Выбрать главу

S'Rella miała wielką ochotę na te odwiedziny, toteż niezwłocznie ruszyły w drogę.

Maris trochę się obawiała, jak zostaną przyjęte, ale stan zdrowia Gartha niepokoił ją tak bardzo, że była gotowa zaryzykować. Okazało się, że niepotrzebnie się niepokoiła. Kiedy Riesa otworzyła drzwi, rozpromieniła się na ich widok, a po chwili zaczęła płakać. Maris musiała ją wziąć w ramiona i pocieszać.

— Och, wejdźcie go zobaczyć, wejdźcie — mówiła Riesa przez łzy. — Będzie taki szczęśliwy.

Garth leżał na łóżku wsparty o mnóstwo poduszek, a nogi miał owinięte podniszczonym wełnianym kocem. Jego twarz była zatrważająco blada i zapuchnięta, ale gdy zobaczył gości, uśmiechnął się, szczerze uradowany.

— O! — zaryczał swym donośnym głosem — Maris! I ta mała diablica, która ma zamiar odebrać mi skrzydła. — Przywołał je gestem ręki. — Przyjdźcie tu, usiądźcie i porozmawiajcie ze mną. Riesa ciągle tylko się krząta i śpieszy, i nawet nie chce mi przynieść swojego piwa.

Maris uśmiechnęła się.

— Tobie wcale nie potrzeba piwa — oświadczyła z udaną surowością. Podeszła do łoża i ucałowała pacjenta w czoło.

Jednakże S'Rella nadal stała w drzwiach. Zauważywszy to, Garth spoważniał.

— Och, S'Rello — powiedział — nie bój się. Nie jestem na ciebie zły.

S'Rella podeszła bliżej i stanęła obok Maris.

— Naprawdę?

— Naprawdę — stanowczo odparł Garth. — Riesa, przynieś im krzesła. — Jego siostra spełniła polecenie i gdy dziewczęta usiadły, Garth wrócił do tematu. — Och, byłem wściekły, kiedy mnie wyzwałaś, a także urażony — temu nie mogę zaprzeczyć.

— Przepraszam — wypaliła S'Rella. — Nie chciałam cię zranić. I to nieprawda, co powiedziałam tamtego wieczoru w bazie: że cię nienawidzę.

Machnął ręką, żeby dojść do głosu.

— Wiem o tym. I nie musisz mnie przepraszać. Woda była strasznie zimna, ale może trochę mnie rozbudziła, i miałem całe popołudnie, żeby tutaj leżeć i rozmyślać. Byłem głupcem i mam szczęście, że sam mogę ci to dzisiaj oznajmić. Zrobiłem błąd, ukrywając swój stan, a ty postąpiłaś słusznie: dowiedziałaś się o mojej chorobie i postanowiłaś mnie wyzwać. — Pokręcił głową. — Wiesz, nie mogłem się pogodzić z tym, że zostanę szczurem lądowym. Za bardzo kocham latanie, przyjaciół, ciągłe podróże. Ale to już koniec — świadczy o tym moje wodowanie. Pozostała tylko jedna kwestia: czy mam być w ostateczności żywym lądowcem czy lotnikiem-topielcem. Dotychczas zawsze udawało mi się znosić ból i docierać tam, gdzie planowałem. Ale dzisiaj rano… Ach, to było okropne, okropny ból przeszywał mi ręce i nogi. Ale nie chcę o tym mówić. Wystarczy, że do tego wszystkiego doszło. — Przechylił się i wziął S'Relle za rękę. — Chcę ci powiedzieć, S'Rello, że jutro nie mogę stanąć do pojedynku i że nie uczyniłbym tego, nawet gdybym miał dość sił. Dzięki Riesie i morzu zmądrzałem. Skrzydła należą do ciebie.

S'Rella nie mogła mu uwierzyć. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Na jej ustach błąkał się drżący, niepewny uśmiech.

— Co teraz zrobisz, Garth? — zapytała Maris.

Wykrzywił twarz.

— To zależy od uzdrowicieli — oświadczył. — Wydaje mi się, że mam trzy wyjścia. Może będę trupem, może kaleką, ale jeśli zdołam odnaleźć uzdrowiciela, który zna się na rzeczy, to myślę, że mógłbym popróbować sił w handlu. Odłożyłem wystarczająco dużo żelaza, żeby kupić sobie statek. Dzięki niemu mógłbym podróżować, zwiedzać inne wyspy, chociaż na samą myśl o pływaniu dostaję gęsiej skórki — przyznał z chichotem. — Ty i Dorr często żartowaliście na temat mojej żyłki do handlowania. Pamiętasz, Maris? Kiedyś powiedziałaś, że przehandlowałbym nawet swoje skrzydła, gdyby transakcja była korzystna, tak bardzo lubię się wymieniać rzeczami. No cóż, marnym okazałem się handlarzem. Oto S'Rella bierze moje skrzydła i nie daje mi niczego w zamian. — Wybuchnął śmiechem, podobnie jak Maris.

Rozmawiali przez ponad godzinę, o kupcach, o marynarzach, a wreszcie o lotnikach. Śmiech Gartha, jego dowcipy, plotki, które między sobą wymieniali — wszystko to działało odprężające.

— Corm jest wściekły na waszego przyjaciela Vala — oznajmił w pewnym momencie Garth — i nawet mu się nie dziwię. To dobry lotnik i myślę, że nigdy nie przyszło mu do głowy, iż mógłby utracić skrzydła, a tymczasem właśnie na to się zanosi. W dodatku nowym właścicielem może się okazać Val Jednoskrzydły. Czy ty miałaś coś wspólnego z tą sprawą, Maris?

Potrząsnęła głową.

— Właściwie nie. Wymyślił to Val. Nigdy się do tego nie przyzna, ale chciał pokonać jednego z najlepszych lotników, żeby zapomniano o Ari. Fakt, że w komisji sędziowskiej zasiada żona Corma, przydał temu wyczynowi dodatkowego blasku, a jednocześnie stanowił dla niego dobry argument, w razie gdyby przegrał. Mógłby wówczas tłumaczyć się uprzedzeniami lotniczki.

Garth pokiwał głową i bezceremonialnie zażartował na temat Corma, a potem zwrócił się do siostry.

— Riesa, może oprowadzisz S'Relle po naszym domu?

Riesa zrozumiała aluzję.

— Tak, proszę pójść za mną — powiedziała.

S'Rella ruszyła za gospodynią i opuściła pokój.

— Jest miła — powiedział Garth, gdy wyszły. — I strasznie przypomina mi ciebie, Maris. Pamiętasz, kiedy się poznaliśmy?

Maris uśmiechnęła się.

— Pamiętam. To był mój pierwszy lot do Orlego Gniazda, a tamtego wieczoru odbywało się w nim przyjęcie.

— Kruk również tam był. Właśnie tam wykonał swoją słynną sztuczkę.

— Nigdy tego nie zapomnę — rzekła Maris.

— Nauczyłaś tej sztuczki Vala?

— Nie.

Garth wybuchnął śmiechem.

— Wszyscy są pewni, że to ty go nauczyłaś. Wszyscy pamiętamy, jakie wrażenie wywarł na tobie Kruk. Coll nawet ułożył o tym piosenkę, prawda?

Maris uśmiechnęła się.

— Tak.

Garth zaczął mówić o czymś innym, ale urwał w pół zdania. W pokoju zapanowała cisza. Z twarzy Gartha powoli znikał uśmiech.

Zaczął płakać, choć usilnie walczył ze łzami. Wyciągnął do Maris swoje wielkie ręce, a ona usiadła na skraju łóżka, objęła go i pogładziła po czole.

— Wiedziałem… Nie chciałem, żeby S'Rella mnie widzia — ła w tym stanie… Ach, Maris, to jest takie paskudne, tak cholernie…

— Och, Garth — szepnęła, lekko go całując i próbując powstrzymać się od łez. Czuła się całkowicie bezradna. Przez chwilę myślała, jak by reagowała, gdyby była na miejscu Gartha. Zadrżała i odsunęła od siebie tę myśl. Przycisnęła Gartha jeszcze mocniej.

— Odwiedzaj mnie — powiedział. — Ja… wiesz, jak to jest… Gdy się nie lata, gdy nie można się udać do Orlego Gniazda — wiesz — utrata wolności i wiatru jest dostatecznie przykra, ale nie chcę utracić również ciebie i innych przyjaciół tylko dlatego, że… Och, przeklęte łzy — odwiedzaj mnie, Maris, obiecaj, obiecaj mi to!

— Obiecuję, Garth — powiedziała, siląc się na beztroski ton. — Chyba że tak bardzo przytyjesz, że nie będę mogła na ciebie patrzeć.

Garth roześmiał się przez łzy.

— Ach — odezwał się — no, proszę. A już myślałem, że będę mógł spokojnie obrastać w tłuszcz. Ty…

Na zewnątrz dały się słyszeć kroki zwiastujące powrót Riesy i S'Relli. Garth szybko otarł łzy kocem.

— Idź — powiedział, ponownie się uśmiechając. — Idź już, zmęczyłaś mnie. Ale przyjdź jutro, kiedy będzie po wszystkim. Opowiesz mi, jak upłynęły zawody.

Maris skinęła głową. S'Rella stanęła przy niej i pochyliła się. Zanim wyszły, szybko i nieśmiało ucałowała Gartha.