– Niewiele.
– To produkt uboczny. Powstaje przy rozszczepieniu uranu i plutonu. Po katastrofie w Czarnobylu do atmosfery przedostał się właśnie cez. Występuje w postaci proszku albo srebrzystego metalu. Kiedy przeprowadzano próby nuklearne na południowym Pacyfiku…
– Nie pytam o szczegóły naukowe. Szczegóły naukowe mnie nie obchodzą. Powiedz mi, z czym tu mamy do czynienia.
Brenner zastanowił się przez chwilę.
– Dobra – powiedział. – Materiał, o który nam chodzi, jest w kawałkach wielkości gumki do ołówka. Umieszcza się go w szczelnych tulejach ze stali nierdzewnej wielkości nabojów kalibru czterdzieści pięć. W leczeniu nowotworów ginekologicznych wprowadza się go na dokładnie obliczony czas do ciała kobiety – do macicy – żeby napromieniować guz. Krótkie dawki są podobno bardzo skuteczne. A zadanie takich ludzi jak Stanley Kent polega na ustaleniu okresu napromieniowania – na podstawie obliczeń fizycznych określają wymaganą dawkę. Potem pobierają cez ze szpitalnego sejfu i osobiście dostarczają onkologowi na salę operacyjną. Ten system jest po to, żeby lekarz miał jak najkrótszy kontakt z materiałem promieniotwórczym. Chirurg podczas zabiegu nie może nosić żadnej odzieży ochronnej, więc musi ograniczyć do minimum czas ekspozycji, rozumiesz, co mam na myśli?
Bosch przytaknął.
– Te tuleje chronią człowieka, który ma z nimi kontakt?
– Nie, jedynym zabezpieczeniem przed promieniowaniem gamma jest ołów. Sejf, w którym trzymają pojemniki z cezem, jest wyłożony ołowiem. Urządzenie do transportu tulei też jest z ołowiu.
– No dobra. Jak niebezpieczny może być ten materiał, gdyby wydostał się na zewnątrz?
Brenner odpowiedział po krótkim namyśle.
– Gdyby wydostał się na zewnątrz, wszystko zależy od ilości, dyspersji i lokalizacji. To są zmienne czynniki. Okres połowicznego rozpadu cezu wynosi trzydzieści lat. Na ogół przyjmuje się margines bezpieczeństwa równy dziesięciu okresom połowicznego rozpadu.
– Zaraz, bo się gubię. Jaki z tego wniosek?
– Taki, że zagrożenie promieniowaniem zmniejsza się o połowę co trzydzieści lat. Gdyby rozproszyć dużą ilość tego materiału w zamkniętej przestrzeni – na przykład na stacji metra albo w biurowcu – wtedy obiekt zostałby wyłączony z użytku na trzysta lat.
Słysząc to, Bosch osłupiał.
– A ludzie? – zapytał.
– To też zależy od dyspersji i jej opanowania. Promieniowanie o wysokim natężeniu mogłoby zabić człowieka w ciągu paru godzin. Ale gdyby izotop został rozproszony za pomocą bomby na stacji metra, przypuszczam, że ofiar takiego ataku byłoby niewiele. Nie chodzi tu jednak o liczbę ofiar śmiertelnych. Tym ludziom zależy na czynniku strachu. Do eksplozji dochodzi w jednym miejscu, ale fala strachu zalewa cały kraj. Pomyśl o takim Los Angeles. Nigdy nie byłoby już tym samym miastem co dawniej.
Bosch skinął tylko głową. Nie było tu nic więcej do powiedzenia.
6
Weszli do głównego holu kliniki św. Agaty i spytali recepcjonistkę o szefa ochrony. Oznajmiła im, że szef pracuje w ciągu dnia, ale postara się poszukać nocnego kierownika ochrony. Czekając na niego, usłyszeli helikopter lądujący na długim trawniku przed centrum medycznym, a po chwili do szpitala wkroczył czteroosobowy zespół radiologiczny. Każdy z jego członków miał na sobie ubranie ochronne i trzymał w ręku osłonę twarzy. Dowódca grupy – z plakietką z nazwiskiem KYLE REID – miał ręczny monitor promieniowania.
Wreszcie, po dwukrotnym ponagleniu kobiety w recepcji, w holu zjawił się mężczyzna, który wyglądał, jak gdyby właśnie ściągnięto go z łóżka. Powitał ich i przedstawił się jako Ed Romo. Nie potrafił oderwać wzroku od skafandrów przeciwpromiennych zespołu radiologicznego. Brenner mignął mu legitymacją i przejął dowodzenie. Bosch nie protestował. Wiedział, że znaleźli się na terytorium, na którym powinien pozwolić grać pierwsze skrzypce agentowi federalnemu, jeśli chciał, by śledztwo nie zwalniało tempa.
– Musimy sprawdzić, czy ilość materiału w gorącym laboratorium zgadza się ze spisem – powiedział Brenner. – Musimy też zobaczyć jakiś rejestr nazwisk czy danych kluczy magnetycznych, gdzie odnotowano, kto wchodził do laboratorium w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin.
Romo ani drgnął. Wahał się, jak gdyby próbując pojąć sens sceny rozgrywającej się przed jego oczami.
– O co chodzi? – spytał w końcu.
Brenner zrobił krok w jego stronę, stając tuż przed nim.
– Właśnie mówię – odparł. – Musimy wejść do laboratorium na onkologii. Jeżeli nie może nas pan tam zaprowadzić, proszę znaleźć kogoś innego, kto to zrobi. Natychmiast.
– Najpierw muszę zadzwonić – powiedział Romo.
– Dobrze. Niech pan dzwoni. Daję panu dwie minuty, ale potem będzie pan nam musiał zejść z drogi.
Wygłaszając tę groźbę, Brenner cały czas uśmiechał się i kiwał głową.
Romo wyciągnął telefon komórkowy i odsunął się od grupy, żeby zadzwonić. Brenner przepuścił go, spoglądając z gorzkim uśmiechem na Boscha.
– W zeszłym roku robiłem tu przegląd zabezpieczeń. Mieli zamykane laboratorium, sejf i to wszystko. Później wprowadzili lepszy system. Ale kiedy zbudujesz lepszą pułapkę na myszy, myszy stają się sprytniejsze.
Bosch skinął głową.
Po dziesięciu minutach Bosch, Brenner, Romo i członkowie zespołu radiologicznego wysiedli z windy w piwnicy kliniki. Szef Roma już jechał, lecz Brenner na niego nie czekał. Romo kartą magnetyczną otworzył drzwi laboratorium onkologicznego.
Pomieszczenie było puste. Przy wejściu Brenner znalazł listę inwentarzową oraz rejestr wejść i wyjść z laboratorium i zaczął czytać. Na biurku stał także monitor pokazujący obraz z kamery umieszczonej w sejfie.
– Był tu – powiedział Brenner.
– Kiedy? – zapytał Bosch.
– Z papierów wynika, że o siódmej.
Reid wskazał monitor.
– Rejestrujecie to? – spytał Roma. – Możemy zobaczyć, co Kent robił w środku?
Romo patrzył na monitor, jak gdyby zobaczył go pierwszy raz w życiu.
– Hm, nie, to tylko monitor – rzekł wreszcie. – Człowiek przy biurku ma widzieć, co się zabiera z sejfu.
Romo pokazał przeciwległy koniec laboratorium, gdzie znajdowały się duże stalowe drzwi. Na poziomie wzroku umieszczono trójlistny symbol ostrzegający przed promieniowaniem oraz tablicę:
UWAGA!
ZAGROŻENIE PROMIENIOTWÓRCZE
WSTĘP TYLKO W ODZIEŻY OCHRONNEJ
CIUDADO! PELIGRO DE RADIACIÓN
SE DEBE USAR EOUIPO DE PROTECTION
Bosch zauważył, że poza szczeliną na kartę magnetyczną drzwi są wyposażone w klawiaturę zamka cyfrowego.
– Tu jest napisane, że zabrał jedno źródło cezu – rzekł Brenner, nadal studiując rejestr. – Jedną tuleję. To przypadek poza tym szpitalem. Miał przetransportować cez do Centrum Medycznego Burbank na zabieg. Jest tu nazwisko pacjentki. Hanover. Według spisu w sejfie zostało trzydzieści jeden zasobników.
– To wszystko, czego potrzebujecie? – zapytał Romo.
– Nie – odrzekł Brenner. – Musimy osobiście skontrolować ilość materiału. Wejdziemy tam i otworzymy sejf. Jaki jest kod?
– Nie znam – powiedział Romo.
– A kto zna?
– Fizycy. Kierownik laboratorium. Szef ochrony.
– Gdzie jest szef ochrony?
– Mówiłem już. Zaraz przyjedzie.
– Dzwoń i przełącz na głośnik.
Brenner wskazał telefon na biurku. Romo usiadł. Włączył głośnik i z pamięci wstukał numer. Natychmiast odezwał się głos:
– Tu Richard Romo.
Ed Romo nachylił się nad telefonem, jakby zawstydzony odkryciem jawnego przypadku nepotyzmu.
– Ee, tato, mówi Ed. Ten człowiek z FBI…
– Pan Romo? – wtrącił Brenner. – Tu agent specjalny FBI John Brenner. Zdaje się, że przed rokiem rozmawialiśmy o szczegółach zabezpieczeń w klinice. Kiedy się pan tu zjawi?