Выбрать главу

Większość klientów siedzących w odległych punktach restauracji była zbyt zmęczona lub wstawiona, by protestować, więc posłusznie wyciągali dokumenty. Jakaś młoda kobieta z wygoloną z boku głowy literą Z zaczęła pyskować na dwóch agentów, lecz oni szukali mężczyzny, więc nie zwracając na nią uwagi, czekali, aż jej chłopak z identycznym Z na głowie pokaże im dowód tożsamości.

Wreszcie dwaj mężczyźni zbliżyli się do stolika w rogu. Z legitymacji wynikało, że są to agenci FBI Ronald Lundy i John Parkyn. Zignorowali Boscha, ponieważ był za stary, i poprosili Ferrasa o dowód tożsamości.

– Kogo szukacie? – zapytał Bosch.

– To sprawa rządowa, proszę pana. Musimy po prostu sprawdzić dokumenty.

Ferras otworzył portfel. Po jednej stronie miał legitymację ze zdjęciem, a po drugiej odznakę detektywa. Na ten widok agenci zamarli.

– Zabawne – powiedział Bosch. – Jeżeli zaglądacie w dokumenty, to znacie nazwisko. Przecież nie podałem agentowi Brennerowi nazwiska świadka. Naprawdę ciekawe. Czyżby przypadkiem wywiad taktyczny podrzucił nam jakąś pluskwę do biura albo komputera?

Lundy, który najwyraźniej dowodził akcją, spojrzał prosto w twarz Boscha. Miał oczy szare jak kamienie.

– A pan to kto? – zapytał.

– Też mam się wylegitymować? Dawno już nikt nie wziął mnie za dwudziestolatka, ale potraktuję to jako komplement.

Wyciągnął portfel z odznaką i zamknięty podał Lundy'emu. Agent otworzył go i bardzo uważnie obejrzał zawartość. Nie spieszył się.

– Hieronymus Bosch – odczytał z legitymacji. – Czy to nie był taki szurnięty malarz? A może pomyliło mi się z jedną z tych mend, o których czytałem w porannych raportach?

Bosch uśmiechnął się do niego.

– Niektórzy uważają tego malarza za mistrza okresu renesansu.

Lundy rzucił odznakę na talerz Boscha. Bosch nie dokończył jajek, ale na szczęście żółtka były za bardzo wysmażone.

– Nie wiem, co tu jest grane, Bosch. Gdzie jest Jesse Mitford?

Bosch wziął portfel i serwetką starł z niego resztki jajka. Nie spiesząc się, schował go do kieszeni i popatrzył na Lundy'ego.

– A kto to jest Jesse Mitford?

Lundy pochylił się, kładąc ręce na blacie.

– Dobrze wiesz, kto to jest. Musimy go zabrać.

Bosch skinął głową, jak gdyby doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.

– O Mitfordzie i innych rzeczach porozmawiamy na zebraniu o dziesiątej. Gdy tylko skończę przesłuchiwać żonę i wspólnika Kenta.

Lundy posłał mu uśmiech, w którym nie było cienia wesołości ani życzliwości.

– Wiesz co, stary? Kiedy to się skończy, sam będziesz potrzebował okresu renesansu.

Bosch znów się uśmiechnął.

– Do zobaczenia na zebraniu, agencie Lundy. Tymczasem pozwolisz, że skończymy jeść. Idźcie zawracać głowę komuś innemu, co?

Bosch wziął nóż i zaczął smarować ostatnią grzankę dżemem truskawkowym z plastikowego pojemniczka.

Lundy wyprostował się i wycelował palec w pierś Boscha.

– Lepiej uważaj, Bosch.

Po tych słowach odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Dał znak pozostałym agentom, wskazując im wyjście. Bosch przyglądał się, jak wychodzą.

– Dzięki za ostrzeżenie – powiedział.

11

Słońce nie wychynęło jeszcze zza wzgórz, ale niebo rozjaśniło się już blaskiem świtu. W punkcie widokowym na Mulholland nie zostało ani śladu po tragedii, jaka się tu rozegrała poprzedniego wieczoru. Nawet śmieci, jakie zwykle pozostawały po zabezpieczonym miejscu zbrodni – gumowe rękawiczki, kubki po kawie i żółta taśma – zostały uprzątnięte lub rozwiane przez wiatr. Wyglądało to tak, jakby nikt nie zastrzelił Stanleya Kenta i nie porzucił jego zwłok na cyplu wzniesienia, skąd rozpościerał się widok z lotu ptaka na miasto. Bosch w ciągu swojej służby prowadził setki śledztw w sprawie morderstwa. Nie mógł się jednak nadziwić, z jaką łatwością miasto leczyło się z ran – przynajmniej na pozór – i wracało do normalnego życia. Jak gdyby nigdy nic się nie stało.

Bosch kopnął pomarańczowy żwir, przyglądając się, jak kamyki spadają z krawędzi urwiska i znikają w zaroślach poniżej. Podjął decyzję i zawrócił w stronę samochodu. Ferras patrzył na niego.

– Co chcesz zrobić? – zapytał.

– Wchodzę do akcji. Jeżeli idziesz ze mną, wsiadaj.

Ferras po chwili wahania pobiegł truchtem za Boschem. Wsiedli do crown victorii i pojechali na Arrowhead Drive. Bosch wiedział, że Alicia Kent jest u federalnych, ale wciąż miał klucze znalezione w porsche jej męża.

Wóz federalnych, który zauważyli przed dziesięcioma minutami, jadąc w drugą stronę, nadal stał przed domem Kentów. Bosch zaparkował na podjeździe, wysiadł i zdecydowanym krokiem ruszył do drzwi frontowych. Nie zwracał uwagi na samochód na ulicy, nawet gdy usłyszał odgłos otwieranych drzwi. Gdy odnalazł właściwy klucz i wsunął do zamka, za ich plecami rozległ się gromki głos:

– FBI. Stać!

Bosch położył dłoń na klamce.

– Nie otwierać drzwi.

Bosch odwrócił się i spojrzał na mężczyznę idącego chodnikiem w ich stronę. Wiedział, że do obserwacji domu wyznaczono człowieka stojącego na najniższym szczeblu drabiny wywiadu taktycznego, jakiegoś partacza albo agenta o złej reputacji. Mógł to wykorzystać.

– Policja, specjalna sekcja zabójstw – powiedział. – Chcemy tu tylko dokończyć robotę.

– Niczego nie będziecie kończyć – odparł agent. – FBI przejęło sprawę i odtąd będzie prowadzić wszystkie czynności śledcze.

– Przykro mi, nie dostałem żadnej notatki na ten temat – rzekł Bosch. – Jeśli pozwolisz.

Odwrócił się do drzwi.

– Nie otwieraj – ostrzegł znowu agent. – Sprawa dotyczy bezpieczeństwa państwowego. Zapytajcie kierownictwa.

Bosch pokręcił głową.

– Może ty masz kierownictwo. Ja mam przełożonych.

– Wszystko jedno. Nie wejdziecie do tego domu.

– Harry – zaczął Ferras – może jednak…

Bosch machnął ręką, uciszając go. Ponownie spojrzał na agenta.

– Pokaż mi jakiś papier – zażądał.

Agent przybrał poirytowaną minę i wyciągnął legitymację. Otworzył ją i pokazał. Bosch tylko na to czekał. Chwycił agenta za nadgarstek i błyskawicznie się obrócił. Ciało agenta runęło naprzód, a Bosch przedramieniem przygwoździł go twarzą do drzwi, zakładając mu na plecy rękę – tę, w której wciąż ściskał legitymację.

Agent zaczął się szamotać i protestować, ale już było za późno. Bosch oparł się o niego barkiem, dociskając go do drzwi, i wolną rękę wsunął mu pod marynarkę. Wymacał kajdanki, zerwał je jednym szarpnięciem i zaczął mu nakładać.

– Harry, co ty wyprawiasz? – krzyknął Ferras.

– Mówiłem ci. Nikt nie odstawi nas na boczny tor.

Kiedy już skuł agentowi ręce za plecami, wyrwał mu legitymację z dłoni. Otworzył ją i przeczytał nazwisko. Clifford Maxwell. Bosch obrócił go do siebie i wepchnął mu legitymację do bocznej kieszeni marynarki.

– Twoja kariera jest skończona – oznajmił mu spokojnie Maxwell.

– Co ty powiesz.

Maxwell spojrzał na Ferrasa.

– Jeżeli na to pozwolisz, ciebie też spuszczą – dodał. – Lepiej się zastanów.

– Zamknij się, ClitY – poradził Bosch. – Jeżeli kogoś spuszczą, to tylko ciebie, kiedy wrócisz do taktycznego i opowiesz, jak się dałeś podejść dwóm kmiotom z policji.