— Zgraja byłych lotników — burknął Garth.
— I mnóstwo jednoskrzydłych — dodała z uśmiechem Maris. — Świat się zmienia, Garth. Kiedyś mieliśmy tylko lotników i lądowców.
— Tak — powiedział Garth i pociągnął kolejny łyk piwa. — Potem ty wszystko pomieszałaś. Latający lądowcy i uziemieni lotnicy. Do czego to wszystko doprowadzi?
— Nie wiem — odparła Maris. Wstała. — Chętnie zostałabym dłużej, ale muszę pogadać z Valem, a poza tym już od dawna powinnam być na Amberly. Zważywszy na to, że Shalli jest w ciąży, a Corm nie ma skrzydeł, zwierzchnik bez wątpienia zamęczy mnie robotą. Ale znajdę czas na odwiedziny, obiecuję.
— Dobrze. — Garth uśmiechnął się. — Życzę dobrego lotu. f Kiedy wyszła, krzyknął do Riesy, żeby mu przyniosła następny kufel piwa.
Val leżał wsparty o poduszki. Głowę miał podniesioną w taki sposób, aby mógł przyjmować pokarmy. W lewej ręce trzymał łyżkę, którą jadł zupę. S'Rella siedziała obok niego z miską. Oboje podnieśli oczy na widok Maris, a Valowi zadrżała ręka i rozlał gorącą zupę na piersi. Zaklął. S'Rella pomogła mu wytrzeć plamę.
— Val — spokojnie przywitała się Maris i kiwnęła głową. Położyła na podłodze skrzydła, które niegdyś należały do Corma z Amberly Mniejszej. — Twoje skrzydła.
Opuchlizna powoli zaczynała schodzić Valowi z twarzy i wyglądał prawie normalnie, z wyjątkiem obrzmiałych warg, które zmieniały jego uśmiech w szyderczy grymas.
— S'Rella powiedziała mi, co zrobiłaś — rzekł z dużym wysiłkiem. — Teraz zapewne oczekujesz ode mnie podziękowań.
Maris skrzyżowała ramiona i czekała.
— Wiesz, że pobili mnie twoi przyjaciele lotnicy — powiedział. — Jeżeli kości źle się zrosną, to nigdy nie skorzystam ze skrzydeł, które dla mnie wywalczyłaś. A nawet gdyby zrosły się prawidłowo, nigdy nie będę tak dobry jak kiedyś.
— Wiem o tym — odparła Maris — i bardzo mi przykro. Ale tego nie zrobili moi przyjaciele, Val. Nie wszyscy lotnicy są moimi przyjaciółmi. I nie wszyscy z nich są twoimi wrogami.
— Byłaś na tym przyjęciu — zauważył Val.
Maris kiwnęła głową.
— Twoje życie nie będzie łatwe — stwierdziła. — Jeśli chcesz, odrzucaj ich, poddaj się nienawiści. Albo znajdź takich, którzy są warci przyjaźni. To zależy od ciebie.
— Powiem ci, kogo zamierzam znaleźć — odparł Val. Ludzi, którzy mnie pobili, a następnie tych, którzy im zlecili tę robotę.
— Rozumiem. I co dalej?
— S'Rella znalazła mój nóż — powiedział Val. — Ostatniej nocy upuściłem go w zaroślach, lecz zdołałem jednak pociąć jednego z napastników i z łatwością rozpoznam go po szramie.
— Dokąd się wybierzesz, gdy zrosną ci się kości? — zapytała Maris.
Val sprawiał wrażenie zaskoczonego nagłą zmianą tematu.
— Myślałem o Morskim Zębie. Nasłuchałem się historii o tym, jak bardzo tamtejsza zwierzchniczka chce mieć lotnika. Ale S'Rella twierdzi, że zwierzchnikowi Skulny również na tym zależy. Pogadam z obojgiem, zobaczę, co mi zaproponują.
— Val z Morskiego Zęba — powiedziała Maris. — To ładnie brzmi.
— Moje imię zawsze będzie brzmiało Jednoskrzydły — odparł. — Być może również twoje.
— Lotnicy w połowie — zgodziła się. — Oboje nimi jesteśmy. Ale o którą połowę chodzi? Val, możesz skłonić zwierzchników do licytowania się o twoje usługi. Lotnicy w przeważającej większości będą tobą pogardzali za to, choć niewykluczone, że ci młodsi i chciwsi spróbują pójść w twoje ślady, a tego nie chciałabym oglądać. I możesz zabierać w powietrze nóż, który podarował ci ojciec, aczkolwiek w ten sposób łamiesz jedną z najstarszych i najmądrzejszych lotniczych zasad. Gwałcenie tradycji da lotnikom jeszcze jeden powód, by tobą pogardzać, ale nikt nic nie zrobi. Chcę ci też powiedzieć, że jeśli odnajdziesz człowieka, który kazał cię pobić, i zabijesz go tym nożem, to przestaniesz być Jednoskrzydłym. Lotnicy uznają cię za wyrzutka i pozbawią cię skrzydeł, i żaden zwierzchnik na terenie Przystani Wiatrów nie weźmie cię w obronę i nie da ci prawa lądowania, bez względu na to, jak bardzo' potrzebowałby lotników.
— Chcesz, żebym zapomniał? — zagadnął Val. — Żebym zapomniał o czymś takim?
— Nie — odparła Maris. — Znajdź tego człowieka i zabierz go do zwierzchnika albo zwołaj sąd lotników. Dlaczego to ty masz tracić skrzydła, dom i życie, a nie twój wróg? Czy to taka zła alternatywa?
Val wykrzywił usta w uśmiechu. Maris zauważyła, że stracił również kilka zębów.
— Nie — odparł. — Prawie mi się podoba.
— Wybór należy do ciebie — rzekła Maris. — Nieprędko założysz skrzydła, więc będziesz miał dużo czasu, żeby przemyśleć tę sprawę. Myślę, że jesteś wystarczająco inteligentny, by wykorzystać ten okres. — Popatrzyła na S'Relle. — Muszę wracać na Amberly Mniejszą. Jeśli wybierasz się z powrotem na Południe, będzie ci po drodze. Polecisz ze mną i spędzisz dzień w moim domu?
S'Rella z zapałem pokiwała głową.
— Tak, strasznie bym chciała. To znaczy… jeśli Val wydobrzeje.
— Lotnicy mają niewyczerpany kredyt — odparł Val. — Jeśli obiecam Ragginowi odpowiednio dużo żelaza, będzie mnie pielęgnował lepiej niż mój własny rodzic.
— W takim razie polecę — oznajmiła S'Rella. — Ale jeszcze cię zobaczę, prawda, Val? Teraz oboje mamy skrzydła.
— Tak — rzekł Val. — Leć na swoich skrzydłach. Ja zerknę na własne.
S'Rella pocałowała go i podeszła do Maris. Obie ruszyły do drzwi.
— Maris! — zawołał Val ostro.
Odwróciła się na dźwięk jego głosu. Zdążyła dostrzec, że Val niezdarnie sięga lewą ręką za głowę, pod poduszkę, i z przerażającą szybkością wydobywają na wierzch. Długie ostrze przeszyło powietrze i wbiło się we framugę drzwi, zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od głowy Maris. Nóż był czarny, ostry, z ozdobną, obsydianową rękojeścią, lecz nie dość sprężysty; złamał się przy zetknięciu z drzwiami.
Maris musiała wyglądać na przerażoną. Val uśmiechał się.
— Nigdy nie należał do mojego ojca — powiedział. — Mój ojciec nigdy niczego nie miał. Ukradłem ten nóż Arakowi.
Spojrzeli sobie w oczy i Val zaniósł się pełnym goryczy śmiechem.
— Pozbądź się go w moim imieniu, dobrze, jednoskrzydła?
Maris uśmiechnęła się i pochyliła, żeby zebrać połamane kawałki.
CZĘŚĆ TRZECIA
Upadek
Maris postarzała się w niespełna minutę.
Kiedy żegnała zwierzchnika Thayos, jeszcze czuła się młodo. Opuściwszy jego skalistą, ubogą siedzibę, szła w stronę morza wilgotnym, mrocznym tunelem wydrążonym w paśmie górskim. Kroczyła szybko, ze stożkowatą latarnią w dłoni i ze złożonymi skrzydłami na plecach. W jej uszach rozbrzmiewały echa rozmaitych dźwięków i powolne kapanie wody. Liczne kałuże sprawiły, że Maris przemoczyła buty i marzyła o szybkim wydostaniu się na powierzchnię.
Ujrzała niebo dopiero o zmierzchu. Przybrało barwę zgaszonego fioletu — tak ciemnego, że niemal przechodzącego w czerń; wyglądało jak gigantyczny, bolesny i krwawiący siniak. Wiatr był zimny i niesforny. Maris wyczuwała, że wkrótce rozpęta się straszliwa burza, dostrzegała jej oznaki w skłębionych chmurach. Zatrzymała się u podnóża nadgryzionych zębem czasu schodów, które prowadziły na nadmorską skałę, i rozważała powrót, zatrzymanie się na noc w bazie, odłożenie dalszej podróży do świtu.