— Obawiam się, że muszę głosować zgodnie z wolą zwierzchnika — powiedziała sędzina z Południa — W przeciwnym razie mogę zostać oskarżona o niesprawiedliwe faworyzowanie sąsiadki.
Zostały jeszcze Shalli i kobieta ze Wschodu. Obie wahały się.
— Czy nie ma sposobu, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim stronom? — pytała Shalli.
Maris popatrzyła na S'Relle i dotknęła jej ramienia.
— Czy naprawdę chcesz polecieć jeszcze raz, aby spróbować wywalczyć te skrzydła?
— Tak — odparła S'Rella. — Chcę je zdobyć uczciwie. Pragnę na nie zasłużyć, bez względu na to, co mówi Val.
Maris skinęła głową i ponownie zwróciła się do sędziów.
— Wobec tego mam dla was propozycję — oświadczyła. — Zwierzchniku, masz na Skulny jeszcze dwóch lotników. Czy uważasz, że są wystarczająco dobrzy?
— Tak — rzekł podejrzliwie. — A o co chodzi?
— Tylko o następującą rzecz: proponuję, żebyś wznowił turniej. Zachowaj dotychczasową punktację, według której S'Rella przegrywa jednym kamykiem. Ponieważ jednak Garth nie może latać, wyznacz jego zastępcę. Niech jeden z twoich lotników założy jego skrzydła. Jeżeli ten zastępca wygra, wówczas Skulny zachowuje skrzydła, a ty przekażesz je wybranemu przez siebie człowiekowi. Jeżeli zwycięży S'Rella, hm, wtedy powróci na Południe jako lotniczka i nikt nie będzie mógł tego kwestionować. Co na to powiesz?
Zwierzchnik namyślał się przez chwilę.
— No cóż — rzekł. — Mógłbym się na to zgodzić. Jirel może polecieć zamiast Gartha. Jeżeli ta dziewczyna zdoła ją prześcignąć, to będzie znaczyło, że zasłużyła na skrzydła, aczkolwiek z pewnością mnie nie uszczęśliwi.
Jego słowa przyniosły Shalli wyraźną ulgę.
— Wyborny pomysł — oznajmiła z uśmiechem. — Wiedziałam, że gdy potrzebne jest rozsądne wyjście, można liczyć na Maris.
— Czy zatem sprawa jest ustalona? — zapytała dziewczyna ze Wschodu.
Wszyscy sędziowie przytaknęli, z wyjątkiem mężczyzny z Wysp Zewnętrznych, który potrząsnął głową i mruknął:
— Ta dziewczyna powinna dostać skrzydła. Przecież facet spadł do oceanu. — Nie protestował jednak zbyt głośno.
Na dworze w chłodnym, nocnym powietrzu mżył deszcz, lecz mimo to Sena nakazała swoim towarzyszkom, aby przystanęły. Wyglądała na zaniepokojoną.
— S'Rello — powiedziała, wspierając się na lasce. — Jesteś pewna, że tego chcesz? W ten sposób możesz utracić skrzydła. O Jirel mówi się, że jest dobrą lotniczka. Poza tym być może zdołałybyśmy przekabacić sędziów, gdybyśmy sprzeczały się z nimi dłużej.
— Nie — odparła ponuro S'Rella. — Nie, chcę, żeby to się odbyło właśnie w taki sposób.
Sena długo patrzyła jej w oczy i w końcu skinęła głową.
— Dobrze — stwierdziła, usatysfakcjonowana. — W takim razie wracajmy do domu. Jutro trzeba będzie trochę polatać.
W trzecim dniu zawodów Maris zbudziła się przed świtem. Chłód i mrok wytrąciły ją z równowagi. Uświadamiała sobie, że coś jest nie w porządku. Ktoś dobijał się do drzwi.
— Maris — odezwała się śpiąca na sąsiednim łóżku S'Rella. — Mam otworzyć?
Maris nie widziała jej. Do świtu było jeszcze dużo czasu, a poza tym nie paliła się żadna świeca.
— Nie — szepnęła Maris. — Cicho. — Bała się. Walenie w drzwi nie ustawało ani na chwilę. Przypomniała sobie martwe dzięcioły, które im podrzucono, i zastanawiała się, kto stoi po drugiej stronie drzwi o tej porze i z tak wściekłą zawziętością usiłuje skłonić gospodynie do ich otwarcia. Wygramoliła się z łóżka i poczłapała przez pokój. Pomimo ciemności zdołała odszukać ostre narzędzie, którego użyła do odcięcia ptaków. Ot, zwykły nożyk, nie nadający się do walki, ale poczuła się pewniej. Tak wyposażona, odważyła się podejść do drzwi.
— Kto tam? — zapytała. — Kto tam?
Walenie ustało.
— Raggin — odezwał się ktoś tubalnym głosem. Maris nie wydawał się znajomy.
— Raggin? Nie znam żadnego Raggina. Czego chcesz?
— Jestem z Żelaznej Siekiery — powiedział nieznajomy. — Znasz Vala? Tego, który się u mnie zatrzymał?
Maris przestała się bać i natychmiast otworzyła drzwi. Mężczyzna widoczny w gwiezdnej poświacie był chudy i przygarbiony. Miał haczykowaty nos i niechlujny zarost. Nagle Maris przypomniała sobie, kim jest: barmanem z tawerny Vala.
— O co chodzi? Stało się coś złego?
— Właśnie zamykałem, a twój przyjaciel wciąż się nie pojawiał. Myślałem, że przygruchał sobie jakąś ładną dziewczynę, ale znalazłem go przed tawerną, leżącego na plecach. Ktoś go mocno pobił.
— Val — wydusiła S'Rella, podbiegłszy do drzwi. — Gdzie on jest?
— Jest na górze, w swoim pokoju — odparł Raggin. — Jakoś go tam zawlokłem po schodach. Nie było to łatwe. Ale przypomniałem sobie, że ma znajomych w tych okolicach, więc pomyślałem sobie, że popytam, i przysłali mnie tutaj. Wybierzesz się ze mną? Nie wiem, co z nim teraz zrobić.
— Idę natychmiast — powiedziała Maris. — S'Rello, ubieraj się. — Sięgnęła po własne rzeczy, szybko je nałożyła i ruszyła wraz ze S'Rella nadmorską drogą. Zabrała latarnię. Część drogi prowadziła między stromymi skałami. Potknięcie w ciemnościach mogło się zakończyć tragicznie.
W tawernie nie paliły się światła, a rolety pospuszczano. Drzwi wejściowe były zaryglowane od wewnątrz ciężką drewnianą belką. Raggin zostawił dziewczęta na dworze, a sam okrążył budynek, żeby, jak się wyraził, udać się do środka „tajnym przejściem". Kiedy otworzył drzwi od wewnątrz, oznajmił:
— Muszę dobrze zamykać, dookoła kręci się mnóstwo podejrzanych typów. Nie uwierzyłybyście, lotniczki, jakich miewam klientów.
Nie zwracały uwagi na to, co mówił. S'Rella wbiegła po schodach do pokoju, który czasami dzieliła z Valem. Kiedy Maris ją dogoniła, S'Rella już zapalała świecę przy łóżku.
W niedużym pomieszczeniu zamigotało czerwone światło. Postać, skulona pod kocem, poruszyła się i jęknęła niczym ranne zwierzę. S'Rella odstawiła świecę i odkryła leżącego.
Val zauważył dziewczynę i wydawało się, że ją rozpoznaje, gdyż kurczowo chwycił jej dłoń lewą ręką. Jednak gdy usiłował się odezwać, z jego gardła wydobył się tylko zduszony jęk.
Maris zrobiło się niedobrze. Mężczyzna miał liczne obrażenia na głowie i ramionach, jego twarz była opuchnięta i posiniaczona. Po policzkach nadal ściekała mu krew, której plamy zastygły na koszuli i na brodzie. Z ust także pociekła mu krew, gdy chciał się odezwać.
— Val! — krzyknęła z płaczem S'Rella. Dotknęła czoła mężczyzny, a wtedy on cofnął rękę i usiłował do niej coś powiedzieć.
Maris podeszła bliżej.
Val mocno przyciskał S'Relle lewą ręką i ciągnął ją ku sobie, ale jego prawe ramię nadal bezwładnie spoczywało na prześcieradle, a w dodatku utworzyła się pod nim kałuża krwi. Ramię było dziwacznie wykręcone, a kurtka podarta i zakrwawiona. S'Rella uklękła po prawej stronie i delikatnie dotknęła obolałej kończyny. Val krzyknął tak głośno, że S'Rella odskoczyła z przerażeniem. Dopiero wówczas Maris zauważyła, że ze strzępów odzieży sterczy kość.
Raggin stał w drzwiach i obserwował całą scenę.
— On ma złamane ramię, nie dotykajcie go — powiedział — bo będzie wył. Szkoda, że nie słyszałyście, jak wrzeszczał, kiedy go tu wnosiłem. Myślę, że nogę też ma złamaną, ale nie jestem tego pewny.