Выбрать главу

— Nie twierdzę, że to wiem, Maris. Mogłem stąd odpłynąć, mogłem rozpocząć całkiem inne życie. Ale wybrałem właśnie to miejsce i znam jego dobre i złe strony. Teraz jest już raczej za późno żałować utraconych możliwości. Jestem zadowolony ze swojego życia. — Wstał, na znak, że zakończył rozmowę. — Pora, żebyś się zdrzemnęła.

— Czy mogę…

— Możesz robić to, co chcesz, pod warunkiem że cały czas będziesz leżała bez ruchu na plecach.

Maris roześmiała się i przy jego pomocy znów się położyła. Zmiana pozycji przyniosła jej ulgę; siedzenie męczyło ją, ale za nic w świecie nie przyznałaby się do tego. Fakt, iż jej ciało wracało do sprawności w tak wolnym tempie, bardzo ją frustrował. Nie mogła też pojąć, dlaczego z powodu tych kilku złamanych kości tak łatwo się męczy. Przymknęła oczy i nasłuchiwała krzątaniny Evana, który doglądał ognia i sprzątał pokój.

Zaczęła o nim rozmyślać. Pociągał ją, a okoliczności naturalnie sprzyjały intymnemu kontaktowi. Jeszcze niedawno wyobrażała sobie, że gdy wyzdrowieje, może zostaną kochankami. Teraz, znając więcej szczegółów z jego życia, podchodziła do sprawy rozsądniej. Evan kochał i był opuszczany zbyt wiele razy. Lubiła tego mężczyznę i nie chciała go ranić, a przecież wiedziała, że gdy tylko znowu będzie mogła latać, prędzej czy później opuści Thayos i uzdrowiciela.

Już prawie zasypiając, doszła do wniosku, iż powinni pozostać przyjaciółmi. Będzie musiała obojętnie spoglądać na pogodne iskierki w błękitnych oczach Evana i zapomnieć, iż kiedykolwiek snuła fantazje,w których pojawiało się jego szczupłe, muskularne ciało i zręczne dłonie.

Uśmiechnęła się, ziewnęła i w końcu zasnęła. Śniło jej się, że uczy Evana, jak się lata.

Następnego dnia zjawiła się S'Rella.

Maris jeszcze się nie rozbudziła i z początku myślała, że śni. Do dusznego pokoju nagle wpadło świeże powietrze, w którym wyraźnie wyczuwało się zapach morskich wiatrów. Potem Maris podniosła głowę i ujrzała S'Relle stojącą w drzwiach ze skrzydłami przerzuconymi przez ramię.

Przez chwilę S'Rella wyglądała jak nieśmiała, drobna dziewczyna, którą była przed ponad dwudziestu laty, ale gdy spokojny uśmiech rozjaśnił jej ogorzałą, szczupłą twarz, podkreślił bruzdy wyryte na niej przez upływ czasu. Kiedy podeszła, rozpryskując słoną wodę, która kapała z jej skrzydeł i mokrego ubrania, duch S'Relli drewnianoskrzydłej całkowicie się rozpłynął i była już S'Rella z Veleth, doświadczoną lotniczką i matką dwóch dorosłych córek. Uścisk kobiet wypadł trochę niezręcznie ze względu na gipsowy opatrunek chroniący lewe ramię Maris, lecz było w nim mnóstwo gorących uczuć.

— Ruszyłam w drogę, jak tylko się dowiedziałam, Maris — powiedziała S'Rella. — Przykro mi, że musiałaś przebywać tutaj sama tak długo, ale komunikacja między lotnikami nie jest już tym, czym była, zwłaszcza w przypadku jednoskrzydłych. Kto wie, czy w ogóle bym się tu zjawiła, ale na szczęście musiałam przekazać wiadomość dla Shotanu Wielkiego, a potem postanowiłam odwiedzić Orle Gniazdo. Teraz dochodzę do wniosku, że był to z mojej strony dziwaczny kaprys; od ostatniego razu minęło chyba z pięć lat. Zastałam Corinę, która dopiero co przyleciała z Amberly i powiedziała mi, że jakiś wschodni lotnik przyniósł wieści o twoim wypadku. Wyruszyłam w drogę natychmiast. Tak się martwiłam… — Pochyliła się, omal nie zrzucając skrzydeł, żeby znowu objąć przyjaciółkę.

— Pozwól, że je powieszę — cicho odezwał się Evan.

S' Rella, prawie nie patrząc na mężczyznę, podała mu skrzydła. Całą uwagę skupiła na Maris.

— Jak… jak ty się czujesz? — zapytała.

Maris uśmiechnęła się. Zsunęła zdrową ręką koc i zaprezentowała dwie unieruchomione szyną nogi.

— Jak widzisz, są złamane, ale się zrastają. Tak przynajmniej twierdzi Evan. Żebra nie bolą mnie już prawie wcale. I jestem pewna, że można będzie ściągnąć mi z nóg te opatrunki — okropnie swędzą! — Nachmurzyła się i wyciągnęła z wazonu z kwiatami, który stal na stoliku przy łóżku, długą słomkę. Marszcząc brwi i koncentrując się, wsunęła słomkę między ciało i opatrunek. — To czasami pomaga, ale bywa, że jeszcze pogarsza sytuację, bo czuję łaskotki.

— A twoje ramię?

Maris wyczekująco spojrzała na Evana.

— Maris, nie próbuj stawiać mnie w niezręcznej sytuacji — rzekł. — Wiesz na ten temat tyle samo co ja. Sądzę, że twoje ramię zrasta się prawidłowo i nie wywiąże się kolejne zakażenie. Jeśli chodzi o nogi… Za dzień lub dwa będziesz mogła drapać się po nich do woli.

Maris aż lekko podskoczyła z radości, ale zaraz się zadyszała. Pobladła i z trudem przełknęła ślinę.

Evan zmarszczył czoło i zbliżył się do łóżka.

— Co się stało? Gdzie cię zabolało?

— Nigdzie — szybko odparła Maris. — Nigdzie. Po prostu poczułam się… trochę mnie zemdliło, to wszystko. Widocznie podrażniłam ramię.

Evan kiwnął głową, ale nie wyglądał na usatysfakcjonowanego.

— Zrobię herbatę — powiedział i zostawił dwie kobiety same.

— Teraz opowiedz mi nowiny — odezwała się Maris. — Ty wiesz już wszystko o mnie. Evan jest wspaniały, ale leczenie trwa bardzo długo, a ja czuję się tutaj tak strasznie odcięta od świata.

— To odległe miejsce — zgodziła się S'Rella. — I zimne — dodała.

Ludzie z Południa uważali, że wszędzie poza ich archipelagiem panuje chłód. Maris roześmiała się — to był ich stary dowcip — i uścisnęła rękę S'Relli.

— Od czego mam zacząć? — zagadnęła S'Rella. — Od dobrych wiadomości czy złych? Ploteczek czy polityki? To ty jesteś przykuta do łóżka, Maris. Co chciałabyś wiedzieć?

— Wszystko — odparła Maris — ale możesz zacząć od opowiedzenia mi o swoich córkach.

S'Rella uśmiechnęła się.

— S'Rena zdecydowała się poślubić Amo, chłopaka, który ma koncesję na sprzedaż pasztetów w dokach Garr. Ona ma tam jedyny kiosk z ciastami owocowymi, toteż postanowili połączyć swoje siły i przejąć kontrolę nad rynkiem artykułów spożywczych na wybrzeżu.

Maris wybuchnęła śmiechem.

— Wydaje się, że to bardzo rozsądna umowa.

— O, tak, małżeństwo z rozsądku — westchnęła S'Rella. — Wszystko podporządkowane interesom. W jej duszy nie ma ani krztyny romantyzmu. Czasem trudno mi uwierzyć, że S'Rena jest moją córką.

— Marissa ma romantyzmu za dwie. Co u niej?

— Och, wędruje. Zakochała się w śpiewaku. Od miesiąca nie mam od niej wiadomości.

Evan przyniósł dwa parujące kubki z herbatą, zaparzoną według specjalnego przepisu, i dyskretnie się usunął. Białe płatki w gorącym płynie wydzielały intensywny zapach.

— Masz jakieś wieści z Orlego Gniazda? — zapytała Maris.

— Tylko kilka, ale żadna nie jest pomyślna. Jamis zaginął podczas lotu z Geer na Shotan Mały. Lotnicy obawiają się, że wpadł do morza.

— Och, tak mi przykro — powiedziała Maris. — Nigdy go dobrze nie poznałam, ale ponoć był dobrym lotnikiem. Jego ojciec przewodniczył radzie lotników, gdy przyjęliśmy system akademii.

S'Rella skinęła głową.

— Lori z Varon już urodziła — ciągnęła — ale dziecko było chore i po tygodniu zmarło. Matka szaleje; Garret, oczywiście, też. A brat T'katin zginął podczas sztormu. Jak wiesz, był kapitanem statku handlowego. Powiadają, że sztorm zabrał całą flotę. Żyjemy w ciężkich czasach, Maris. Słyszałam, że na Lomarronie znowu toczy się wojna.

— Niedługo wojna może się rozpocząć i na Thayos — ponuro zauważyła Maris. — Nie masz żadnych optymistycznych wieści?