Выбрать главу

Val uspokoił się, ale nadal oddychał nieregularnie, odczuwając wyraźny ból. Maris dźwignęła się na nogi.

— Dlaczego nie wezwałeś uzdrowiciela? — zapytała Raggina. — Dlaczego nie dałeś mu żadnego środka przeciwbólowego?

Raggin cofnął się zdziwiony, jakby tego rodzaju pomysły nigdy dotąd nie przychodziły mu do głowy.

— Przecież sprowadziłem ciebie, prawda? A kto zapłaci temu uzdrowicielowi? On na pewno nie. Nie ma tylu pieniędzy. Przeszukałem jego rzeczy.

Maris zacisnęła pięści i usiłowała nie stracić panowania nad sobą.

— Masz w tej chwili pójść po uzdrowiciela — oznajmiła. — I nie obchodzi mnie, czy będziesz musiał przebiec dziesięć mil. Zrobisz to szybko, a jeśli nie, to przysięgam, że pogadam ze zwierzchnikiem i doprowadzę do zamknięcia tej knajpy.

— Lotnicy. — Barman splunął. — Zgrywacie ważnych, co? No cóż, pójdę, ale kto zapłaci temu uzdrowicielowi? Chciałbym to wiedzieć, a on też będzie tym zainteresowany.

— Niech cię wszyscy diabli — odparła Maris. — Ja zapłacę, do diabła, ja to zrobię. Ten człowiek jest lotnikiem i jeśli kości mu się dobrze nie zrosną, jeśli nie poddamy go odpowiedniej kuracji, to już nigdy nie będzie latał. A teraz ruszaj w drogę!

Raggin po raz ostatni spojrzał na nią ze skwaszoną miną r i skierował się na schody. Maris wróciła do łóżka chorego. Val jęczał i usiłował zmienić pozycję, ale każdy ruch wywoływał rozdzierający ból.

— Czy nie możemy mu jakoś pomóc? — zapytała S'Rella, zerknąwszy na Maris.

— Tak — rzekła Maris. — Ostatecznie jesteśmy w tawernie. Zejdź na dół i przynieś kilka butelek. Alkohol powinien trochę zmniejszyć ból do czasu przybycia uzdrowiciela.

S'Rella skinęła głową i ruszyła do drzwi.

— Co mam przynieść? — zapytała. — Wino?

— Nie, potrzebujemy czegoś mocniejszego. Poszukaj jakiejś brandy. Albo może tej wódki z Poweet, jak ona się nazywa… Robi się ją ze zboża i ziemniaków…

S'Rella jeszcze raz kiwnęła głową i zbiegła na dół. Niebawem wróciła z trzema butelkami miejscowego trunku oraz nie oznakowaną flaszką, z której wydobywał się ostry, silny zapach.

— Musi być mocna — zawyrokowała Maris. Najpierw sama spróbowała wódki, a potem kazała S'Relli przytrzymać głowę Vala i wlała mu do ust kilka kropel. Odniosły wrażenie, że mężczyzna pije chętnie, toteż poiły go na zmianę.

Kiedy ponad godzinę później Raggin wreszcie wrócił z uzdrowicielem, Val był już nieprzytomny.

— Oto wasz uzdrowiciel — rzekł barman. Wziął do ręki jedną ze stojących na podłodze pustych butelek i dodał: — Za to również zapłacisz, lotniczko.

Uzdrowiciel nastawił Valowi kończyny (Raggin miał słuszność — noga również była złamana, choć nie tak fatalnie jak ręka), unieruchomił je i nałożył opatrunek na opuchniętą twarz mężczyzny, a na koniec wręczył Maris buteleczkę ciemnozielonego płynu.

— To lepsze niż brandy — oświadczył. — Zmniejszy ból i pozwoli mu zasnąć. — To rzekłszy, wyszedł, zostawiając Maris i S'Relle z Valem.

— To zrobili lotnicy, prawda? — płaczliwym tonem zapytała S'Rella, gdy usiadły w zadymionym pomieszczeniu, w którym paliła się świeczka.

— Złamano rękę i nogę po jednej stronie — gniewnie zauważyła Maris. — To wygląda na robotę lotnika. Nie sądzę jednak, żeby któryś z nich mógł tego dokonać osobiście, ale podejrzewam, że to lotnik zlecił pobicie. — Nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł. Podeszła do zakrwawionej garderoby Vala w kącie i uważnie ją przetrząsnęła. — Hmm. Tak myślałam. Nie ma jego noża. Może go zabrali albo wypadł Valowi z ręki.

— Mam nadzieję, że pociął napastnika, kimkolwiek on był — powiedziała S'Rella. — Myślisz, że to zrobił Corm? Przecież Val miał jutro zabrać mu skrzydła.

— Dzisiaj — ze smutkiem zauważyła Maris, spoglądając na okno. Po wschodniej stronie nieba zaczynało świtać. — Jednak nie sądzę, żeby to był Corm. Oczywiście Corm zniszczyłby Vala z wielką chęcią, gdyby tylko mógł, ale on uczyniłby to zgodnie z prawem. Corm jest zbyt dumny, żeby uciekać się do bicia.

— W takim razie kto? Maris potrząsnęła głową.

— Nie wiem, S'Rello. Zapewne jakiś chory osobnik. Może któryś z przyjaciół Corma lub Ari. Albo Arak czy jeden z jego przyjaciół. Val miał wielu wrogów.

— Chciał, żebym z nim poszła — powiedziała S'Rella. — A ja wybrałam się z wizytą do Gartha. Gdybym mu towarzyszyła, nie doszłoby do tego wszystkiego.

— Gdybyś z nim poszła, prawdopodobnie również leżałabyś połamana i zakrwawiona — zauważyła Maris. — S'Rello, kochanie, przypomnij sobie te martwe ptaki, która nam podrzucono. W ten sposób chcieli nam coś powiedzieć. Ty także jesteś jednoskrzydłą. — Zerknęła na jaśniejące niebo. — I ja też. Może już pora, żebym to przyznała. Jestem lotniczką tylko w połowie i tak już będzie zawsze. — Uśmiechnęła się do S'Relli. — Myślę jednak, że najważniejsze jest to, o którą połowę chodzi.

S'Rella była zdezorientowana.

— No, ale dość już tego gadania — powiedziała Maris. — Masz jeszcze kilka godzin do rozpoczęcia turnieju i chcę, żebyś spróbowała się przespać. Dzisiaj musisz wygrać walkę o skrzydła, pamiętasz?

— Nie mogę — zaprotestowała S'Rella. — Nie w takim momencie.

— Właśnie teraz — odparła Maris. — Ktoś, kto pobił Vala, z pewnością byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, że przez to i ty utraciłaś skrzydła. Chcesz tego?

— Nie — rzekła S'Rella.

— Wobec tego idź spać.

Nieco później, gdy S'Rella była pogrążona we śnie, Maris ponownie spojrzała na okno. Słońce prawie już wzeszło, a jego czerwoną tarczę przesłaniały smugi ciemnych chmur. Zapowiadał się pogodny, wietrzny dzień. Wymarzona pogoda na latanie.

Kiedy Maris i S'Rella przybyły na miejsce zawodów, pojedynek trwał już w najlepsze. Spóźniły się, gdyż Raggin zażądał od nich w tawernie, by natychmiast uregulowały rachunek Vala, i długo musiały się z nim wykłócać, żeby go przekonać, iż na pewno otrzyma zapłatę. Przymuszony przez Maris zgodził się opiekować Valem i nie wpuszczać nikogo na górę.

Sena znajdowała się tam, gdzie w poprzednie dni — w pobliżu sędziów — i obserwowała pierwsze pary zawodników, którzy lecieli do bram. Maris kazała S'Relli dołączyć do kolegów z Drewnianych Skrzydeł, a sama wbiegła na skałę. Sena powitała ją z wyraźną ulgą.

— Maris! — wykrzyknęła. — Martwiłam się, że coś się stało. Nikt nie wiedział, dokąd poszłyście. Czy S'Rella i Val są z tobą? Zaraz przyjdzie pora. Sher startuje następna.

— S'Rella jest gotowa do lotu — odparła Maris. Opowiedziała Senie o Valu.

Miała wrażenie, że w trakcie tej opowieści nauczycielka traci wszystkie siły i całą witalność. Jej zdrowe oko zaszkliło się łzami. Wsparła się mocniej o laskę i nagle wydała się Maris bardzo stara.

— Nie wierzyłam — wymamrotała słabym głosem. — Nie wierzyłam, nawet gdy zdarzyła się ta straszna historia z ptakami… nawet wówczas nie mieściło się mi w głowie, że odważyliby się na coś takiego. — Jej twarz była szara jak popiół. — Pomóż mi, dziecko. Muszę usiąść.

Maris objęła ją ramieniem i poprowadziła do stolika sędziowskiego. Shalli podniosła oczy.

— Wszystko w porządku? — zapytała z niepokojem.

— Nie — odparła Maris, posadziwszy Senę na krześle. — Val nie będzie dzisiaj latał. — Obróciła się twarzą do sędziów. — Ostatniej nocy został zaatakowany i poturbowany w tawernie, w której wynajmował pokój. Ma złamaną rękę i nogę.