Odpowiedziała mu cisza. Bosch dojeżdżał do baru „Denny's" na Sunset. Wjechał na parking i zatrzymał samochód. Przez okna zobaczył, że czynna przez całą dobę restauracja jest prawie pusta.
– Jesteś tam, Jack?
– Hm, tak, Harry, jestem. Słuchaj, to prawdopodobnie nie będzie konieczne, żebyś jechał do domu, a potem biura Kenta.
Bosch pokręcił głową. Wiedziałem, pomyślał.
– Wszystkich już zgarnęliście, co?
– Nie ja o tym decydowałem. W każdym razie o ile wiem, biuro było czyste, a wspólnika Kenta mamy u siebie i właśnie jest przesłuchiwany. Panią Kent sprowadziliśmy tu zapobiegawczo. Z nią też jeszcze rozmawiamy.
– Nie ty decydowałeś? To kto, Rachel?
– Nie zamierzam wdawać się w detale, Harry.
Bosch wyłączył silnik, zastanawiając się, jak zareagować.
– Wobec tego może powinniśmy pojechać z moim partnerem do centrum na to zebranie – powiedział w końcu. – To ciągle jest śledztwo w sprawie zabójstwa. I z tego, co wiem, wciąż je prowadzę.
Zanim Brenner odpowiedział, upłynęła długa chwila ciszy.
– Słuchaj, detektywie, sprawa przybiera poważniejsze rozmiary. Zostałeś zaproszony na konferencję na temat aktualnej sytuacji. Ty i twój partner. W trakcie spotkania dowiesz się, co pan Kelber miał nam do powiedzenia i kilku innych rzeczy. Jeżeli pan Kelber nadal będzie u nas, postaram się, żebyś mógł z nim porozmawiać. Również z panią Kent. Ale żeby wszystko było jasne, zabójstwo nie jest tu najważniejsze. Kwesta ustalenia mordercy Stanleya Kenta nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest odnalezienie cezu, a mamy już prawie dziesięć godzin spóźnienia.
Bosch doskonale o tym wiedział.
– Mam przeczucie, że jeżeli znajdziemy mordercę, znajdziemy cez – rzekł.
– Być może – odparł Brenner. – Ale doświadczenie pokazuje, że ten materiał błyskawicznie zmienia właściciela. Wędruje z ręki do ręki. Śledztwo musi się toczyć szybko. Nad tym właśnie pracujemy. Chcemy, żeby nabrało szybkości. I nie pozwolimy, żeby ktoś zwalniał jego tempo.
– Kmioty z policji.
– Wiesz, co mam na myśli.
– Jasne. Do zobaczenia o dziesiątej, agencie Brenner.
Bosch zamknął telefon i zaczął wysiadać. Gdy razem z Ferrasem przecięli parking i dochodzili do drzwi restauracji, partner zasypał go gradem pytań.
– Dlaczego skłamałeś mu o świadku, Harry? Co się dzieje? Po co tu przyjechaliśmy?
Bosch uspokajającym gestem uniósł ręce.
– Chwileczkę, Ignacio. Cierpliwości. Usiądziemy, napijemy się kawy, może coś przekąsimy i zaraz ci powiem, co się dzieje.
Mogli niemal swobodnie wybrać sobie miejsce. Bosch ruszył do stolika w rogu, z którego był widok na drzwi wejściowe. Kelnerka podeszła do nich dość szybko. Była to stara jędza o stalowoszarych włosach upiętych w ciasny kok. Nocna harówka u Danny'ego w Hollywood zgasiła życie w jej oczach.
– Harry, kopę lat – powiedziała.
– Cześć, Peggy. Chyba już dawno nie pracowałem nad sprawą przez całą noc.
– To witaj z powrotem. Co podać, tobie i twojemu znacznie młodszemu partnerowi?
Bosch puścił przytyk mimo uszu. Zamówił kawę, grzanki i średnio wysmażone jajka sadzone. Ferras zamówił omlet z białek i latte. Kiedy kelnerka z kpiącym uśmieszkiem poinformowała go, że jedno i drugie jest niewykonalne, musiał się zadowolić jajecznicą i zwykłą kawą. Gdy odeszła od ich stolika, Bosch odpowiedział na pytania Ferrasa.
– Wyłączają nas z gry – powiedział. – To się właśnie dzieje.
– Na pewno? Skąd wiesz?
– Bo zgarnęli żonę i wspólnika ofiary i dam sobie rękę uciąć, że nie pozwolą nam z nimi porozmawiać.
– Harry, powiedzieli ci to? Mówili, że nie będziemy mogli z nimi porozmawiać? Gra idzie o dużą stawkę. Chyba reagujesz trochę paranoicznie. Pochopnie wyciągasz…
– Doprawdy? Będziesz miał się okazję przekonać, partnerze. Na własne oczy.
– Idziemy na to zebranie o dziewiątej, nie?
– Podobno. Tyle że zostało przesunięte na dziesiątą. Prawdopodobnie zrobią z niego szopkę specjalnie dla nas. Niczego nam nie powiedzą. Zamydlą nam oczy i odstawią na boczny tor. „Wielkie dzięki, chłopaki, ale resztą zajmiemy się sami". Niech to sobie wsadzą. Chodzi o zabójstwo i nikt, nawet FBI, nie zabierze mi tej sprawy.
– Odrobinę zaufania, Harry.
– Ufam tylko sobie. Nikomu innemu. Już to przerabiałem. Wiem, czym to się kończy. Można by sobie pomyśleć, kogo to właściwie obchodzi? Niech prowadzą sprawę. Ale mnie bardzo to obchodzi. Nie wierzę, że porządnie to zrobią. Im zależy na cezie. Mnie na tych draniach, którzy przez dwie godziny terroryzowali Stanleya Kenta, a potem rzucili go na kolana i wpakowali mu dwie kulki w głowę.
– Różnica polega na tym, że chodzi o bezpieczeństwo państwa, Harry. O wyższe dobro. Wiesz, o dobro porządku.
Bosch odniósł wrażenie, jak gdyby Ferras cytował fragment podręcznika z akademii albo zbioru zasad jakiegoś tajnego stowarzyszenia. Nic go to nie obchodziło. Miał własne zasady.
– Dobro porządku zaczyna się od zastrzelonego faceta leżącego w punkcie widokowym. Jeżeli o nim zapomnimy, możemy zapomnieć o całej reszcie.
Zdenerwowany dyskusją z partnerem, Ferras wziął solniczkę i obracał ją w dłoniach, rozsypując sól na stoliku.
– Nikt o tym nie zapomina, Harry. Mam na myśli priorytety. Jestem pewien, że kiedy na zebraniu wyjdą konkrety, podzielą się z nami wszystkimi informacjami na temat zabójstwa.
Bosch czuł się coraz bardziej zirytowany. Próbował chłopaka czegoś nauczyć, lecz chłopak w ogóle nie słuchał.
– Powiem ci coś o wymianie informacji z federalnymi – rzekł. – Jeżeli chodzi o informacje, to FBI żre jak słoń, ale sra jak mysz. Nie rozumiesz? Nie będzie żadnego zebrania. Wymyślili je, żeby nas trzymać w garści do dziewiątej, teraz już do dziesiątej, żebyśmy cały czas wierzyli, że ciągle jesteśmy w drużynie. Ale kiedy się u nich zjawimy, znowu przełożą zebranie, potem jeszcze raz, aż w końcu machną nam przed nosem jakimś schematem organizacyjnym, z którego będzie wynikać, że jesteśmy w grze, podczas gdy naprawdę już nas wygryźli i uciekli tylnymi drzwiami.
Ferras kiwał głową, jak gdyby brał to sobie do serca. Kiedy się jednak odezwał, wydawało się, że nie usłyszał ani słowa.
– Mimo to sądzę, że nie powinniśmy ich okłamywać w sprawie świadka. Może się okazać dla nich bardzo cenny. A gdyby jego zeznania potwierdziły coś, o czym już wiedzą? Co nam szkodzi powiedzieć im, gdzie jest? Możliwe, że wyciągnęliby z niego coś więcej. Kto wie?
Bosch stanowczo pokręcił głową.
– Cholera, nie ma mowy. Jeszcze nie. Świadek jest nasz i go nie oddamy. Wymienimy go na udział w śledztwie i informacje albo zachowamy dla siebie.
Kelnerka przyniosła talerze, zerknęła na rozsypaną na stole sól, przeniosła wzrok na Ferrasa, a potem na Boscha.
– Harry, wiem, że jest młody, ale nie mógłbyś go lepiej wychować?
– Staram się, Peggy. Tylko ci młodzi w ogóle nie chcą słuchać.
– Może i tak.
Odeszła od stolika, a Bosch natychmiast zabrał się do jedzenia, trzymając w jednej ręce widelec, a w drugiej grzankę. Umierał z głodu i miał przeczucie, że niedługo coś się zacznie dziać. Nie wiadomo, kiedy następnym razem będą mieli czas na posiłek.
Był w połowie śniadania, gdy zobaczył czterech mężczyzn w ciemnych garniturach, wchodzących do restauracji zdecydowanym krokiem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że to federalni. Bez słowa rozdzielili się na dwójki i ruszyli w głąb sali.
W lokalu było około dziesięciu osób, w większości striptizerki ze swoimi chłopakami alfonsami, wracający do domu z klubów czynnych do czwartej, nocne towarzystwo Hollywood, które wrzucało coś na ruszt przed pójściem spać. Bosch spokojnie jadł dalej, przyglądając się, jak ludzie w garniturach przystają przy każdym stoliku, pokazują legitymacje i proszą o dokumenty. Ferras nie zauważył, co się dzieje, pochłonięty polewaniem jajecznicy sosem chili. Bosch pochwycił jego spojrzenie i ruchem głowy wskazał agentów.