Выбрать главу

Wszyscy sędziowie byli wstrząśnięci.

— Jakież to okropne — powiedziała Shalli.

Sędzina ze Wschodu zaklęła, mężczyzna z Wysp Zewnętrznych potrząsnął głową, a zwierzchnik Skulny powstał z miejsca.

— To straszne. Nie pozwolę, żeby takie rzeczy działy się na mojej ziemi. Znajdziemy tego, kto to zrobił, obiecuję ci to.

— Zrobił to jakiś lotnik — rzekła Maris. — A przynajmniej zapłacił za to. Złamano Valowi prawą rękę i prawą nogę. Jednoskrzydły. Rozumiesz.

Shalli zmarszczyła brwi.

— Maris, ten czyn jest straszny, ale żaden lotnik nie zdobyłby się na coś podobnego. A jeśli chcesz zasugerować, że Corm…

— Czy masz dowód, że był w to wmieszany jakiś lotnik? — przerwała jej sędzina ze Wschodu.

— Znam tawernę, w której nocował Val Jednoskrzydły — rzekł zwierzchnik. — To była Żelazna Siekiera, prawda? Okropne miejsce, przychodzi tam najbardziej niewybredna klientela. Każdy mógł paść ofiarą napadu: uczestnik pijackiej bójki, zazdrosny kochanek, skłócony hazardzista. Wiem, że w tej knajpie wydarzylo się mnóstwo napadów.

Maris spojrzała na niego gniewnie.

— Nigdy nie odnajdziesz człowieka, który to zrobił, choćbyś obiecywał sto razy — oświadczyła. — Ale to nie jest najważniejsze. Dziś wieczorem chcę odnieść Valowi skrzydła.

— Skrzydła? Valowi?

— Obawiam się, że musi poczekać do następnego roku i spróbować jeszcze raz — odezwała się sędzina z Południa. — Przykro mi, że został ranny w chwili, gdy był tak bliski zwycięstwa.

— Bliski? — powtórzyła Maris. Spojrzawszy na stół, dostrzegła skrzynkę, podniosła ją i mocno nią potrząsnęła. — Dziewięć czarnych kamieni i jeden biały. To więcej niż blisko. Val zwyciężył. Nawet gdyby przegrał dzisiaj zero do pięciu, i tak zwyciężył.

— Nie — z uporem oświadczyła Shalli. — Corm zasługuje na otrzymanie szansy. Nie pozwolę, żebyś go jej pozbawiała na rzecz Jednoskrzydłego, choć bardzo mu współczuję. Corm doskonale lata przez bramy. Mógłby wygrać dziesięć do zera, otrzymując po dwa kamyki od każdego z nas, i wówczas zachowałby swoje skrzydła.

— Dziesięć do zera — powtórzyła Maris. — Jakie jest prawdopodobieństwo takiego wyniku?

— Istnieje taka możliwość — odparła Shalli.

— Istnieje — powtórzyła sędzina ze Wschodu. — Nie możemy przyznać zwycięstwa Jednoskrzydłemu. To byłoby niesprawiedliwością wobec Corma, który lata znakomicie od wielu lat. Sądzę, że musimy ogłosić przegraną Vala walkowerem.

Ludzie za stołem zgodnie pokiwali głowami, ale Maris tylko się uśmiechnęła.

— Obawiałam się, że zajmiecie takie stanowisko. — Oparła ręce na biodrach i wyzywająco spojrzała na sędziów. — Jednak Val będzie miał swoje skrzydła. Na szczęście istnieje precedens.

Ustanowiliście go wczoraj wieczorem, dla S'Relli i Gartha. Zachowajmy punktację i kontynuujmy rozgrywkę. Wezwijcie Corma. J a polecę w zastępstwie Vala.

I wiedziała, że nie spotka się z odmową.

Maris wzięła skrzydła i dołączyła do tłumu zawodników; czekała niecierpliwie się i okazywała coraz większe zdenerwowanie.

Bramy wzniesiono podczas nocy. Składały się z dziewięciu prymitywnych konstrukcji, mocno osadzonych w piasku i wymagających serii trudnych zakrętów i zmian kursu. Pierwsza brama znajdowała się zaraz nad skałą lotników. Składała się z dwóch wysokich drewnianych tyczek, mierzących po kilkanaście metrów i wbitych w piasek w odległości piętnastu metrów. Do czubków tyczek była przywiązana lina.

Żeby zdobyć punkty, lotnik musiał przelecieć przez bramę. Było to dość łatwe, ale następna brama znajdowała się zaledwie kilka metrów dalej, na plaży, i to nie w prostej linii, toteż zawodnik musiał błyskawicznie skręcić, żeby w nią wlecieć. Ponadto druga brama była trochę mniejsza — tworzyły ją nieco krótsze tyczki, które ustawiono bliżej siebie. Kolejne odcinki również nastręczały sporo trudności; z mielizny trzeba było wracać na ląd, to zaś wymagało gwałtownego manewrowania skrzydłami, a każda brama była mniejsza od poprzedniej. Tyczki ostatniej, dziewiątej bramy miały zaledwie po dwa i pół metra wysokości, a odstęp między nimi wynosił tylko nieco ponad sześć metrów, podczas gdy rozłożone skrzydła lotnika były szerokie na sześć metrów. Nikomu nie udało się pokonać więcej niż siedem bram, zresztą, nawet i taki lot był nie lada wyczynem. Tego ranka najlepszy wynik osiągnął fenomenalny Lane, który zdołał przelecieć przez siedem bram.

Zgodnie z tradycją, w tej konkurencji pierwsi startowali pretendenci. Dzięki temu lotnicy wiedzieli, o ile muszą być lepsi od swych rywali. Niosąc skrzydła na ramionach, Maris obserwowała starania drewnianoskrzydłych.

Sher skoczyła ze skały ku pierwszej bramie i pokonała ją, ledwo mieszcząc się pod liną. Następnie gwałtownie skręciła w kierunku drugiej bramy, lecz nadal opadała, i to o wiele za szybko. Przerażona, szybko odchyliła się do pozycji horyzontalnej, żeby nie wyrżnąć w ziemię, a potem nagle zaczęła się wznosić i zamiast skierować się między tyczki, przeleciała nad bramą. Lotniczka, która została wyzwana przez Sher, pokonała tylko dwie bramy, lecz to wystarczyło, żeby wygrać pojedynek.

Leya obserwowała Sher i postanowiła wybrać inną strategię. Skoczyła ze skały i zatoczyła nad plażą duże koło. Opadała stopniowo i pokonała pierwszą bramę, lecąc prosto, a nie w dół. Zaczęła skręcać na długo przed wleceniem w pierwszą bramę i kołyszącym, pełnym wdzięku ruchem ominęła jedną tyczkę, starając się już w tym momencie skierować do drugiej bramy. Przeleciała przez nią gładko, szykując się do kolejnego, ostrzejszego, bardziej wymagającego zakrętu pod wiatr. Zdołała pokonać trzecią bramę, ale nie udało jej się wykonać kolejnego manewru i spokojnie poleciała na morze, ominąwszy czwartą bramę szerokim łukiem. Mimo to kilku widzów zgotowało dziewczynie owację, a jej przeciwnik zaliczył tylko dwie bramy i zbyt gwałtownie wylądował na piasku. Zatem Leya osiągnęła pierwszy sukces, który nie wystarczył jednak do zdobycia skrzydeł.

Obwoływaczka zapowiedziała pojedynek Damena i Araka. Obaj mieli kłopoty. Damen pokonywał bramy zbyt szybko i gdy minął drugą, nie zdążył skręcić w stronę trzeciej. Arak przeleciał przez drugą bramę zbyt wysoko i zawadził o linę górną krawędzią skrzydła. To wystarczyło, żeby stracił równowagę i zboczył z kursu. Remis pozwolił mu jednak zachować skrzydła.

Ku zdziwieniu Maris, Kerr również zdołał wywalczyć remis. Naśladując Leyę, pokonał pierwszą bramę w pozycji horyzontalnej, zaczął skręcać i dość łatwo zaliczył drugą bramę. Jednakże, podobnie jak Leya, miał kłopoty ze skręceniem pod wiatr i, w przeciwieństwie do niej, nie dał rady przelecieć przez trzecią bramę. Gwałtownie zarył w piasek w odległości kilku metrów od bramy. Ze wszystkich stron przybiegły dzieci lądowców, żeby mu pomóc zdjąć skrzydła. Jon z Culhall próbował uniknąć losu Kerra, utrzymując dużą wysokość, ale zanadto wychylił się w prawo i nie zdołał trafić w trzecią bramę.

— Corm z Amberly Mniejszej! — krzyknęła obwoływaczka. — Val Jednoskrzydły, Val z Południowego Arrenu! — Po chwili dorzuciła: — Maris z Amberly Mniejszej, lecąca w zastępstwie Vala, Maris z Amberly Mniejszej!

Maris stanęła na skale lotników. Pomocnicy rozkładali jej skrzydła i odblokowywali każdą rozporę. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdował się Corm, któremu pomagano w ten sam sposób. Maris zerknęła na niego i napotkała jego ciemne, wyraziste oczy. — Maris Jednoskrzydła! — zawołał z goryczą. — Na co ci przyszło? Cieszę się, że Russ tego nie doczekał.