— On tylko leci — ze zdumieniem rzekła Maris. — Nie wykonuje żadnych akrobacji.
Garth w dalszym ciągu sunął ku głębokim wodom za spienionymi falami. Leciał płynnie, ale bez jakichkolwiek manewrów; przy locie z wiatrem płynność nie stanowiła większego problemu. Opadał coraz niżej. Od lustra wody dzieliło go już tylko dziesięć metrów, lecz nadal się obniżał. Wydawał się absolutnie spokojny.
Maris zaparło dech w piersiach.
— On spada — oznajmiła i zwróciła się do sędziów. — Pomóżcie mu! — wrzasnęła. — On s p a d a!
— Dlaczego ona się tak drze? — zapytała sędzina ze Wschodu.
Shalli przystawiła teleskop do oczu i namierzyła Gartha, który właśnie zaczął muskać fale.
— Ona ma rację — odparła cicho.
Natychmiast zapanował chaos. Zwierzchnik skoczył na równe nogi, zaczął wymachiwać ramionami i wykrzykiwać komendy. Dwóch strażników błyskawicznie zbiegło po schodach, a reszta gdzieś się rozpierzchła. Obwoływaczka przyłożyła masywne dłonie do ust i wykrzyknęła:
— Pomóżcie mu! Pomóżcie lotnikowi! Hej, tam, ludzie na łódkach, pomóżcie lotnikowi!
W dole na plaży powtarzali ten nakaz inni obwoływacze, widzowie zaś biegli na brzeg, wrzeszczeli i coś sobie pokazywali.
Garth wpadł do oceanu. Zanim to się stało, kilkakrotnie rozprysnął wodę skrzydłami, ale szybko wytracił szybkość i zatrzymał się.
— Nic się nie stało, Maris — zapewniała Sena — nic się nie stało. Patrz, zaraz go wyciągną.
Alarm podniesiony przez obwoływaczy sprawił, że w kierunku niefortunnego lotnika szybko popłynęła mała żaglówka. Maris obserwowała jej manewry z dużymi obawami. Załoga potrzebowała kilkudziesięciu sekund, żeby dotrzeć do Gartha, a kolejną minutę zajęło zarzucenie sieci i wyłowienie go z wody. Jednak z tak dużej odległości Maris nie potrafiła stwierdzić, czy mężczyzna żyje.
Zwierzchnik opuścił teleskop.
— Mają go, i skrzydła również.
S'Rella leciała nad żaglówką, która wyratowała Gartha. Za późno zorientowała się, co zaszło, i chociaż ruszyła za Garthem, istniało niewielkie prawdopodobieństwo, iż zdołałaby mu pomóc.
Zwierzchnik z ponurą miną polecił kolejnemu strażnikowi, żeby zszedł i zbadał, w jakim stanie jest Garth, a sam powędrował na swoje miejsce. Sędziowie nerwowo dyskutowali między sobą. Maris i Sena milczały, z niepokojem czekając na powrót strażnika.
— Żyje i dochodzi do siebie, chociaż opił się wodą — oznajmił mężczyzna, który zjawił się po dziesięciu minutach. — Zabierają go do jego domu.
— Co się stało? — zagadnął zwierzchnik.
— Jego siostra twierdzi, że od jakiegoś czasu chorował — odparł strażnik. — Zdaje się, że miał atak.
Zwierzchnik zaklął.
— Nigdy mi o czymś takim nie wspominał. — Obrzucił czterech sędziów ponurym spojrzeniem. — Czy musimy oceniać ten pojedynek?
— Obawiam się, że musimy — łagodnie odparła Shalli i wzięła do ręki czarny kamyk.
— Wybierasz ją? — zagadnął zwierzchnik. — Przecież Garth był od niej lepszy, dopóki nie dostał ataku. Zamierzasz przyznać zwycięstwo tej dziewczynie?
— Pan chyba nie mówi poważnie — odezwał się zwalisty sędzia z Wysp Zewnętrznych. — Pański Garth wpadł do oceanu. Nawet gdyby dokonał sztuczek w stylu Lane'a, i tak by przegrał.
— Jestem zmuszona zgodzić się z tym — rzekła sędzina ze Wschodu. — Zwierzchniku, nie jest pan lotnikiem i nie może pan tego zrozumieć. Garth ma szczęście, że żyje. Gdyby spadł podczas misji i gdyby nie mógł go uratować żaden statek, pożarłaby go scylla.
— Był chory — upierał się zwierzchnik, który za wszelką cenę nie chciał utracić skrzydeł na rzecz Skulny.
— To nie ma znaczenia — wtrąciła się spokojna sędzina z Południa i wepchnęła kciukiem do skrzynki pierwszy kamyk, czarnego koloru. Zaraz potem w skrzynce znalazły się jeszcze trzy czarne kamyki. Shalli oddała swój głos z wyraźnym znużeniem, a zwierzchnik wyzywającym gestem dorzucił biały kamyk.
Upadek Gartha spotęgował rozgoryczenie zarówno lotników, jak i drewnianoskrzydłych. Popołudniowe turnieje, rozgrywane na coraz ciemniejszym i bardziej pochmurnym niebie, nie budziły w uczestnikach zbytniego entuzjazmu. Zwyciężyła kobieta ze Wschodu, z Lądowiska Ptaka, lecz nie miała poważnej konkurencji, albowiem wielu lotników w ostatniej chwili postanowiło się wycofać. Zdarzało się nawet, że ci, którzy nie angażowali się bezpośrednio w wyzwania, zabierali swoje skrzydła i wracali w ojczyste strony. Kerr, jedyny drewnianoskrzydły, który zadał sobie trud uczestnictwa w zawodach, doniósł, że publiczności również ubyło, a wyłącznym tematem rozmów był Garth.
Sena usiłowała ożywić studentów, lecz to zadanie przerastało jej siły. Sher i Leya rozważały swoje szansę z filozoficznym spokojem. Żadna nie oczekiwała wygranej. Jednak Damen był w okropnym stanie, a Kerr sprawiał wrażenie kogoś, kto ma ochotę chyłkiem się wynieść i rzucić do morza. S'Rella również okazywała przygnębienie i zmęczenie. Przez większą część popołudnia była zamknięta w sobie, a wieczorem pokłóciła się z Valem.
Do sprzeczki doszło po kolacji. Damen właśnie rozkładał tablicę do gry w geechi i rozglądał się za przeciwnikiem, a Leya znowu wyciągnęła swoją kobzę. Val odnalazł S'Relle na plaży, gdzie siedziała wraz z Maris, i dołączył do nich nie proszony.
— Przejdźmy się do tawerny — zaproponował S'Relli. — Uczcimy nasze zwycięstwo. Chcę się uwolnić od tych nieudaczników i usłyszeć, co ludzie o nas mówią, a może nawet zrobić jakieś zakłady na jutro.
— Ja nie mam czego czcić — posępnie odparła S'Rella. — Poleciałam okropnie. Garth był znacznie lepszy ode mnie. Nie zasłużyłam na wygraną.
— Albo się wygrywa, albo przegrywa — rzekł Val. — To, na co zasługujesz, w ogóle się z tym nie wiąże. No, chodź. — Próbował wziąć dziewczynę za rękę i zmusić ją do powstania, ale rozgniewana S'Rella wyrwała mu się.
— Czy ty w ogóle nie przejmujesz się tym, co przydarzyło się Garthowi?
— Nieszczególnie. I ty też nie powinnaś. Jeśli dobrze pamiętam, ostatnio mówiłaś mu, jak bardzo go nienawidzisz. Dla ciebie byłoby lepiej, żeby utonął. Wtedy musieliby ci przekazać jego skrzydła. A tak, będą próbowali znaleźć jakiś sposób, żeby ci ich nie dać.
Słuchając go, Maris zaczęła tracić panowanie nad sobą.
— Przestań, Val — rzekła.
— Nie wtrącaj się, lotniczko — warknął. — To sprawa między nami.
S'Rella zerwała się z miejsca.
— Dlaczego zawsze masz w sobie tyle nienawiści? Cały czas jesteś okrutny dla Maris, a przecież ona tylko próbuje ci pomóc. A to, co mówiłeś na temat Gartha… Garth był dla mnie bardzo miły, a ja — cóż najlepszego zrobiłam? Wyzwałam go na pojedynek, omal nie poniósł śmierci, a teraz ty wygadujesz o nim straszne rzeczy. Nie mów ani słowa więcej! Nie waż się!
Twarz Vala zastygła w pozbawionej uczuć masce.
— Rozumiem — rzekł matowym głosem. — Rób, jak uważasz. Skoro tak bardzo przejmujesz się lotnikami, idź z wizytą do Gartha i powiedz mu, że może sobie zostawić te skrzydła. Sam będę świętował. — Odwrócił się i ruszył powoli po piasku w kierunku nadmorskiej drogi, która prowadziła do jego ulubionej tawerny.
Maris wzięła S'Relle za rękę.
— Chciałabyś odwiedzić Gartha? — zapytała.
— A mogłybyśmy? Maris skinęła głową.
— Zajmuje wraz z Riesą duży dom o pół mili drogi stąd, na wzgórzu. Zawsze chciał mieszkać blisko morza i bazy. Mogłybyśmy pójść i zobaczyć, jak się czuje.