— Bez względu na okoliczności on i tak jest lepszym lotnikiem — upierała się sędzina ze Wschodu. — Zauważcie, jak oszczędne są jego zakręty. Tamten chłopak ma dużo werwy, ale manewruje niestarannie.
Maris musiała przyznać jej rację. Damen miał tendencję do zamaszystych zakrętów, zwłaszcza gdy leciał z wiatrem.
Kiedy doszło do podsumowania, czterech sędziów opowiedziało się za Arakiem, a tylko jeden, sędzia z Wysp Zewnętrznych, za Damenem.
— Jon z Culhall, Kerr drewrdanoskrzydły! — ryknęła obwoływaczka.
Podmuchy wiatru były silne, a Kerr — jak zwykle ociężały. Po kilku minutach Sena spojrzała Maris w twarz.
— Nawet gdy patrzy się jednym okiem, jest to przykry widok.
Jon z Culhall zgromadził osiem kolejnych białych kamyków.
Maris współczuła Kerrowi.
— Corm z Amberly Mniejszej! — krzyknęła obwoływaczka. — Val Jednoskrzydły, Val z Południowego Arrenu!
Zawodnicy weszli na skałę i ukazali się tłumowi. Skrzydła mieli przypięte, ale jeszcze ich nie rozłożyli. Maris wyczuła wśród widzów dreszcz emocji. Ludzie zebrani na plaży wznosili okrzyki i nawet strażnicy i pomocnicy, którzy stali w pobliżu zwierzchnika, podeszli bliżej, żeby obejrzeć pojedynek.
Dzisiaj Corm wcale się nie śmiał ani nie żartował. Stał w milczeniu, podobnie jak Val. Jego ciemnowłosą czuprynę rozwiewał wiatr. Nie rozkładał skrzydeł sam: robili to za niego inni. Natomiast Val, jak zwykle, odpędził pomocników.
— Corm potrafi płynnie latać. — Maris ostrzegła Senę. — Val może mieć dzisiaj kłopoty.
— To prawda — zgodziła się Sena, zerkając na miejsce Shalli pośród sędziów.
Tłum zaczął się niecierpliwić; wciąż oczekiwano startu dwóch lotników. Pomocnicy odstąpili od Corma, który stał z całkowicie rozłożonymi skrzydłami, lecz Val nie uczynił żadnego ruchu, aby rozwinąć własne. Zamiast tego uważnie oglądał rozpory, jakby spodziewał się znaleźć jakąś nieprawidłowość. Corm rzucił mu jakieś ostre słowo, a wtedy Val podniósł oczy i zrobił zamaszysty gest ręką.
— W porządku — głośno odezwał się Corm. Po chwili rozpędził się i skoczył ze skały.
— Mamy Corma — powiedziała Shalli. — Gdzie jest Jednoskrzydły?
— Nie wie, że zwłoka będzie go drogo kosztowała? — mruknęła Sena.
Maris mocno chwyciła ją za łokieć.
— On zamierza zrobić to jeszcze raz — rzekła z niepokojem.
— Co takiego? — zapytała Sena. Od razu jednak rozpromieniła się. Nie potrzebowała dalszych wyjaśnień.
Val skoczył.
Opadał długo, a w dole znajdował się tylko piasek i widzowie. Akrobacja w takim miejscu była trudniejsza i bardziej niebezpieczna niż nad wodą. Jednak Val leciał na łeb na szyję, a jego skrzydła furkotały niczym srebrzysta peleryna. Shalli i sędzina z Południa zerwały się z miejsc. Dwóch strażników pognało na krawędź skały. Nawet obwoływaczka wydała okrzyk zdumienia. Maris również usłyszała wołanie ludzi z dołu.
Val rozpostarł skrzydła jak pąki kwiatu.
Przez ułamek sekundy wydawało się, że nie rozwinął ich odpowiednio szeroko. Wciąż spadał, i to z coraz większą szybkością, pomimo rozłożonych skrzydeł. Jednak w pewnym momencie przechylił się na bok i to wystarczyło; nagle wydźwignął się w górę i przeleciał nad plażą w kierunku morza. Ludzie padali na piasek. Rozległy się pokrzykiwania, a potem zapadła cisza; miało się wrażenie, że tłum na długą chwilę wstrzymał oddech.
Val muskał fale tak, jakby się ślizgał po lodzie, a potem płynnym ruchem uniósł się wyżej i spokojnie doleciał do miejsca, gdzie Corm dopiero co wykonał, nie zwracając niczyjej uwagi, trudną pętlę.
Na całym wybrzeżu rozbrzmiewały wiwaty. Lądowcy klaskali i powtarzali niby refren: „Jednoskrzydły! Jednoskrzydły! Jednoskrzydły!" Nawet odważne akrobacje Lane' a nie wzbudziły tu tak ogromnego entuzjazmu.
Sędzina ze Wschodu śmiała się.
— Nigdy nie myślałam, że jeszcze kiedyś to zobaczę! — wykrzyknęła. — Do diabła, do diabła! Nawet Kruk nie robił tego lepiej.
Shalli sprawiała wrażenie załamanej.
— Tania sztuczka — oznajmiła. — A także niebezpieczna.
— Prawdopodobnie — zgodził się sędzia z Wysp Zewnętrznych — ale nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Jak on to zrobił?
Sędzina ze Wschodu usiłowała mu to wytłumaczyć i oboje zajęli się rozmową. Tymczasem w oddali Val i Corm wykonywali kolejne manewry. Valowi szło nieźle, aczkolwiek Maris zauważyła, że jego zakręty pod wiatr nie były wystarczająco płynne. Corm latał lepiej i wykonywał każdy popis akrobatyczny z większym wdziękiem. Taki poziom osiągało się po kilku dekadach latania. Jednak Maris pomyślała, że jego wysiłki nie zdadzą się na nic. Nawet największa finezja nie mogła zrównoważyć spadania w stylu Kruka.
Miała rację. Z ogólnego werdyktu wyłamała się jedynie Shalli.
— W sumie Corm był o wiele lepszy — protestowała sędzina. — Jeden zwariowany wyczyn tego nie zmienia. — I teatralnym gestem wrzuciła do skrzynki biały kamyk.
Jednak pozostali sędziowie pobłażliwie się do niej uśmiechnęli i po chwili w skrzynce znalazły się jeszcze cztery czarne kamyki.
— Garth ze Skulny, S'Rella drewnianoskrzydła!
Obserwując przygotowania zawodników, Maris pomyślała, że chociaż S'Rella i Garth bardzo się od siebie różnią wyglądem, to jednak tego ranka zachowują się niemal tak samo. Garth powinien być podniesiony na duchu wczorajszym zwycięstwem i prawdopodobieństwem zachowania skrzydeł, a tymczasem wyglądał blado i staro. Prawie nie odzywał się do Riesy i zakładał swoje skrzydła powoli, sztywnymi ruchami. S'Rella przygryzała wargi, gdy pomocnicy rozkładali jej skrzydła. Wyglądała tak, jakby powstrzymywała się od płaczu.
Żadne z nich nie zdecydowało się na karkołomny skok przy starcie. Garth przechylił się w prawo, S'Rella w lewo i oboje w podobnym tempie wznieśli się nad plażą i łódkami. Kilku miejscowych pomachało do Gartha i wykrzyknęło jego imię, gdy przelatywał nad ich głowami, lecz poza tym tłum milczał, jeszcze nie ochłonąwszy po wyczynie Vala.
Sena pokręciła głową.
— S'Rella nigdy nie latała tak ładnie jak Sher czy Ley a, ale stać ją na coś lepszego — oznajmiła.
S'Rella akurat zawisła w powietrzu i utraciła odpowiednią wysokość podczas dość łatwego skrętu pod wiatr, toteż Maris musiała się zgodzić z oceną instruktorki. S'Rella nie miała dobrego dnia.
— Wykonuje tylko rutynowe manewry — zauważyła Maris. — Myślę, że nadal jest wstrząśnięta wczorajszym zdarzeniem.
Garth wykorzystał znużenie rywalki. Wzbił się w górę w charakterystycznym dla siebie, spokojnym tempie, wykonał ładne, nieco flegmatyczne zakręty i rozpoczął pętlę. Nic nadzwyczajnego, ale S'Rella nawet nie próbowała takiego manewru.
— Ten pojedynek będzie łatwy do rozstrzygnięcia — z ulgą zauważył zwierzchnik Skulny i zaczął się rozglądać za białym kamykiem. Maris mogła mieć tylko nadzieję, że władca nie wrzuci do skrzynki dwóch kamyków.
— Spójrz no tylko — z obrzydzeniem prychnęła Sena. — To moja najlepsza studentka, a błąka się po całym niebie jak jakiś ośmiolatek w trakcie pierwszego lotu.
— Co wyczynia Garth? — zastanawiała się na głos Maris.
Skrzydła Gartha przechylały się to w jedną, to w drugą stronę; niemal drżały.
— Ależ on okropnie się chwieje.
— Ciekawe, czy sędziowie to zauważą — powiedziała ironicznie Sena. — Patrz, już się poprawił.
Miała rację. Zdołał wyprostować srebrzyste skrzydła i leciał miarowo, wykorzystując wiatr i nieznacznie opadając.