Выбрать главу

Niczego nie udało mu się wypatrzyć. Przeniesienie wciąż umykało jego uwadze. Czuł ucisk w żołądku. Odnosił wrażenie, jakby czegoś nie zauważał. Czegoś, co miał tuż na wyciągnięcie ręki.

Porażka wywołuje napięcie. Bosch zerknął na zegarek i zobaczył, że do zebrania u federalnych -jeśli rzeczywiście w ogóle się odbędzie – pozostały niecałe trzy godziny.

Opuścił sypialnię i ruszył korytarzem w kierunku kuchni, wchodząc do każdego pokoju i zaglądając do szafek i szuflad, lecz nie znalazł niczego podejrzanego ani zagadkowego. W pokoju do ćwiczeń otworzył szafę i ujrzał rząd wieszaków z ciepłymi ubraniami, lekko zalatującymi stęchlizną. Najwyraźniej Kentowie przyjechali do Los Angeles z zimniejszych stron. I jak większość przyjezdnych nie mieli zamiaru rozstawać się z zimowymi rzeczami. Nikt nie mógł być pewien, czy zagrzeje tu miejsce. Zawsze dobrze było być gotowym do drogi.

Nie dotykając zawartości szafy, zamknął drzwi. Przed wyjściem dostrzegł prostokątne odbarwienie na ścianie obok haków, na których wisiały gumowe maty do ćwiczeń. Ślady po taśmie klejącej świadczyły, że w tym miejscu był przyklejony jakiś plakat lub duży kalendarz.

Gdy dotarł do salonu, Maxwell nadal leżał na podłodze, spocony i poczerwieniały z wysiłku. Udało mu się przełożyć jedną nogę przez pętlę utworzoną ze skutych rąk, ale najwidoczniej nie potrafił przeciągnąć drugiej, by mieć ręce z przodu. Leżał na wyłożonej płytkami podłodze z rękami skrępowanymi między nogami. Jego widok przywodził Boschowi na myśl pięciolatka usiłującego zapanować nad pęcherzem.

– Za chwilę skończymy, agencie Maxwell – zapewnił go Bosch.

Maxwell nie odpowiedział.

Z kuchni Bosch wyszedł tylnymi drzwiami na taras i do ogrodu. Światło dzienne zmieniło perspektywę. Zobaczył, że ogród jest położony na zboczu wzniesienia, na którym w czterech rzędach rosły krzewy różane. Niektóre kwitły, niektóre nie. Część z nich wspierała się na palikach, do których doczepiono tabliczki z nazwą odmiany. Bosch podszedł bliżej, obejrzał kilka krzewów, a potem wrócił do domu.

Przekręciwszy klucz w zamku, przeszedł przez kuchnię i otworzył następne drzwi, które jak pamiętał, prowadziły do garażu. Wzdłuż tylnej ściany ciągnął się szereg szafek. Bosch otwierał wszystkie po kolei i przeglądał zawartość. Były w nich głównie narzędzia ogrodnicze i sprzęt użytku domowego, a także kilka worków z nawozem i preparatami odżywczymi do hodowli róż.

W garażu stał kubeł na śmieci na kółkach. Bosch otworzył go i znalazł w środku plastikowy worek. Wyciągnął go, rozluźnił tasiemkę, którą worek był związany, i zobaczył, że są w nim tylko kuchenne odpadki. Na wierzchu leżała garść zmiętych ręczników papierowych z fioletowymi plamami. Wyglądały, jak gdyby ktoś starł nimi rozlany płyn. Bosch powąchał jeden ręcznik i wyczuł woń soku winogronowego.

Wrzuciwszy śmieci z powrotem do kubła, Bosch wyszedł z garażu i w kuchni natknął się na swojego partnera.

– Próbuje się uwolnić – poinformował go Ferras, mając na myśli Maxwella.

– Niech próbuje. Skończyłeś z biurkiem?

– Prawie. Zastanawiałem się, gdzie jesteś.

– Idź skończyć i spadamy stąd.

Po wyjściu Ferrasa Bosch sprawdził szafki kuchenne i spiżarnię, oglądając dokładnie wszystkie produkty i zapasy na półkach. Następnie poszedł do łazienki dla gości w korytarzu i spojrzał na miejsce, skąd zebrano popiół z papierosa. Na białej ceramicznej pokrywie spłuczki widniało brązowe odbarwienie długości połowy papierosa.

Z zaciekawieniem wpatrywał się w ślad. Nie palił od siedmiu lat, ale nie pamiętał, by kiedykolwiek zdarzyło mu się zostawić w ten sposób papierosa. Gdyby go wypalił, wrzuciłby niedopałek do toalety i spuścił wodę. Nie miał wątpliwości, że ktoś zapomniał o tym papierosie.

Skończywszy przeszukanie domu, cofnął się do salonu i zawołał do partnera:

– Ignacio, jesteś gotowy? Wychodzimy.

Maxwell nadal leżał na podłodze, lecz wyglądał na zmęczonego bezowocną szamotaniną i pogodzonego z losem.

– Niech was szlag! – krzyknął w końcu. – Rozkujcie mnie!

Bosch zbliżył się do niego.

– Gdzie masz kluczyk? – zapytał.

– W marynarce. W lewej kieszeni.

Bosch pochylił się i wsunął dłoń do kieszeni agenta. Wyciągnął pęk kluczy i po chwili odnalazł wśród nich kluczyk do kajdanek. Chwycił łańcuch łączący obrączki kajdanek i pociągnął, by włożyć kluczyk. Nie silił się na delikatność.

– Bądź grzeczny, kiedy to zrobię – poradził.

– Grzeczny? Kurwa, skopię ci tyłek!

Bosch puścił łańcuch i ręce Maxwella wylądowały na podłodze.

– Co ty wyprawiasz? – wrzasnął Maxwell. – Rozkuj mnie!

– Dam ci radę, Cliff. Gdy następnym razem zagrozisz, że skopiesz mi tyłek, bądź łaskaw zaczekać, aż cię uwolnię.

Bosch wyprostował się i cisnął klucze na drugi koniec pokoju.

– Sam się rozkuj.

Bosch skierował się do wyjścia. Ferras już wychodził. Zamykając drzwi, Bosch rzucił okiem na Maxwella rozciągniętego na podłodze. Agent, z twarzą czerwoną jak znak stopu, wyrzucił z siebie ostatnią pogróżkę.

– To nie koniec, gnojku.

– Świetnie.

Bosch zamknął drzwi. Podchodząc do samochodu, spojrzał ponad dachem na swojego partnera. Ferras wyglądał na równie upokorzonego jak niektórzy z podejrzanych, których przewozili z tyłu.

– Głowa do góry – powiedział Bosch.

Wsiadając za kierownicę, wyobraził sobie agenta FBI czołgającego się w swoim eleganckim garniturze po podłodze salonu, by wziąć klucze.

I twarz rozjaśniła mu się w uśmiechu.

12

W drodze ze wzgórza na autostradę Ferras milczał. Bosch odgadł, że rozmyśla o groźbie, jaka zawisła nad karierą młodego, obiecującego detektywa z powodu działań jego starego i lekkomyślnego partnera. Bosch próbował wciągnąć go w rozmowę.

– No i klapa – powiedział. – Nic nie mam. Znalazłeś coś w gabinecie?

– Niewiele. Pokazywałem ci, komputer zniknął.

W jego głosie brzmiał ponury ton.

– A w biurku? – pytał Bosch.

– Było prawie puste. W jednej szufladzie trzymali zeznania podatkowe i tego typu papiery. W innej znalazłem umowę powiernictwa. Ich dom, nieruchomość inwestycyjna w Laguna, polisy ubezpieczeniowe i tak dalej są w zarządzie powierniczym. W biurku były też ich paszporty.

– Dobra. Ile facet zarobił w zeszłym roku?

– Ćwierć miliona na rękę. Jest właścicielem pięćdziesięciu jeden procent firmy.

– Żona coś zarobiła?

– Nie ma dochodów. Nie pracuje.

Bosch zamilkł, zastanawiając się nad sytuacją. Kiedy znaleźli się u stóp wzniesienia, postanowił nie wjeżdżać na autostradę. Pojechał Cahuenga do Franklin, po czym skręcił na wschód. Ferras patrzył przez okno, lecz szybko się zorientował, że zmienili trasę.

– Co się dzieje? Myślałem, że jedziemy do centrum.

– Najpierw pojedziemy do Los Feliz.

– Co jest w Los Feliz?

– Donut Hole na Yermont.

– Przecież jedliśmy godzinę temu.

Bosch spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma i miał nadzieję, że jeszcze zdąży.

– Nie chcę jechać na pączki.

Ferras zaklął pod nosem i pokręcił głową.

– Chcesz pogadać z Pierwszym? – zapytał. – Żartujesz?

– Chyba że już go tam nie ma. Jeżeli się boisz, możesz zaczekać w samochodzie.