– Za dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. Pamiętam…
– Za późno. Musimy zaraz otworzyć sejf w laboratorium, żeby ustalić jego zawartość.
– Nie może go pan otworzyć bez zgody szpitala. Nie obchodzi mnie, kto…
– Panie Romo, mamy powody przypuszczać, że zawartość sejfu dostała się w ręce ludzi, którzy nie przejmują się interesem ani bezpieczeństwem Amerykanów. Musimy otworzyć sejf, żeby dokładnie wiedzieć, co tam jest i czego brakuje. Nie będziemy czekać dwadzieścia minut. Proszę posłuchać, wylegitymowałem się pańskiemu synowi, a w laboratorium jest ze mną zespół ochrony radiologicznej. Musimy działać, proszę pana. Jak mam otworzyć sejf?
W głośniku na parę chwil zapadła cisza. Wreszcie Richard Romo ustąpił.
– Ed, dzwonisz z dyżurki w laboratorium, tak?
– Tak.
– Dobra, otwórz biurko i wysuń dolną szufladę po lewej.
Ed Romo odsunął krzesło i przyjrzał się biurku. Górna szuflada z lewej strony była zaopatrzona w zamek, który najwidoczniej zwalniał blokadę wszystkich trzech szuflad. w- Którym kluczem? – zapytał Ed.
– Chwileczkę.
W głośniku rozległ się brzęk kluczy.
– Spróbuj czternaście czternaście.
Ed Romo zdjął z pasa pęk kluczy i odnalazł klucz oznaczony numerem 1414. Następnie wsunął go do zamka szuflady i przekręcił. Dolna szuflada została odblokowana.
– Gotowe.
– W szufladzie jest segregator. Otwórz go i znajdź kartkę z listami kodów do sejfu. Kombinacja zmienia się co tydzień.
Trzymając segregator, Romo zaczął go otwierać pod takim kątem, by nikt poza nim nie mógł widzieć jego zawartości. Brenner wyciągnął rękę i bezceremonialnie odebrał mu segregator. Położył go przed sobą na biurku, otworzył i zaczął przerzucać protokoły bezpieczeństwa.
– Gdzie to jest? – rzucił niecierpliwie do telefonu.
– Powinno być z tyłu. U góry jest wyraźnie zaznaczone, że to lista kodów do laboratorium gorącego. Ale jest mały haczyk. Trzeba użyć zeszłotygodniowego kodu. Kombinacja z tego tygodnia nie pasuje. Niech pan użyje kodu z zeszłego.
Brenner znalazł właściwą stronę i przesunął palec po kolumnie cyfr, natrafiając na kod z poprzedniego tygodnia.
– Dobra, mam. A jak otworzę drzwi samego sejfu?
Richard Romo poinformował go z samochodu:
– Jeszcze raz użyje pan karty magnetycznej i innego kodu. Ten akurat znam, bo się nie zmienia. Sześć sześć sześć.
– Oryginalnie.
Brenner wyciągnął rękę do Eda Romo.
– Niech mi pan da swoją kartę.
Romo spełnił polecenie, a Brenner podał magnetyczny klucz Reidowi.
– Idź, Kyle – rozkazał Brenner. – Wstukaj kod pięć sześć jeden osiem cztery, a resztę słyszałeś.
Reid odwrócił się i wskazał jednego z mężczyzn w skafandrach ochronnych.
– Będzie ciasno. Wejdę tylko z Millerem.
Dowódca i wybrany przez niego członek zespołu nałożyli osłony na twarz i za pomocą karty oraz cyfrowego kodu otworzyli sejf. Miller wziął monitor promieniowania i obaj weszli do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
– Wie pan, ludzie, którzy tu wchodzą, nigdy nie zakładają skafandrów kosmicznych – odezwał się Ed Romo.
– Cieszę się – odparł Brenner. – Dzisiaj mamy jednak trochę inną sytuację, nie sądzi pan? Nie wiadomo, co czyha na nas za tymi drzwiami.
– Tak tylko mówię – bronił się Romo.
– W takim razie bądź łaskaw nic nie mówić, synu. Daj nam robić, co do nas należy.
Obserwując obraz na monitorze, Bosch szybko zauważył lukę w systemie zabezpieczeń. Kamera była zamontowana u góry, ale gdy Reid pochylił się, by wstukać kod na klawiaturze sejfu z materiałami, zasłonił ją ciałem przed obiektywem kamery. Jeśli nawet Kent był obserwowany przez dyżurującego ochroniarza, kiedy wszedł do laboratorium o siódmej poprzedniego wieczoru, bez trudu mógł ukryć to, co stamtąd wynosił.
Niecałą minutę po otwarciu sejfu dwaj mężczyźni w ubraniach przeciwpromiennych wyszli zza stalowych drzwi. Brenner wstał. Agenci zdjęli maski, a Reid popatrzył na Brennera. Pokręcił głową.
– Sejf jest pusty – powiedział.
Brenner wyciągnął z kieszeni telefon. Zanim jednak wybrał numer, Reid podszedł do niego, podając mu kartkę papieru wyrwaną z kołonotatnika.
– Zostało tylko to – dodał.
Bosch ponad ramieniem Brennera spojrzał na kartkę. Nagryzmolono na niej długopisem wiadomość, którą trudno było odcyfrować. Brenner odczytał ją na głos.
– „Siedzą mnie. Jeżeli tego nie zrobię, zabiją moją żonę. Trzydzieści dwa źródła cezu. Niech mi Bóg wybaczy. Nie mam wyboru".
7
Bosch i agenci federalni milczeli. W laboratorium onkologicznym zapanowała niemal wyczuwalna atmosfera grozy. Właśnie potwierdzono podejrzenia, że Stanley Kent zabrał z sejfu w klinice św. Agaty trzydzieści dwa zasobniki cezu i najprawdopodobniej przekazał je nieznanym sprawcom, którzy potem wykonali na nim egzekucję w punkcie widokowym na Mulholland.
– Trzydzieści dwa pojemniki z cezem – powiedział Bosch. – Ile to może wyrządzić szkód?
Brenner posłał mu ponure spojrzenie.
– Trzeba będzie spytać naukowców, ale moim zdaniem zupełnie by wystarczyło – odrzekł. – Jeśli ktoś chce w ten sposób nadać wiadomość, może być pewien, że będzie czytelna dla wszystkich.
Nagle Bosch pomyślał o czymś, co zupełnie nie pasowało do ujawnionych właśnie faktów.
– Chwileczkę – powiedział. – Dawkomierze na rękach Stanleya Kenta pokazywały, że nie miał kontaktu z materiałem radioaktywnym. Jak to się mogło stać, że zabrał stąd cały cez i te obrączki nie zapaliły mu się jak lampki choinkowe?
Brenner lekceważąco pokręcił głową.
– Na pewno skorzystał ze świni.
– Z czego?
– Tak się nazywa urządzenie do transportu. Wygląda jak ołowiane wiadro do mopa na kółkach. Oczywiście szczelnie zamykane. Jest ciężkie i niskie – jak świnia. Dlatego nazwali je świnią.
– I mógł ot tak sobie wejść i wyjść z czymś takim?
Brenner pokazał leżącą na biurku podkładkę z listą.
– Transport źródeł izotopowych wykorzystywanych w terapii nowotworów z jednego szpitala do drugiego to całkiem normalna rzecz – powiedział. – Kent wpisał jedno źródło, ale zabrał wszystkie. To już nie była normalna rzecz, ale kto by otwierał świnię i sprawdzał?
Bosch przypomniał sobie wgłębienia w wykładzinie bagażnika porsche. Samochodem przewożono coś ciężkiego. Teraz już wiedział, co to było, i wiedział, że mają jeszcze jeden dowód potwierdzający najgorszy możliwy scenariusz.
Bosch pokręcił głową, a Brenner wziął to za niemy komentarz na temat zabezpieczenia laboratorium.
– Coś ci powiem – rzekł agent. – Zanim w zeszłym roku poprawiliśmy im system bezpieczeństwa, każdy w lekarskim kitlu mógł tu wejść i wyciągnąć z sejfu co mu się żywnie podobało. O żadnych zabezpieczeniach nie było mowy.
– Nie miałem na myśli systemu zabezpieczeń. Chciałem…
– Muszę zadzwonić – przerwał mu Brenner.
Odszedł na bok i wyciągnął telefon. Bosch także postanowił zadzwonić. Znalazł ustronny kąt i wybrał numer swojego partnera.
– To ja, Ignacio.
– Harry, mów mi Iggy. Co u ciebie?
– Nic dobrego. Kent opróżnił sejf. Cały cez zniknął.
– Żartujesz sobie? To ten materiał, z tego można zrobić brudną bombę?
– Ten. Chyba dał im tyle, że mogłoby wystarczyć. Jesteś jeszcze na miejscu?
– Tak. Słuchaj, mam dzieciaka, który być może jest świadkiem.
– Co to znaczy „być może"? Kto to jest, sąsiad?