Maris i S'Rella przez jakiś czas spacerowały po plaży, rozmawiając i nasłuchując niestrudzonego szumu morza. Potem wróciły do swojej chatki.
— Czy jesteś na mnie zła? — cicho zagadnęła S'Rella. — Za wyzwanie Gartha?
— Byłam — odparła znużonym głosem Maris. Nie miała ochoty rozmawiać o swoim zerwaniu z Dorrelem. — Może nie miałam prawa złościć się na ciebie. Jeśli go pokonasz, będziesz mogła założyć jego skrzydła. Teraz już nie jestem zła.
— Cieszę się — rzekła S'Rella. — Ja też byłam na ciebie zła, ale to już minęło. Przepraszam cię.
Maris objęła ją ramieniem. Przez chwilę kroczyły w milczeniu, a potem S'Rella zapytała:
— Przegrałam, prawda?
— Nie — odparła Maris. — Nadal masz szansę na zwycięstwo. Słyszałaś, co powiedziała Sena.
— Tak — rzekła S'Rella — ale jutro będą oceniać płynność lotu, a to zawsze było moim najsłabszym punktem. Nawet jeśli wygram bramy, zostanę tak daleko w tyle, że nie zdołam nadrobić strat.
— Cicho — powiedziała Maris. — Nie wygaduj takich rzeczy. Po prostu leć najlepiej, jak potrafisz, a resztę zostaw sędziom. To wszystko, co możesz zrobić. A jeśli nawet przegrasz, to przecież w następnym roku znowu będziesz miała szansę.
S'Rella skinęła głową. Dotarła wraz z Maris do chatki. Szybko podbiegła do drzwi, lecz natychmiast się cofnęła.
— Och! — zawołała z nagłym przestrachem w głosie. — Maris! — jęknęła.
Podbiegła Maris. S'Rella dygotała, wpatrzona w drzwi ich chatki. Maris również spojrzała i ogarnęły ją mdłości.
Ktoś przybił do drzwi dwa martwe dzięcioły. Ich małe ciałka bezwładnie zwisały z gwoździ; nastroszone jasnozielone pióra były zaplamione krwią, która powoli, miarowo skapywała na ziemię.
Maris weszła do środka po nóż i wróciła, żeby usunąć przerażające znalezisko. Jednak gdy wyciągnęła pierwszy gwóźdź i martwy ptak spadł na ziemię, ku swemu przerażeniu odkryła, że ptak został nie tylko zabity, ale również okaleczony.
Urwano mu jedno skrzydełko.
Następny dzień okazał się chłodny i pochmurny. O świcie padał deszcz, który wprawdzie skończył się przed porannymi rozgrywkami, lecz sprawił, że w powietrzu utrzymywała się wilgoć, a niebo wciąż zasnuwały ciemne obłoki. Siedzenie na plaży zrobiło się mniej przyjemne, toteż publiczność była nie tak liczna, a na lekko wzburzonym morzu kołysało się zaledwie kilka łódek.
Jednak dla lotników liczył się tylko wiatr, który w drugim dniu zawodów wiał mocno i równomiernie, co zapowiadało wspaniałe loty.
Maris odciągnęła Senę od stłoczonych na plaży drewnianoskrzydłych i opowiedziała jej o upiornym znalezisku.
— Któż mógłby zrobić coś takiego? — zapytała wstrząśnięta Sena.
Maris przyłożyła palec do ust. Nie chciała, żeby ktoś je podsłuchał. Wystarczyło, że S'Rella była przerażona wypadkiem; nie należało niepokoić reszty.
— Przypuszczam, że jakiś lotnik — odparła ponuro. — Chory, rozgoryczony lotnik. Ale nie mamy żadnych dowodów. Niewykluczone, iż zrobił to jeden z wyzwanych lotników albo przyjaciel kogoś, kto został wyzwany, a może po prostu jakiś obcy, który nienawidzi drewnianoskrzydłych. To mógł być nawet jeden z tutejszych lądowców, który stracił pieniądze, postawiwszy je przeciw Valowi Jednoskrzydłemu. Osobiście mam podejrzenia w stosunku do Araka, ale nie potrafię ich udowodnić.
Sena skinęła głową.
— Postąpiłaś słusznie, nie nadając sprawie rozgłosu. Mam tylko nadzieję, że S'Rella nie przeżyła tego zbyt mocno.
Maris zerknęła na grupkę studentów. S'Rella stała wraz ze swoimi kolegami i cicho rozmawiała z Valem.
— Dzisiaj musi dobrze wypaść, bo inaczej wszystko będzie dla niej skończone.
— Właśnie zaczynają! — zawołał Damen, pokazując na skały.
Pierwsza para zawodników wzbiła się w powietrze i szybko przelatywała nad plażą. Maris wiedziała, że zatoczą koło nad wodą, a potem każdy z nich wykona serię akrobatycznych ewolucji, żeby zademonstrować umiejętności lotnicze.
Rodzaj manewrów zależał wyłącznie od lotnika. Niektórzy zadowalali się niemal perfekcyjnym wykonaniem podstawowych figur, podczas gdy inni porywali się na śmielsze i ambitniejsze wyczyny. Rzadko zdarzało się zdecydowane zwycięstwo lub porażka. W tej konkurencji najwięcej do powiedzenia mieli sędziowie.
Pierwsze dwie pary nie zaprezentowały niczego nadzwyczajnego, ot, długie sekwencje wznoszenia się i lądowania, płynne, zamaszyste zakręty, wszystko wykonane umiejętnie, ale niezbyt widowiskowo.
Trzeci pojedynek wyglądał zupełnie inaczej. Lane, któremu poszło tak świetnie poprzedniego dnia, okazał się również wspaniałym akrobatą. Zeskoczywszy ze skały, zaczął pikować nad plażą. Przeleciał tak blisko piasku, że lądowcy musieli gwałtownie pochylić głowy, aby o kogoś nie zawadził. Po chwili Lane natrafił na wiatr, który porwał go w górę. Wzbił się wyżej i zniknął w skłębionych chmurach, a następnie, rozwinąwszy szaloną prędkość, znowu zanurkował w dół i dosłownie w ostatniej chwili uchronił się przed zaryciem w piasek. Przechylał się w pozycji pionowej, wykonał pełną pętlę i tylko raz utracił niezbędną prędkość. Maris uświadomiła sobie, że podziwia jego werwę. Jego syn nie stanowił dlań poważnej konkurencji. Pomyślała, że ten biedny chłopak będzie długo czekał na skrzydła, chyba że w następnym roku zdecydowałby się wyzwać na pojedynek kogoś spoza rodziny. Po zakończonej walce Maris naliczyła w skrzynce osiemnaście białych kamyków: do dziesięciu, które Lane zdobył wczoraj, dołożono osiem nowych.
Pierwszą z drewnianoskrzydłych, która wzbiła się w powietrze, była Sher. Lekko zachwiała się podczas startu, ale wykonała płynnie standardową sekwencję skrętów, pętli, nurkowari i wznoszeń. Jej zwinność i entuzjazm kontrastowały z flegmarycznymi ruchami doświadczonej konkurentki. Maris uznała, że Sher ma niewielką przewagę, lecz niebawem przekonała się, że sędziowie spoglądają na drewnianoskrzydłą bardziej krytycznym okiem. Dwóch przyznało zwycięstwo lotniczce, dwóch wskazało na remis, a tylko jeden opowiedział się za Sher, która przegrywała teraz stosunkiem kamyków trzy do jedenastu.
Sena westchnęła, gdy Maris zrelacjonowała jej wyniki Sher.
— Przywykłam do tego. Nie znoszę tej akrobatyki. Być może sędziowie usiłują dokonać sprawiedliwej oceny, ale nigdy nie są całkowicie bezstronni. Jest na to tylko jedna rada: nasi drewnianoskrzydli muszą latać tak dobrze, aby nikt nie mógł ich pozbawić zwycięstwa.
Potem wystartowała Leya. Wykonywała tę samą sekwencję co Sher, ale miała mniej szczęścia. Podczas pojedynku wiatr przemieszczał się, nie pozwalając dziewczynie na płynny, pełen wdzięku lot, który Maris tak często miała okazję obserwować. Kilkanaście razy podmuchy spychały Leyę na bok i nie udawało jej się wykonać prawidłowo skrętów. Jej rywal również miał kłopoty, ale nie tak duże. Ostatecznie czterech sędziów przyznało mu zwycięstwo, a tylko jeden wskazał remis. Leya przegrywała jeden do dziesięciu.
Damen był ambitniejszy niż jego dwie koleżanki. Wcześniej, gdy Arak użył wobec niego obraźliwych słów, natychmiast je odwzajemnił, co wywołało uśmiech Maris. Teraz rozpoczął od niezłej imitacji spektakularnego wyczynu Lane'a. Arak usiłował go przyćmić. Leciał blisko Damena, mając nadzieję, że ten będzie zmuszony gwałtownie przerwać szybowanie. Jednak Damen wykonał pełen gracji zakręt i zniknął w chmurach, dzięki czemu zgubił starszego lotnika. Jeden z sędziów, ten z Wysp Zewnętrznych, mruknął coś o taktyce Araka, ale inni tylko wzruszyli ramionami.