Выбрать главу

Mężczyzna potrząsnął głową.

— Masz gorączkę — oznajmił. — W pokoju panuje chłód, a ty jesteś bardzo chora. Musisz być przykryta czymś ciepłym.

Zaskoczona, że widmo w końcu do niej przemówiło, Maris dźwignęła się trochę, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Jej ciało stawiało opór, a w lewym boku poczuła rozdzierający ból.

— Spokojnie — odezwał się tajemniczy gość. Położył zimne palce na jej czole. — Musisz poczekać, aż zrosną ci się kości. Masz, wypij to. — Uniósł jej głowę i przytknął do ust gładką, grubą krawędź filiżanki. Płyn miał znajomy, gorzki smak. Maris posłusznie go wypiła i opadła na poduszkę, czując, jak słabnie w niej napięcie i ból.

— Spij i niczym się nie przejmuj — powiedział starzec.

— Kim…? — wydusiła z trudem.

— Nazywam się Evan — oświadczył. — Jestem uzdrowicielem. Opiekuję się tobą od paru tygodni. Dochodzisz do siebie, ale wciąż jesteś bardzo słaba. Musisz teraz dużo spać i oszczędzać siły.

— Od paru tygodni — powtórzyła. Te słowa wprawiły ją w popłoch. Musiała być strasznie chora, bardzo poraniona, skoro spędziła tyle czasu w domu uzdrowiciela. — Gdzie? — wyjąkała.

Położył jej na ustach swoje mocne, cienkie palce, żeby nic nie mówiła.

— Na Thayos. Na razie wystarczy tych pytań. Opowiem ci o wszystkim później, kiedy się wzmocnisz. A teraz śpij. Pozwól, żeby twoje ciało leczyło się samo.

Maris przestała walczyć z ogarniającą ją sennością. Przecież uzdrowiciel powiedział, że wraca jej zdrowie i musi oszczędzać siły. Zapadając w drzemkę, miała tylko nadzieję, że już nie będzie śniła o krótkim, okropnym locie podczas burzy i straszliwym miażdżeniu swojego ciała.

Kiedy się przebudziła, stwierdziła, że w pokoju jest ciemno i tylko na kominku żarzą się węgle.

Usłyszawszy, że się poruszyła, Evan natychmiast do niej podszedł. Podsycił ogień, dotknął czoła Maris, a potem usiadł na jej łóżku.

— Gorączka ustąpiła — oznajmił — ale jeszcze nie jesteś zdrowa. Wiem, że chcesz się ruszać. Leżenie w bezruchu będzie trudne, ale nie masz innego wyjścia. Wciąż jesteś bardzo osłabiona i twoje ciało szybciej wróci do zdrowia, jeśli nie będziesz się przemęczać. Jeżeli nie możesz leżeć nieruchomo, będę ci musiał dać więcej tesisu.

— Tesisu? — zapytała. Miała wrażenie, że jej głos brzmi nienaturalnie. Zakaszlała, próbując oczyścić gardło.

— To ten gorzki napój, który uspakaja ciało i umysł, przynosi sen i odprężenie, a jednocześnie uśmierza ból. To bardzo skuteczny specyfik, zawiera mnóstwo leczniczych ziół, ale w nadmiarze może się okazać trujący. Musiałem ci go zaaplikować więcej, niż bym chciał, żebyś się nie ruszała. Krępowanie nic nie dawało — miotałaś się i wiłaś, pragnąc się uwolnić z więzów. Robiłaś wszystko, żeby twoje kości nie mogły się zrosnąć. Kiedy napiłaś się tesisu, zapadłaś w spokojny, uzdrawiający, bezbolesny sen, którego potrzebowałaś. Nie chcę jednak znowu poić cię tą miksturą. Będziesz odczuwała ból, ale myślę, że jakoś go wytrzymasz. Jeżeli nie, to jednak dam ci tego napoju. Czy rozumiesz mnie, Maris?

Spojrzała w jego jasnoniebieskie oczy.

— Tak — odparła. — Rozumiem. Spróbuję się nie ruszać. Przypominaj mi o tym.

Uśmiechnął się, co sprawiło, że jego twarz nagle odmłodniała.

— Będę ci przypominał — obiecał. — Jesteś przyzwyczajona do aktywnego trybu życia, ciągłego ruchu, latania i załatwiania spraw. Ale nie możesz nigdzie iść, żeby odzyskać siły — musisz leżeć tutaj, wykazać maksimum cierpliwości, inaczej nie wyzdrowiejesz.

Maris pokiwała głową, ale zaraz poczuł tępy, uporczywy ból w lewym boku.

— Nigdy nie byłam cierpliwa — przyznała.

— Wiem, ale słyszałem, że jesteś wytrzymała. Wykorzystaj tę cechę, a wówczas wrócisz do zdrowia.

— Musisz mi powiedzieć całą prawdę — rzekła Maris. Obserwowała twarz mężczyzny, usiłując wyczytać z niej odpowiedź. Czuła, jak strach rozlewa się po jej ciele niczym zimna trucizna. Żałowała, iż brakuje je sił, by usiąść i obejrzeć ręce i nogi.

— Powiem ci to, co wiem — odparł Evan.

Lęk ścisnął Maris za gardło. W końcu zdołała przemówić.

— Jak… jak ciężko jestem ranna? — wyszeptała. Zamknęła oczy, bojąc się spojrzeć na twarz uzdrowiciela.

— Byłaś okropnie poturbowana, ale żyjesz. — Pogładził ją po policzku, a wtedy otworzyła oczy. — Na skutek upadku złamałaś obie nogi, lewą aż w czterech miejscach. Złożyłem je i mam wrażenie, że zrastają się dobrze — zrastałyby się szybciej, gdybyś była młodsza, ale sądzę, że będziesz chodziła normalnie, nie utykając. Twoje lewe ramię zostało zmiażdżone, aż sterczała z niego kość. Myślałem, że trzeba będzie się zdecydować na amputację, ale w końcu jej nie przeprowadziłem. — Przycisnął swoje palce do jej ust: przypominało to pocałunek. — Oczyściłem je i przyłożyłem do niego wywar z ognistego kwiatu i innych ziół. Jeszcze długo będziesz odczuwała w tym miejscu sztywność, ale moim zdaniem nie doszło do uszkodzenia nerwu, toteż z czasem, dzięki odpowiednim ćwiczeniom, wzmocnisz lewe ramię i będziesz normalnie go używała. Kiedy spadłaś, złamałaś sobie dwa żebra i wyrżnęłaś głową o skały. Byłaś nieprzytomna przez trzy dni. Nie miałem pojęcia, czy kiedykolwiek odzyskasz świadomość.

— Tylko trzy złamane kończyny — odezwała się Maris. — Mimo wszystko niezłe lądowanie. — Po chwili zmarszczyła czoło. — Ta wiadomość…

Evan kiwnął głową.

— Powtarzałaś ją w swoich majaczeniach nieustannie, jak refren piosenki. Tak bardzo chciałaś ją przekazać. Ale nie musisz się martwić. Zwierzchnik został poinformowany o twoim wypadku i zdążył już przesłać wiadomość zwierzchnikowi Thrane za pośrednictwem innego lotnika.

— Jasne — mruknęła Maris. Nagle poczuła, że zdjęto z niej ogromny ciężar, którego rozmiarów nawet sobie nie uświadamiała.

— Taka pilna wiadomość — rzekł gorzko Evan. — Nie można było zaczekać na lepszą pogodę. Przez to natknęłaś się na burzę i zostałaś ranna. Ta eskapada mogła się skończyć twoją śmiercią. Wojna jeszcze nie wybuchła, a oni już ją zaczynają, nie zważając na życie ludzi.

Jego rozgoryczony ton zaniepokoił ją bardziej niż zagadkowe słowa o wojnie.

— Evan — powiedziała łagodnie. — Lotnik sam wybiera porę na latanie. Zwierzchnicy nie mają nad nami władzy. To chęć opuszczenia twojej ponurej wysepki sprawiała, że wystartowałam pomimo fatalnej pogody.

— A teraz moja ponura wysepka jest od jakiegoś czasu twoim domem.

— Jak długo? — zapytała. — Ile czasu upłynie, zanim będę mogła znowu latać?

Popatrzył na nią bez słowa.

Nagle Maris poczuła strach przed tym, co byłoby dla niej najgorsze.

— Moje skrzydła! — wykrzyknęła. Spróbowała się podnieść. — Utraciłam je?

Evan zareagował błyskawicznie: położył jej ręce na ramionach.

— Nie ruszaj się! — zawołał.

— Zapomniałam — wyszeptała. — Będę leżała spokojnie. — Całe ciało dygotało z bólu na skutek lekkiego wysiłku, który przed chwilą podjęła. — Proszę… Moje skrzydła?

— Mam je — odparł. Pokręcił głową. — Ach, wy lotnicy! Powinienem był wiedzieć — przecież leczyłem lotników. Należało powiesić ci te skrzydła nad łóżkiem, żebyś je zobaczyła zaraz po przebudzeniu. Zwierzchnik chciał zabrać skrzydła do naprawy, aleja uparłem się, żeby je zostawić tutaj. Zaraz ci je przyniosę. — Zniknął w sąsiednim pokoju. Wrócił po kilku minutach, ze skrzydłami w rękach.