– Ach, tak, papieros spalił się na popiół. Tamta agentka FBI poprosiła mnie, żebym go zebrał.
– Gdzie był?
– Znalazła go na spłuczce w łazience dla gości. Jak gdyby ktoś chciał się wysikać i odłożył fajkę, a potem o niej zapomniał. Papieros spalił się do końca i zgasł.
– Czyli znalazła sam popiół?
– Zgadza się. Została tylko szara gąsienica. Ale agentka chciała, żebyśmy go zabrali, mówiła, że w jej laboratorium będą mogli coś z tym…
– Chwileczkę, Buzz. Oddałeś jej dowód rzeczowy?
– No, tak jakby. Mówiła…
– Co to znaczy „tak jakby"? Oddałeś albo nie. Dałeś agentce Walling popiół z papierosa, który zebrałeś z mojego miejsca zdarzenia?
– Tak – przyznał Yates. – Ale nie bez zastrzeżeń i gwarancji, Harry. Powiedziała, że laboratorium federalnych może przeprowadzić analizę popiołu i ustalić rodzaj tytoniu, co z kolei pozwoli ustalić kraj pochodzenia. My takich cudów nie potrafimy, Harry. Nie mogliśmy nawet tego tknąć. Powiedziała, że to dowód istotny dla śledztwa, bo być może sprawcami są terroryści spoza kraju. No więc musiałem się zgodzić. Opowiadała, że kiedyś rozpracowała sprawę podpalenia, gdzie znaleźli drobinę popiołu z papierosa, od którego wybuchł pożar. Udało się im określić markę papierosów i powiązać ją z jednym z podejrzanych.
– A ty jej uwierzyłeś.
– No… tak, uwierzyłem.
– 1 dałeś jej mój dowód.
Bosch powiedział to zrezygnowanym tonem.
– Harry, to nie był twój dowód. Przecież wszyscy gramy w jednej drużynie, nie?
– Tak, Buzz, gramy.
Bosch odłożył słuchawkę i zaklął. Ferras spytał, co się stało, lecz jego partner zbył pytanie machnięciem ręki.
– Typowe federalne wciskanie kitu.
– Harry, zdążyłeś się trochę przespać przed wezwaniem?
Bosch spojrzał na siedzącego naprzeciw partnera. Doskonale wiedział, do czego Ferras zmierza, zadając to pytanie.
– Nie – odrzekł. – Nie spałem. Ale wkurzam się na FBI nie z powodu braku snu. Znam tę robotę dłużej, niż ty chodzisz po ziemi. Wiem, jak sobie poradzić z niewyspaniem.
Uniósł kubek z kawą.
– Zdrówko – dodał.
– Mimo to nie jest dobrze – odparł Ferras. – Niedługo zaczniesz lecieć z nóg, partnerze.
– Nie martw się o mnie.
– W porządku, Harry.
Bosch wrócił do rozmyślań o popiele.
– Co ze zdjęciami? – spytał Ferrasa. – Masz już zdjęcia z domu Kentów?
– Tak, gdzieś tu są.
Ferras przerzucił dokumenty na biurku, wyciągnął z nich teczkę z fotografiami i podał mu. Bosch szybko odnalazł trzy zdjęcia zrobione w łazience dla gości. Widok całej łazienki, ujęcie toalety, na którym był widoczny popiół na pokrywie spłuczki, oraz zbliżenie szarej gąsienicy, jak nazwał ją Buzz.
Bosch rozłożył na biurku trzy fotografie, ponownie wziął lupę i zaczął je studiować. Robiąc zbliżenie popiołu, fotograf położył na spłuczce linijkę, aby pokazać skalę ujęcia. Popiół miał prawie pięć centymetrów długości, prawie tyle co cały papieros.
– Zobaczyłeś już coś, Sherlocku? – zapytał Ferras.
Bosch uniósł głowę. Partner uśmiechał się do niego. Bosch nie odpowiedział uśmiechem, dochodząc do wniosku, że nie może już używać lupy nawet w obecności partnera, nie narażając się na docinki.
– Jeszcze nie, Watsonie – odparował.
Miał nadzieję, że to uciszy Ferrasa. Nikt nie chciał być Watsonem.
Oglądając zdjęcie toalety, zauważył podniesioną deskę sedesową. Oznaczało to, że z łazienki korzystał mężczyzna. Popiół z papierosa świadczył z kolei, że był to jeden z intruzów. Bosch przyjrzał się ścianie nad toaletą. Wisiała na niej niewielka fotografia w ramkach przedstawiająca zimowy krajobraz. Widok bezlistnych drzew i stalowoszarego nieba przywodził Boschowi na myśl Nowy Jork czy inne wschodnie okolice.
Zdjęcie przypomniało mu sprawę, którą zamknął przed rokiem, gdy pracował jeszcze przy sprawach otwartych i niewyjaśnionych. Podniósł słuchawkę i jeszcze raz zadzwonił do kryminalistyki. Kiedy zgłosił się Yates, Bosch poprosił do telefonu osobę, która zdejmowała odciski palców w domu Kentów.
– Chwileczkę – powiedział Yates.
Widocznie nadal był zły na Boscha z powodu wcześniejszej rozmowy, ponieważ nie spieszył się z wezwaniem technika. Bosch czekał cztery minuty, oglądając przez lupę zdjęcia z domu Kentów.
– Mówi Wittig – odezwał się w końcu kobiecy głos.
Bosch znał ją z poprzednich spraw.
– Andrea, tu Harry Bosch. Chcę cię zapytać o dom Kentów.
– O co konkretnie?
– Sprawdzałaś laserem łazienkę dla gości?
– Oczywiście. Tam, gdzie znaleźli popiół i sedes był otwarty? Tak, sprawdziłam.
– Było coś?
– Nie, nic. Wytarte do czysta.
– A ściana nad toaletą?
– Tak, też sprawdziłam. Nic nie znalazłam.
– Tylko tyle chciałem wiedzieć. Dzięki, Andrea.
– Powodzenia.
Bosch odłożył słuchawkę i spojrzał na fotografię popiołu. Coś w tym zdjęciu nie dawało mu spokoju, lecz nie był pewien co.
– Harry, dlaczego pytałeś o ścianę nad toaletą?
Bosch popatrzył na Ferrasa. Zostali partnerami między innymi po to, aby bardziej doświadczony detektyw mógł wprowadzać w arkana pracy śledczej niedoświadczonego detektywa. Bosch postanowił odłożyć na bok dowcipy o Sherlocku Holmesie i opowiedzieć mu dawną historię.
– Skojarzyłem to z pewną sprawą z Wilshire sprzed trzydziestu lat. Znaleziono utopioną w wannie kobietę i jej psa. W całym domu odciski palców zostały dokładnie wytarte, ale deska sedesowa była podniesiona. Stąd prowadzący śledztwo wiedzieli, że szukają mężczyzny. Toaleta też została wytarta do czysta, ale na ścianie za nią znaleźli odcisk dłoni. Facet musiał skorzystać i sikając, oparł się ręką o ścianę. Na podstawie wysokości odcisku ustalili jego wzrost. Domyślili się też, że jest leworęczny.
– Jak?
– Bo na ścianie był odcisk prawej dłoni. Doszli do wniosku, że facet zwykle trzyma fiuta ręką, którą lepiej się posługuje.
Ferras przytaknął skinieniem głowy.
– Czyli zidentyfikowali podejrzanego na podstawie odcisku dłoni?
– Tak, ale dopiero trzydzieści lat później. Zamknęliśmy sprawę w zeszłym roku, w otwartych i niewyjaśnionych. Wtedy w bankach danych nie było zbyt wielu odcisków dłoni. Kiedy ja i moja partnerka dostaliśmy tę sprawę, wrzuciliśmy odcisk do komputera. I trafiliśmy. Namierzyliśmy tego faceta w Ten Thousand Palms na pustyni i pojechaliśmy go zdjąć. Zanim zdążyliśmy go aresztować, wyciągnął broń i się zastrzelił.
– Kurczę. Czyli nie mieliście nawet okazji z nim pogadać.
– Właściwie nie. Ale byliśmy pewni, że to on. Popełnił samobójstwo na naszych oczach i wziąłem to za dowód winy.
– Nie, jasne. Chodzi mi tylko o to, że chętnie pogadałbym z tym gościem i spytał go, dlaczego zabił psa.
Bosch przez chwilę przyglądał się partnerowi.
– Gdyby się nam udało pogadać, chyba bardziej interesowałoby nas, dlaczego zabił tę kobietę.
– Tak, wiem. Zastanawiam się po prostu, dlaczego pies, rozumiesz?
– Chyba się bał, że pies mógłby go zidentyfikować. Wiesz, pies go znał i mógłby zareagować na jego zapach. Facet nie chciał ryzykować.
Ferras pokiwał głową na znak, że przyjmuje wyjaśnienie. Bosch właśnie to wymyślił. W trakcie śledztwa pytanie o psa w ogóle nie padło.
Ferras wrócił do pracy, a Bosch odchylił się na krześle, zastanawiając się nad szczegółami sprawy. Na razie sprowadzały się do gmatwaniny myśli i zagadek. Spośród nich na pierwszy plan wybijało się podstawowe pytanie: dlaczego Stanley Kent został zamordowany. Alicia Kent twierdziła, że napastnicy mieli twarze zasłonięte kominiarkami. Jesse Mitford mówił, że człowiek, który zabił Stanleya Kenta w punkcie widokowym, miał kominiarkę. Boschowi nasuwały się pytania: po co strzelać do Stanleya Kenta, jeśli ten nie potrafiłby nawet zidentyfikować sprawcy? I po co zakładać kominiarkę, jeśli od początku planowano go zabić? Przypuszczał, że nałożenie kominiarek było sztuczką, żeby dać Kentowi fałszywe poczucie bezpieczeństwa i skłonić go do współpracy. Ten wniosek też jednak budził wątpliwości.