Выбрать главу

– Wsiadł do samochodu i odjechał. Zostawił otwarty bagażnik porsche.

– I nie widziałeś nikogo więcej?

– Nikogo. Przysięgam.

– Opisz człowieka, którego widziałeś.

– Właściwie nie potrafię go opisać. Miał na sobie bluzę z kapturem. W ogóle nie widziałem jego twarzy. Po kapturem miał chyba jeszcze kominiarkę.

– Dlaczego tak sądzisz?

Mitford znów wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Tak mi się po prostu wydawało. Mogę się mylić.

– Był wysoki? Niski?

– Chyba średniego wzrostu. Może trochę niski.

– Jak wyglądał?

Bosch musiał spróbować jeszcze raz. To było ważne. Ale Mitford pokręcił głową.

– Nie widziałem go – powtórzył z uporem. – Jestem prawie pewien, że miał zasłoniętą twarz.

Bosch nie ustępował.

– Był biały, czarny? Z Bliskiego Wschodu?

– Nie mam pojęcia. Miał kaptur i kominiarkę, a ja byłem za daleko.

– Przypomnij sobie jego ręce, Jesse. Mówiłeś, że przedmiot, który przenosił z porsche do swojego samochodu, miał uchwyty. Widziałeś jego ręce? Jakiego koloru były jego ręce?

Mitford zastanowił się przez chwilę i nagle oczy mu rozbłysły.

– Nie widziałem dłoni, nosił rękawice. Dobrze pamiętam, bo to były takie duże rękawice, jakie mają ludzie pracujący przy pociągach w Halifaksie. Grube, z długimi mankietami, żeby chroniły przed oparzeniem.

Bosch skinął głową. Szukając jednej informacji, uzyskał inną. Rękawice ochronne. Ciekawe, czy to były specjalne rękawice przeznaczone do pracy z materiałem radioaktywnym. Uświadomił sobie, że zapomniał zapytać Alicii Kent, czy mężczyźni, którzy wtargnęli do jej domu, mieli rękawiczki. Miał nadzieję, że Rachel Walling ustaliła wszystkie szczegóły w trakcie dalszego przesłuchania.

Bosch zrobił pauzę. Czasem chwile milczenia są dla świadka najbardziej niepokojące. Cisza zaczyna wypełniać luki.

Ale Mitford się nie odzywał. Po chwili Bosch wrócił do pytań.

– No dobrze, mówiliśmy o dwóch samochodach zaparkowanych obok porsche. Opisz samochód, który podjechał tyłem do porsche.

– Naprawdę nie potrafię. Wiem, jak wygląda porsche, ale o tamtych samochodach nie umiem nic powiedzieć. Obydwa były znacznie większe, czterodrzwiowe.

– Porozmawiajmy o tym, który stał przed porsche. To był sedan?

– Nie znam tej marki.

– Nie, sedan to typ nadwozia, nie marka. Czterodrzwiowy, z wysuniętym bagażnikiem – taki jak radiowóz.

– Tak, tak wyglądał.

Bosch przypomniał sobie, co Alicia Kent mówiła o swoim skradzionym samochodzie.

– Wiesz, jak wygląda chrysler 300?

– Nie.

– Jaki kolor miał ten samochód?

– Nie jestem pewien, ale ciemny. Czarny albo granatowy.

– A drugi? Ten, który stał za porsche.

– Taki sam. Ciemny sedan. Trochę się różnił od tego z przodu -jakby trochę mniejszy. Hm… ale nie wiem, co to był za wóz. Przykro mi.

Chłopak zmarszczył brwi, jak gdyby nieznajomość marek i modeli samochodów była wadą charakteru.

– Nic się nie stało, Jesse, świetnie ci idzie – zapewnił go Bosch. -Bardzo nam pomagasz. Gdybym pokazał ci zdjęcia różnych sedanów, myślisz, że mógłbyś rozpoznać te samochody?

– Nie, nie widziałem ich zbyt wyraźnie. Na ulicy było za mało światła, a ja byłem za daleko.

Bosch pokiwał głową, lecz czuł się rozczarowany. Przez chwilę rozważał sytuację. Informacje uzyskane od Mitforda pokrywały się z wersją wydarzeń przedstawioną przez Alicię Kent. Intruzi musieli mieć jakiś środek transportu, aby dotrzeć do domu Kentów. Jeden odjechał stamtąd ich wozem, a drugi wziął chryslera Alicii Kent, aby przewieźć nim cez. Wydawało się to oczywiste.

W związku z tym nasunęło mu się kolejne pytanie.

– Dokąd odjechał ten drugi samochód?

– Też zawrócił i pojechał w dół zbocza.

– 1 to wszystko?

– Wszystko.

– Co potem zrobiłeś?

– Ja? Nic. Zostałem tam, gdzie byłem.

– Dlaczego?

– Bałem się. Byłem prawie pewien, że właśnie widziałem, jak zamordowano człowieka.

– Nie poszedłeś sprawdzić, czy żyje i czy nie trzeba mu pomóc?

Mitford odwrócił wzrok i pokręcił głową.

– Nie, za bardzo się bałem. Przykro mi.

– W porządku, Jesse. Nie musisz się tym przejmować. On już nie żył. Zanim padł na ziemię, był już martwy. Ciekawi mnie tylko, dlaczego tak długo się ukrywałeś. Dlaczego nie zszedłeś ze wzgórza? Dlaczego nie zadzwoniłeś pod dziewięćset jedenaście?

Mitford uniósł ręce i zaraz opuścił je na stół.

– Nie wiem. Chyba ze strachu. Wszedłem na wzgórze według mapy i to była jedyna droga powrotna, jaką znałem. Musiałbym przejść obok tej polanki i pomyślałem sobie, a co będzie, jeżeli w tym momencie zjawią się gliny? Mógłbym zostać głównym podejrzanym. Pomyślałem jeszcze, że gdyby to była robota mafii i gangsterzy dowiedzieliby się, że wszystko widziałem, mogliby mnie zabić czy coś.

Bosch skinął głową.

– Chyba w tej swojej Kanadzie oglądasz za dużo amerykańskiej telewizji. Nie przejmuj się. Zaopiekujemy się tobą. Ile masz lat, Jesse?

– Dwadzieścia.

– No więc co robiłeś pod domem Madonny? Nie jest dla ciebie trochę za stara?

– Nie, to nie tak. To dla mamy.

– Śledziłeś ją dla swojej mamy?

– Nie śledziłem. Chciałem tylko zdobyć dla mamy jej autograf, zapytać, czy nie dałaby mi zdjęcia czy czegoś takiego. Chciałem wysłać coś mamie, a nic dla niej nie mam. Wie pan, żeby wiedziała, że u mnie wszystko gra. Pomyślałem sobie, że gdybym jej powiedział, że spotkałem Madonnę, nie czułbym się jak taki… rozumie pan. W dzieciństwie słuchałem Madonny, bo moja mama jej słucha. Myślałem, że fajnie byłoby coś jej wysłać. Niedługo są jej urodziny, a ja nic dla niej nie mam.

– Po co przyjechałeś do Los Angeles, Jesse?

– Boja wiem. Po prostu wydawało mi się, że warto tu przyjechać. Miałem nadzieję zahaczyć się w jakimś zespole. Ale wygląda na to, że większość ludzi przyjeżdża tu już ze swoim zespołem. A ja nie mam swojego.

Bosch uznał, że Mitford pozuje na wędrownego trubadura, ale przy jego plecaku, który został w biurze, nie znalazł gitary ani żadnego innego instrumentu.

– Jesteś muzykiem czy śpiewasz?

– Gram na gitarze, ale parę dni temu musiałem ją zastawić w lombardzie. Odzyskam ją.

– Gdzie nocujesz?

– Teraz to właściwie nigdzie. Wczoraj chciałem się przespać na wzgórzach. Tak naprawdę to chyba dlatego nie uciekłem, gdy zobaczyłem, co zrobili z tamtym facetem. Nie miałem dokąd iść.

Bosch dobrze to rozumiał. Jesse Mitford nie różnił się od tysięcy innych, którzy co miesiąc przyjeżdżali do miasta autobusami albo autostopem. Mieli więcej marzeń niż planów czy pieniędzy. Więcej nadziei niż przebiegłości, zdolności czy inteligencji. Nie wszyscy, którym się nie udało, prześladowali tych, którzy odnieśli sukces, ale każdy był naznaczony piętnem determinacji. I niektórzy nigdy się go nie zdołali pozbyć, nawet gdy ich nazwiska opromieniły się sławą i kupili sobie domy na wzgórzach.

– Zróbmy sobie przerwę, Jesse – powiedział Bosch. – Muszę zadzwonić do kilku osób, a potem prawdopodobnie będziesz musiał jeszcze raz opowiedzieć wszystko od początku. Może być? Postaram się też znaleźć ci jakiś pokój w hotelu.

Mitford skinął głową.

– Myśl o samochodach i tym człowieku, którego widziałeś. Musisz sobie przypomnieć więcej szczegółów, Jesse.

– Próbuję, ale…

Zanim zdążył dokończyć, Bosch wyszedł na korytarz.

Włączył klimatyzator i ustawił temperaturę osiemnastu stopni. Wkrótce w pokoju przesłuchań zrobi się zimno i zamiast się pocić, Mitford zacznie marznąć – choć może nie, skoro pochodził z Kanady. Kiedy nieco ochłonie, Bosch zamierzał przycisnąć go jeszcze raz i sprawdzić, czy dowie się czegoś nowego. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta rano i do zapowiedzianego przez federalnych zebrania na temat sprawy pozostały jeszcze cztery godziny. Było sporo do zrobienia, ale miał dość czasu, by popracować nad Mitfordem.