— Russ byłby dumny! — Maris poczuła wściekłość, choć wiedziała, że nie powinna tracić opanowania. Gniew mógł ją przywieść do nieostrożności, a to pomogłoby Cormowi. Siedem lat temu pokonała go w znacznie bardziej zaciętym pojedynku. Była pewna, że zdoła tego dokonać i tym razem. Należało jedynie wykazać precyzję, opanowanie, refleks i wyczucie wiatru, a tych cech nigdy jej nie brakowało.
Jej skrzydła były szerokie i napięte, a ich metaliczna powierzchnia cicho szumiała w zetknięciu z wiatrem. Maris była w świetnym nastroju i wierzyła w siebie. Wyciągnęła ręce do góry, złapała nimi uchwyty, pobiegła, skoczyła i wzbiła się w powietrze. Unosiła się coraz wyżej, zrobiła pętlę ot tak, dla przyjemności, a potem zaczęła pikować. Szybowała w dół, przemieszczając się zgodnie z podmuchami wiatru, a jednocześnie przechylając się w taki sposób, żeby móc przelecieć pierwszą bramę. Gdy gwałtownie skręciła i minęła pierwszą parę tyczek, jej skrzydła utworzyły srebrzystą linię tuż pod nimi, ale Maris ustabilizowała lot i przechyliła się w drugą stronę, dzięki czemu swobodnie pokonała następną bramę. W takich chwilach nie myślało się racjonalnie; liczyło się wyczucie podmuchów, to, że kochało się latanie, miało się instynkt, refleks i znajomość wiatru, a Maris sama była wiatrem. Przejście trzeciej bramy wymagało gwałtownego skrętu pod wiatr, ale Maris zrobiła to sprawnie, a potem wykonała pętlę nad wodą, żeby pod właściwym kątem zbliżyć się do czwartej bramy. Pokonała ją, podobnie jak piątą, przed którą musiała tylko powoli skręcić z wiatrem, a szósta brama znajdowała się zaraz potem i nie wymagała gwałtownych manewrów. Ze względu na jej nieduże rozmiary Maris trochę obniżyła lot i sunęła nad piaskiem, napinając skrzydła, przy akompaniamencie entuzjastycznych okrzyków widzów.
W chwilę później było już po wszystkim.
Gdy tylko zamajaczyła przed nią szósta brama, nagle natrafiła na zimny, spychający w dół podmuch, który nie miał prawa wystąpić w tym miejscu. Chwycił ją na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, żeby otarła się skrzydłami o ziemię, a potem zaryła nogami w mokry piasek i sunęła po wybojach, aż w końcu zatrzymała się w cieniu pechowej bramy.
Zobaczyła jasnowłosą dziewczynkę, która podbiegła do niej i pomogła jej wstać, a potem zaczęła składać skrzydła. Maris była zadyszana i rozbawiona. Zaliczyła pięć bram. Wynik nie najlepszy tego dnia, ale całkiem przyzwoity. Corm miał do Vala tak dużą stratę, że nie zdołałby jej wyprzedzić. Musiałby całkowicie ją pognębić, odnieść druzgocące zwycięstwo, dostać od każdego z sędziów po dwa kamyki, a na to nie było go stać.
On sam zdawał sobie z tego sprawę. Zniechęcony jej dobrym lotem, nawet się nie starał jej dorównać. Zatrzymał się już na czwartej bramie, co oznaczało zdecydowany triumf Maris, a zarazem Vala. Kiedy kroczyła po plaży ze złożonymi skrzydłami, czuła ogromne podniecenie.
Na całym wybrzeżu rozbrzmiewały okrzyki obwoływaczek. S'Rella stała z uniesioną głową na skraju urwiska. Metaliczna powierzchnia jej skrzydeł błyszczała w słońcu. Za jej plecami Maris dostrzegła szczupłą, muskularną, ciemnowłosą Jirel ze Skulny.
S'Rella skoczyła. Maris przystanęła, żeby ją obserwować. Była całym sercem z nią i przepełniała ją wielka nadzieja. S'Rella przechyliła się i zatoczyła koło. Leciała spokojnie, nie decydując się na szaleńczy pęd w stylu Maris, a potem płynnie poszybowała w dół. Stosowała tę samą taktykę co Leya i Kerr. Przeleciała przez pierwszą bramę, wykonała skręt, przybrała pozycję horyzontalną, zatoczyła koło w przeciwnym kierunku — Maris miała wrażenie, że na minutę wstrzymała oddech — pokonała drugą bramę, a potem skręciła pod wiatr. Gwałtowność tego manewru można było porównać z pchnięciem noża. Miało się wrażenie, że wiatr zmienia kierunek na jej rozkaz. Następnie S'Rella pokonała trzecią bramę i nie tracąc ani na chwilę panowania nad lotem, minęła czwartą parę tyczek. Ludzie wstawali i wznosili entuzjastyczne okrzyki. Piąta brama okazała się dla niej równie łatwa jak dla Maris, a po chwili zaczęła się zbliżać do szóstej, tej, której Maris nie udało się przelecieć. Skrzydła trochę się zachwiały, ale potem przestały drżeć i S'Rella znalazła się wyżej niż Maris; zimny podmuch wstrząsnął nią, ale nie zmusił do opadnięcia na ziemię, i po chwili, przy akompaniamencie okrzyków, pokonała również szóstą bramę. Siódma wymagała błyskawicznego przechylenia się pod ściśle określonym kątem. S'Relli udało się wykonać ten manewr, a potem czekała ją ósma brama… Okazała się nieco za wąska, a S'Rella zbytnio wychyliła się w jedną stronę i zawadziła lewym skrzydłem o tyczkę. Rozległ się trzask rozbijanych podpórek i tyczek, a potem S'Rella runęła jak długa na ziemię.
Maris była jedną z wielu osób, które do niej podbiegły.
Kiedy dotarła na miejsce, S'Rella już siedziała z zaczerwienioną od wiatru twarzą, ciężko dysząc. Otaczali ją lądowcy, którzy zachrypniętymi z emocji głosami serdecznie jej gratulowali. Dzieci cisnęły się do niej, żeby dotknąć jej skrzydeł, a ona ciągle się śmiała.
Maris przepchnęła się przez tłum i objęła S'Relle.
— Nic ci nie jest? — zapytała dziewczynę, która potrząsnęła głową, nie przestając się śmiać. — To dlaczego…?
S'Rella pokazała jej skrzydło, to samo, którym uderzyła w bramę. Metaliczna, dosłownie niezniszczalna tkanina była nietknięta, ale rozpora uległa złamaniu.
— To łatwo da się naprawić — zauważyła Maris. — Nie powinno być z tym żadnego kłopotu.
— Nie widzisz? — zapytała S'Rella, gwałtownie wstając. Jej prawe skrzydło podskoczyło, napięte i rozedrgane, ale lewe bezwładnie zwisało, a srebrzysty materiał ciągnął się po piasku.
Maris spojrzała na nie i zaczęła się śmiać.
— Jednoskrzydła! — zawołała. Po chwili padły sobie ze śmiechem w ramiona.
— Jirel nie przyniosła ci wstydu — powiedziała Maris podczas wieczornej rozmowy z Garthem przy kominku. Garth doszedł do siebie; wyglądał lepiej i znowu popijał piwo. — Wspaniale cię zastępowała, przeleciała przez pięć bram, nie była gorsza ode mnie. No, ale pięć oczywiście nie równa się siedem, to nie wystarczyło do zwycięstwa. Nawet zwierzchnik nie mógłby ogłosić remisu.
— Dobrze — powiedział Garth. — S'Rella zasługuje na skrzydła. Lubię S'Relle. Niech obieca, że również mnie odwiedzi.
Maris uśmiechnęła się.
— Przekonam ją — oświadczyła. — Żałuje, że nie mogła tu przyjść dzisiaj, ale chciała od razu zobaczyć się z Valem. Dołączę do niej, kiedy wyjdę od ciebie. Nie będzie to przyjemne, ale… — Westchnęła.
Garth wypił spory haust piwa i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ogień na kominku.
— Żal mi Corma — rzekł. — Nigdy za nim nie przepadałem, ale on naprawdę dobrze latał.
— Nie martw się — odparta Maris. — Jest rozgoryczony, ale otrząśnie się z tego. Zaawansowana ciąża Shalli wkrótce uniemożliwi jej latanie i Corm przez kilka miesięcy będzie mógł korzystać ze skrzydeł żony. O ile go znam, zapewne skłoni ją do dzielenia się z nim skrzydłami nawet po przyjściu na świat dziecka. A w przyszłym roku może rzucić komuś wyzwanie. I na pewno nie wybierze Vala. Corm nie jest taki głupi. Założę się, że skłoni do walki kogoś takiego jak Jon z Culhall.
— Ach, jeśli ci przeklęci lekarze kiedykolwiek mnie uzdrowią, to sam będę mógł wyzwać Jona — rzekł Garth.
— W przyszłym roku Jon będzie miał wzięcie — zgodziła się Maris. — Nawet Kerr chce ponownie się z nim zmierzyć, aczkolwiek wątpię, by Sena za niego poręczyła, dopóki młodzieniec nie nabierze większej wprawy. Za rok będzie mogła wybierać spośród bardziej obiecujących kandydatów. Dzięki podwójnemu zwycięstwu S'Relli i Vala akademia Drewniane Skrzydła nagle znowu osiągnęła sukces. Niedługo Sena nie będzie wiedziała, co robić z napływającymi studentami. — Maris zachichotała. — Poza tym nie tylko ty i Corm zostaliście pokonani. Ban z Poweet straciła skrzydła w pozarodzinnej rozgrywce, a Big Hara przegrała z własną córką.