Выбрать главу

– Nie, to trochę pokręcona historia. Wiesz, że stoi tam dom, którego właścicielką była podobno Madonna?

– Tak.

– No więc była, ale już nie jest. Poszedłem tam zapukać i facet, który tam mieszka, powiedział mi, że niczego nie widział ani nie słyszał – to samo mówią mi w każdym domu. W każdym razie zbieram się już do wyjścia i nagle widzę tego gościa chowającego się za drzewami w donicach na dziedzińcu. Wyciągam broń i wzywam wsparcie, rozumiesz, myślę, że to może być nasz kiler z punktu widokowego. Ale okazuje się, że nie. To dzieciak – ma dwadzieścia lat i właśnie przyjechał z Kanady. Myśli, że w tym domu ciągle mieszka Madonna. Ma przy sobie mapę z zaznaczonymi rezydencjami gwiazd, z której wynika, że to jej dom. Próbował ją podglądać, śledzić czy coś w tym rodzaju. Przelazł przez mur, żeby się dostać na dziedziniec.

– Widział strzelaninę?

– Twierdzi, że niczego nie widział i nie słyszał, ale sam nie wiem, Harry. Wydaje mi się, że mógł się kręcić pod domem Madonny, kiedy kropnęli Kenta. Potem się schował i próbował przeczekać. Tyle że go znalazłem.

Bosch czegoś tu nie rozumiał.

– Po co miałby się chować? Dlaczego po prostu stamtąd nie zwiał? Przecież ciało znaleźliśmy dopiero trzy godziny po morderstwie.

– Tak, wiem. To akurat zupełnie nie ma sensu. Może się bał albo myślał, że jeżeli ktoś go widział w pobliżu ciała, zostanie podejrzanym.

Bosch pokiwał głową. Całkiem możliwe.

– Zatrzymałeś go za wtargnięcie na teren prywatny?

– Tak. Rozmawiałem z facetem, który kupił dom od Madonny, i zgodził się nam pomóc. Jeżeli będzie trzeba, wniesie skargę. Więc nie musisz się martwić, możemy przytrzymać chłopaka i trochę nad nim popracować.

– Dobrze. Zabierz go do centrum, wsadź do pokoju i zrób mu małą rozgrzewkę.

– Załatwione, Harry.

– Ignacio, tylko nikomu nie mów o cezie.

– Dobra, nie powiem.

Bosch rozłączył się, zanim Ferras zdążył znowu wtrącić, żeby mówił mu Iggy. Zaczął słuchać końcówki rozmowy Brennera. Nie miał wątpliwości, że agent nie zadzwonił do Walling. Jego zachowanie i ton szacunku w głosie zdradzały, że rozmawia z szefem.

– Według rejestru o siódmej – mówił. – Przekazanie materiału w punkcie widokowym musiało nastąpić około ósmej, czyli w tym momencie mają sześć i pół godziny przewagi.

Brenner przez chwilę słuchał, po czym usiłował odpowiedzieć, ale za każdym razem rozmówca nie dopuszczał go do głosu.

– Tak jest – rzekł wreszcie. – Tak jest. Już startujemy.

Zamknął telefon i spojrzał na Boscha.

– Wracam helikopterem. Muszę poprowadzić telekonferencję z Waszyngtonem i złożyć raport. Wziąłbym cię ze sobą, ale chyba lepiej będzie, jeżeli poprowadzisz śledztwo z ziemi. Później przyślę kogoś po swój samochód.

– Nie ma sprawy.

– Twój partner znalazł świadka? Dobrze słyszałem?

Bosch zdziwił się, jak Brenner zdołał to wychwycić, sam rozmawiając przez telefon.

– Możliwe, ale to jeszcze nic pewnego. Jadę do centrum, żeby się tym zaraz zająć.

Brenner z poważną miną skinął głową i podał Boschowi wizytówkę.

– Gdybyś miał coś nowego, dzwoń. Tu są wszystkie moje namiary. Jeżeli cokolwiek się zdarzy, dzwoń.

Bosch wziął wizytówkę i włożył do kieszeni. Następnie razem z agentami opuścił laboratorium, a kilka minut później przyglądał się, jak śmigłowiec federalnych wzbija się w ciemne niebo. Wsiadł do samochodu i wyjechał z parkingu przed kliniką, kierując się na południe. Przed zjazdem na autostradę zatankował na stacji przy San Fernando Road.

Ruch w stronę centrum miasta był niewielki, Bosch mógł więc utrzymywać stałą prędkość stu dwudziestu na godzinę. Włączył odtwarzacz i na chybił trafił wybrał płytę. Już po pięciu nutach pierwszego utworu poznał, że to japoński album kontrabasisty Rona Cartera. Płyta świetnie nadawała się dojazdy, więc podkręcił dźwięk.

Muzyka pomogła mu uporządkować myśli. Bosch zdawał sobie sprawę, że śledztwo zmienia kierunek. Federalni przynajmniej zamiast morderców szukali cezu. Była to subtelna różnica, choć zdaniem Boscha bardzo ważna. Wiedział, że musi skupić uwagę na tym, co się zdarzyło na punkcie widokowym, ani na moment nie zapominając o fakcie, że to śledztwo w sprawie morderstwa.

– Jeżeli znajdą się zabójcy, znajdzie się cez – powiedział głośno.

Gdy dotarł do centrum, skręcił z autostrady w Los Angeles Street i zatrzymał wóz na głównym parkingu przed centralą policji. O tej porze nikt nie będzie się przejmował, że nie jest VIP-em ani członkiem kadry kierowniczej.

Budynek Parker Center chylił się ku ruinie. Przed prawie dziesięciu laty zapadła decyzja o budowie nowej siedziby policji, lecz z powodu licznych opóźnień natury politycznej i budżetowej inwestycja dopiero ruszała z miejsca. Tymczasem robiono niewiele, by uchronić obecną siedzibę przed całkowitym rozpadem. Wprawdzie budowa nowego gmachu już trwała, ale do jej ukończenia zostało około czterech lat. Wielu pracowników Parker Center zastanawiało się, czy stary budynek jeszcze tyle wytrzyma.

Biuro wydziału rabunków i zabójstw na trzecim piętrze było puste. Bosch wyciągnął komórkę i zadzwonił do swojego partnera.

– Gdzie jesteś?

– Cześć, Harry. Jestem w kryminalistyce. Wezmę co się da, żeby zacząć księgę morderstwa. Przyjechałeś do biura?

– Właśnie wszedłem. Gdzie masz świadka?

– Smaży się w dwójce. Chcesz z nim sam zacząć?

– Byłoby dobrze, gdyby przycisnął go ktoś, kogo jeszcze nie widział. Ktoś starszy.

To była delikatna sugestia. Potencjalnego świadka znalazł Ferras. Bosch nie zamierzał go przesłuchiwać bez przynajmniej milczącej zgody partnera. Sytuacja nakazywała jednak, aby tak istotne przesłuchanie przeprowadził ktoś z doświadczeniem Boscha.

– Weź go w obroty, Harry. Jak wrócę, usiądę przy monitorze w pokoju obok. Gdybyś mnie potrzebował, daj znak.

– W porządku.

– Gdybyś miał ochotę, w gabinecie kapitana jest kawa.

– To dobrze, przyda mi się trochę kofeiny. Ale najpierw powiedz mi coś o świadku.

– Nazywa się Jesse Mitford. Z Halifaksu. Taki włóczykij. Powiedział mi, że przyjechał tu autostopem i nocuje w schroniskach, a czasem na wzgórzach – kiedy jest w miarę ciepło. Nic więcej nie wiem.

Mało, ale to był dopiero początek.

– Może zamierzał spać pod domem Madonny. Dlatego nie zwiał.

– Nie pomyślałem o tym, Harry. Możesz mieć rację.

– Na pewno go zapytam.

Bosch zakończył rozmowę, wyciągnął z szuflady biurka kubek i skierował się do gabinetu kapitana. W sekretariacie stał stolik z ekspresem. Kiedy Bosch przekroczył próg, w nozdrza uderzył go aromat świeżo parzonej kawy i już sam zapach dostarczył mu potrzebnej dawki energii. Napełnił kubek, wrzucił do koszyka dolara i wrócił na swoje miejsce.

Biurka w pomieszczeniu ustawiono w długich rzędach w taki sposób, że partnerzy siedzieli naprzeciw siebie. Taki układ nie pozwalał na żadną prywatność, ani zawodową, ani osobistą. W większości biur detektywów w mieście zainstalowano boksy z dźwiękoszczelnymi ściankami, lecz w Paker Center nie wydawano już ani grosza na modernizację, ponieważ budynek i tak czekała rozbiórka.

Bosch i Ferras dołączyli do wydziału niedawno, więc ich biurka znajdowały się na samym końcu rzędu, w pozbawionym okien kącie, gdzie była kiepska wentylacja i skąd mieli najdalej do wyjścia w razie ewakuacji na przykład w czasie trzęsienia ziemi.

Miejsce pracy Boscha było starannie wysprzątane, tak jak je zostawił. Na biurku jego partnera leżał plecak i plastikowa torebka na dowody. Bosch sięgnął najpierw po plecak. Otworzywszy go, zobaczył przede wszystkim ubrania i inne osobiste rzeczy należące do potencjalnego świadka. Znalazł także książkę Stephena Kinga „Bastion" i torebkę ze szczoteczką i pastą do zębów. Był to skromny dobytek świadczący o skromnym życiu.