. Po wodzie rozszedł się głośny okrzyk. Ludzie na plaży zaczęli wstawać i zasłaniać oczy przed promieniami słońca. Shalli uniosła teleskop.
— Widzisz coś? — zapytała jedna z sędzin.
— Lotnika — odparła ze śmiechem Shalli. — Tam — usiłowała pokazać ręką — poniżej tej chmury. — Jeszcze nie potrafię powiedzieć, kto to taki.
Ludzie wytężali wzrok. Mała plamka, którą Maris widziała w oddali, mogła być kanią albo dzięciołem zielonym.
Sędziowie dysponowali teleskopami. Pierwszą osobą, którą rozpoznała lotnika, była sędzina ze Wschodu.
— To Lane — orzekła ze zdumieniem. Ta informacja wywarła wrażenie również na pozostałych sędziach. Maris przypomniała sobie, że Lane wystartował w trzeciej parze, co oznaczało, że prześcignął nie tylko własnego syna, ale również czterech innych zawodników, którzy wystartowali przed nim.
Zanim opadł na ziemię, zza chmur wyłonili się dwaj następni lotnicy, z których jeden wyprzedzał drugiego o kilkanaście szerokości skrzydeł. Sędziowie ogłosili, iż jest to para, która wystartowała pierwsza. Pomocnik zwierzchnika przesunął po stole dwie drewniane skrzynki, a potem Maris usłyszała łoskot wrzucanych kamyków.
Kiedy odstawiono skrzynki na bok, zbliżyła się do nich. W jednej naliczyła pięć czarnych kamyków i jeden biały; czworo sędziów głosowało za pretendentem do skrzydeł, a piąty uznał rozstrzygnięcie za remisowe. Druga skrzynka przygotowana była dla wyścigu, w którym brał udział Lane. Leżało w niej pięć kamyków, ale sędziowie dorzucili jeszcze trzy. Tymczasem w oddali pojawili się dwaj kolejni lotnicy. Żaden z nich nie był synem Lane'a. Młodzieniec przyleciał dopiero dwadzieścia minut później, ale wyprzedziło go aż pięciu rywali, a w skrzynce Lane'a było już dziesięć kamyków. Tak znaczna przewaga wskazywała, iż chłopak właściwie już stracił wszelkie szansę.
Rozpoznawszy lotników, sędziowie podawali ich imiona obwoły waczce, która wykrzykiwała je tak głośno, by dotarły do uszu wszystkich zainteresowanych. Niektóre komunikaty budziły aplauz zgromadzonych na plaży lądowców, a od czasu do czasu także jęk rozczarowania.