Выбрать главу

Jednakże myśl o ponownej wędrówce przez długi tunel budziła w niej przerażenie. Nie potrafiła się cieszyć pobytem na wyspie. Thayos wywarła na Maris ponure wrażenie, a uprzejme zachowanie zwierzchnika, konieczne w relacjach z lotnikami, było tylko maską skrywającą brutalność i nieokrzesanie. Wiadomość, którą polecił przekazać, zawierała gniewne pogróżki zapowiadające wojnę. Maris dręczyły wyrzuty sumienia. Pragnęła jak najszybciej wypełnić zobowiązanie i zapomnieć o nim.

W końcu zgasiła latarnię i weszła na schody. Szła szybko, niecierpliwe stawiając duże kroki. Jej twarz była już pomarszczona, a włosy częściowo posiwiały, ale zachowała wdzięk i wigor dwudziestolatki.

Znalazłszy się na samej górze, na szerokim kamiennym podeście górującym nad morzem, rozłożyła skrzydła. Gdy odblokowała ostatnią rozporę, poczuła mocny podmuch wiatru. Fioletowe barwy burzy rzucały cień na srebrzystą, metaliczną powierzchnię skrzydeł, a promienie zachodzącego słońca zostawiały na nich jasnoczerwone smugi, które przypominały świeże, nabiegłe krwią rany.

Maris śpieszyła się. Pragnęła zdążyć przed burzą, wykorzystać pogodę do osiągnięcia zdwojonej szybkości. Obwiązała się mocniej paskami, po raz ostatni sprawdziła skrzydła i zacisnęła ręce na uchwytach. Dwoma szybkimi krokami odbiła się od skały, tak jak to robiła niezliczoną ilość razy. Wiatr był jej starym i wiernym kochankiem. Rzuciła się w jego objęcia i poleciała.

Na horyzoncie ujrzała błyskawicę, potrójnie rozgałęzioną strzałę oświetlającą wschodnie niebo. Tymczasem wiatr osłabł. Maris obniżyła się, przechyliła i zmieniła kierunek lotu. Starała się natrafić na silniejszy podmuch, lecz nagle, niczym smagnięcie bicza, zaatakowała ją burza. Ni stąd, ni zowąd zerwał się potężny wiatr, a gdy usiłowała polecieć wraz z nim, zmienił kierunek. Powtórzyła ten manewr kilkakrotnie, ale bez skutku. Deszcz siekł ją po oczach, błyskawice oślepiały, czuła dudnienie w uszach.

Sztorm zepchnął Maris do tyłu, a potem zmusił ją do przekoziołkowania, jakby była zabawką. Była bezradna jak listek na wietrze — poniewierana i miotana to w jedną, to w drugą stronę. W końcu poczuła mdłości i zawroty głowy i uświadomiła sobie, że spada. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła gwałtownie zbliżającą się ku niej górę, ogromną ścianę ze śliskiego, mokrego kamienia. Usiłowała się cofnąć, lecz gwałtowny wiatr umożliwił jej jedynie lekki obrót. Lewe skrzydło Maris otarło się o skałę i opadło. Przewróciła się na bok i zaczęła krzyczeć. Wprawdzie próbowała lecieć na jednym skrzydle, ale wiedziała, iż jej wysiłek jest skazany na niepowodzenie, a poza tym oślepiał ją deszcz. W ostatnim przebłysku świadomości zrozumiała, że za chwilę umrze.

Morze zagarnęło ją, zniszczyło i wypluło. Została odnaleziona następnego dnia, na skalistej plaży trzy mile od miejsca, z którego startowali lotnicy Thayos. Była ciężko ranna i nieprzytomna, ale żyła.

Kiedy ocknęła się po kilku dniach, była stara.

Podczas pierwszego tygodnia rzadko odzyskiwała przytomność, a jeśli nawet do tego dochodziło, pamiętała niewiele: ból towarzyszący jej ciągle, nawet gdy się nie poruszała, budzenie się i zasypianie. Spała większość czasu, a sny wydawały jej się realne w równym stopniu co ustawiczny ból. Pokonywała długie podziemne tunele, szła pomimo straszliwie obolałych nóg, lecz nie mogła znaleźć schodków, które zaprowadziłyby ją ku niebu. Jej spadanie ciągnęło się w nieskończoność, jej siła i talent nie miały znaczenia wobec bezwietrznej pogody. Stawała przed setkami ludzi podczas rady i przedstawiała swoje argumenty, lecz jej słowa brzmiały zbyt niewyraźnie i cicho, by zebrani chcieli ich słuchać.

Maris czuła, że jest jej gorąco, strasznie gorąco, i nie może się ruszać. Ktoś zabrał jej skrzydła i spętał ręce i nogi. Usiłowała zerwać się z miejsca, przemówić. Przecież musiała polecieć, żeby przekazać pilną wiadomość. Nie była w stanie się poruszyć ani odezwać, nie wiedziała, czy ma na policzkach krople deszczu czy łzy. Ktoś otarł jej twarz i przygotował gęstą, gorzką ciecz do wypicia.

W pewnym momencie Maris zaczęła sobie uświadamiać, że leży na dużym łóżku, w pobliżu kominka, w którym zawsze płonie ogień, i jest przykryta ciężkimi futrami i kocami. Nadal było jej bardzo gorąco i próbowała się odkryć, ale bezskutecznie. Miała wrażenie, że w pokoju pojawiają się i znikają rozmaite osoby. Niektórych gości rozpoznawała — byli to jej przyjaciele — ale chociaż prosiła, by zdjęli z niej koce, nikt tego nie zrobił. Wydawało się, że w ogóle jej nie słyszą, lecz często siadali u wezgłowia i zagadywali do niej. Mówili o dawnych wydarzeniach w taki sposób, jakby działy się w teraźniejszości. Ten fakt dezorientował Maris, ale przecież wszystko wywoływało w niej dezorientację, toteż cieszyła się, że może przebywać w towarzystwie swoich przyjaciół.

W pokoju pojawiał się Coll, który wykonywał własne utwory. Był z nim Barrion, Barrion o serdecznym uśmiechu i głębokim, tubalnym głosie. Stara, ułomna Sena siadywała na brzegu posłania i w ogóle się nie odzywała. Raz przyszedł Kruk; był ubrany na czarno i wyglądał tak wspaniale i dumnie, że Maris znowu bolało serce od niewypowiedzianej miłości dla młodzieńca. Garth przynosił chorej gorący kivas, a potem zabawiał ją żartami, tak że śmiała się i zapominała o wypiciu napoju. W drzwiach stawał też często Val Jednoskrzydły, obserwując ją z charakterystyczną dla niego kamienną twarzą. S'Rella, jej ukochana przyjaciółka, przychodziła często i wspominała dawne czasy. Dorrel, jej pierwsza miłość i w dalszym ciągu dobry przyjaciel, zjawiał się regularnie, a jego obecność dodawała chorej otuchy w okresie, gdy odczuwała ból i miała mętlik w głowie. Przychodzili też inni: dawni kochankowie, o których myślała, że już nigdy ich nie zobaczy, rozmawiali z nią, błagali ją o coś, oskarżali, a potem znikali, nie odpowiedziawszy na żadne z jej pytań. Był wśród nich pulchny blondyn T'mar, który przynosił jej prezenty rzeźbione w kamieniu; był też Halland, pieśniarz, dobrze zbudowany, z czarną brodą — wyglądał tak samo jak wtedy, gdy mieszkali razem na Amberly Mniejszej. Przypomniała sobie, że ten mężczyzna zaginął na morzu, i zaczęła płakać tak rzewnymi łzami, że straciła go z oczu.

Odwiedził ją jeszcze jeden gość, nieznajomy mężczyzna. Nie był jej jednak zupełnie obcy: znała dotyk jego łagodnych, pewnych rąk i brzmienie melodyjnego głosu. W przeciwieństwie do innych gości podszedł do niej bardzo blisko, uniósł jej głowę i nakarmił gorącą zupą mleczną, korzenną herbatą i gęstym, gorzkim napojem, który sprowadzał na nią senność. Nie mogła sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach poznała tego człowieka, ale cieszyła się z jego obecności.

Był chudy i niski, ale muskularny. Blada skóra ciasno opinała mu kości i policzki i była usiana ciemnymi plamkami, charakterystycznymi dla starych ludzi. Nad wysokim czołem rosły zaczesane do tyłu, gęste, siwe włosy. Spod nastroszonych brwi, okolone siateczką malutkich zmarszczek, jaśniały intensywnie błękitne oczy. Przychodził do Maris często, lecz mimo to nie potrafiła sobie przypomnieć jego imienia.

Któregoś razu, gdy stał obok niej i uważnie na nią patrzył, Maris zdołała się otrząsnąć z półsnu i powiedziała mu, że jest jej bardzo gorąco, a następnie poprosiła go, aby zabrał koc.