Выбрать главу

Były poszarpane i połamane i źle się składały. Metaliczny materiał, z którego je wykonano, był jednak dosłownie niezniszczalny, lecz rozpory składały się ze zwykłego metalu i część z nich uległa roztrzaskaniu, a niektóre były zgięte i groteskowo powykręcane. Ich srebrną powierzchnię pokrywała skorupa brudu. Trzymane przez Evana skrzydła wydawały się całkowicie nieprzydatne.

Maris jednak wiedziała, że da sieje naprawić i jeszcze wzbije się na nich nad morzem. Ich widok bardzo ją pokrzepił. Były dla niej jak nowe życie: przypominały o czekającym ją lataniu.

— Dziękuję — powiedziała Evanowi, usiłując się nie rozpłakać.

Evan powiesił skrzydła na ścianie naprzeciw łóżka, żeby Maris mogła je oglądać, a potem powiedział:

— Doprowadzenie do porządku twojego ciała będzie trudniejsze. Potrwa o wiele dłużej, niżbyś sobie życzyła. To nie kwestia tygodni, ale miesięcy, i to wielu miesięcy, i nawet po upływie tego czasu nie mogę ci obiecać całkowitego wyzdrowienia. Połamałaś kości i naderwałaś mięśnie. Zważywszy na twój wiek, jest mało prawdopodobne, żebyś całkowicie odzyskała siły. Będziesz chodziła, ale co do latania…

— Będę latała. Moje nogi i żebra, i ręka zrosną się — spokojnie odparła Maris.

— Tak, myślę, że z czasem się zrosną. Ale to może nie wystarczyć. — Podszedł bliżej i wtedy zauważyła niepokój na jego twarzy. — Te obrażenia głowy… mogły źle wpłynąć na wzrok i poczucie równowagi.

— Przestań — powiedziała Maris. — Proszę cię. — Z jej oczu trysnęły łzy.

— Na razie jest za wcześnie — oświadczył Evan. — Bardzo mi przykro. — Pogładził ją po policzkach i otarł jej łzy. — Powinnaś odpoczywać i mieć nadzieję, a nie zamartwiać się. Potrzebujesz czasu, żeby się wzmocnić. Założysz skrzydła, ale dopiero gdy będziesz gotowa, to znaczy wtedy, gdy j a ci powiem, że jesteś gotowa.

— Szczur lądowy miałby mówić lotnikowi, kiedy można latać — mruknęła Maris z udaną pogróżką w głosie.

Jakoś wytrzymywała okres przymusowej bezczynności, ale wprawiał ją on w fatalny nastrój. W miarę upływu dni spała coraz mniej i zrobiła się niespokojna. Evan był przy niej przez większość czasu, pieszczotliwie namawiał do jedzenia, przypominał o konieczności leżenia i nieustannie z nią rozmawiał, żeby zająć jej umysł, ruchliwy, nawet gdy ciało zostało skazane na bezruch.

Evan okazał się znakomitym gawędziarzem. Sam uważał, że jest nie tyle uczestnikiem, ile obserwatorem wydarzeń; umiał patrzeć na życie z dystansem i miał zamiłowanie do szczegółów. Często doprowadzał Maris do śmiechu, a także skłaniał ją do myślenia. Czasami udawało mu się nawet dokonywać niemożliwej rzeczy: na parę chwil zapominała, iż jest cała połamana i przykuta do łóżka.

Na początku Evan opowiadał pacjentce o społeczeństwie Thayos. Odmalowywał je tak barwnie, że opisywane przezeń osoby stawały przed nią niemal jak żywe. Jednakże po jakimś czasie zajął się własną osobą i zaoferował Maris opowieść o swoim życiu, jak gdyby w zamian za zwierzenia, które mu czyniła, majacząc w chorobie.

Przyszedł na świat przed sześćdziesięciu laty, w niedostępnych lasach Thayos, wyspy na pomocnych obrzeżach Wschodu. Jego rodzice byli leśniczymi.

W lesie mieszkały też inne rodziny z dziećmi, które mogły stanowić towarzystwo do zabawy, lecz Evan od najmłodszych lat wolał spędzać czas samotnie. Lubił się chować w zaroślach, żeby obserwować nieśmiałe, brązowe żuki. Wyszukiwał miejsca, gdzie rosły najpiękniej pachnące kwiaty i najsmaczniejsze korzonki. Często przesiadywał na małej polance, trzymając kawałek starego chleba, i zachęcał ptaki, żeby sfrunęły mu na rękę.

Kiedy miał szesnaście lat, zakochał się w wędrownej akuszerce. Jani była drobną, opaloną kobietą, inteligentną, o ostrym języku. Żeby być blisko niej, Evan zaofiarował się, że będzie jej pomocnikiem. Z początku była rozbawiona jego zainteresowaniem, ale szybko go zaakceptowała, Evan zaś, uskrzydlony przez miłość, wiele się od niej nauczył.

W przeddzień wyjazdu Jani wyznał jej swoje uczucia. Powiedziała, że nie zostanie i nie weźmie go ze sobą — ani jako kochanka, ani jako przyjaciela, ani nawet jako pomocnika — aczkolwiek przyznała, że uczył się pilnie i ma zręczne ręce. Wyjaśniła, że zawsze podróżuje sama i nie zamierza tego zmieniać.

Po odejściu Jani Evan nadal rozwijał nowo nabyte umiejętności. Ponieważ najbliższy uzdrowiciel mieszkał w wiosce Thossi, do której szło się z lasu cały dzień, Evan nie musiał długo czekać na pacjentów. W końcu zgłosił się na ucznia do uzdrowicielki w Thossi. Wprawdzie mógł się zapisać do akademii dla lekarzy, ale to wiązałoby się z morską podróżą, a perspektywa rejsu po niebezpiecznych wodach niesłychanie go przerażała.

Kiedy nauczył się wszystkiego, co mogła mu przekazać uzdrowicielka, wrócił do lasu, żeby tam mieszkać i pracować. Nigdy się nie ożenił, ale nie zawsze żył samotnie. Kobiety zabiegały o jego względy — były wśród nich żony spragnione nie zobowiązującego kochanka, turystki, które przebywały w jego towarzystwie kilka dni lub miesięcy, pacjentki, które zostawały aż do wyleczenia się ze swej namiętności.

Maris słuchała łagodnego, aksamitnego głosu Evana i spoglądała na jego twarz tak wiele godzin, że znała ją równie dobrze jak jego dawne kochanki, i nie dziwiła się ich fascynacji.

Miał jasnoniebieskie oczy, zręczne, delikatne ręce, wysoko osadzone kości policzkowe i wydatny nos. Maris intrygowało jego życie emocjonalne. Czy rzeczywiście był tak zamknięty w sobie, jak się wydawało?

Pewnego dnia Maris przerwała mu opowieść o rodzinie wiewiórek, którą niedawno znalazł.

— Czyżbyś nigdy się nie zakochał? To znaczy, po Jani. Sprawiał wrażenie zdumionego.

— Tak, oczywiście. Opowiadałem ci o…

— Ale nie dość mocno, żeby zapragnąć małżeństwa?

— Czasami chciałem się ożenić. Na przykład z S'Rai — mieszkała tu ze mną prawie rok i byliśmy bardzo szczęśliwi. Prosiłem, żeby została. Ale ona miała swoje życie gdzie indziej. Nie chciała zostać ze mną w lesie i opuściła mnie.

— Dlaczego nie odszedłeś razem z nią? Nie prosiła cię o to?

Evan zrobił nieszczęśliwą minę.

— Tak. Chciała, żebym z nią wyjechał, ale po prostu jakoś nie wydawało się to wówczas możliwe.

— Nigdy nie byłeś w jakimś innym miejscu?

— Przemierzałem Thayos, ilekroć zachodziła taka potrzeba, znam ją jak własną kieszeń — odparł Evan, jakby się bronił. — A kiedy byłem młodszy, przez prawie dwa lata mieszkałem w Thossi.

— Cała Thayos jest taka sama — stwierdziła Maris, wzruszając zdrowym ramieniem. W tym momencie poczuła kłucie w lewym ramieniu, lecz zignorowała je. Pozwolono jej już siedzieć i obawiała się, że Evan odbierze jej ten przywilej, jeśli się przyzna do bólu. — Cała różnica to to, że w niektórych rejonach jest więcej drzew, a w innych przeważają skały.

Evan roześmiał się.

— Bardzo powierzchowny ogląd! Tobie wszystkie części lasu wydałyby się identyczne.

Uwaga była tak oczywista, że nie wymagała komentarza. Maris drążyła jednak uparcie poprzednią kwestię.

— Więc nigdy nie opuściłeś Thayos?

Evan skrzywił się.

— Raz — odparł. — Zdarzył się wypadek. Łódź rozbiła się o skały, a kobieta, która w niej płynęła, odniosła ciężkie obrażenia. Zabrano mnie tam kutrem rybackim. Podczas podróży dostałem takich mdłości, że prawie na nic się nie przydałem.

Maris uśmiechnęła się współczująco, ale pokręciła głową.

— Skąd możesz wiedzieć, że chcesz mieszkać tylko tutaj, skoro nie byłeś nigdzie indziej?