– Wiesz, że przeskakujesz co najmniej pięć szczebli. Porucznik Gandle dobierze się nam za to do skóry.
– Dobierze się do mojej skóry. Ty zostaniesz w samochodzie. Tak jakby cię tam w ogóle nie było.
– Tyle że zawsze za to, co robi jeden partner, drugi ponosi taką samą winę. Przecież wiesz, Harry, jak to działa. Dlatego właśnie nazywają taki układ partnerstwem.
– Słuchaj, poradzę sobie. Nie ma czasu załatwiać tego służbową drogą. Komendant powinien wiedzieć, o co chodzi, więc mu opowiem. Prawdopodobnie podziękuje nam za ostrzeżenie.
– Jasne, tylko że porucznik Gandle nie będzie nam dziękował.
– Z nim też dam sobie radę.
Pozostałą część drogi nie odzywali się do siebie.
Departament Policji Los Angeles był jedną z najbardziej hermetycznych biurokracji na świecie. Przez ponad sto lat rzadko sięgał poza własne podwórko w poszukiwaniu pomysłów, rozwiązań czy liderów. Przed kilkoma laty, gdy rada miejska uznała, że po licznych skandalach i niepokojach, jakie wstrząsały miastem, policja potrzebuje szefa spoza swoich szeregów, po raz drugi w długiej historii departamentu jego komendantem został człowiek, który dotąd nie był jego funkcjonariuszem i nie objął tego stanowiska w drodze awansu. Nowemu, sprowadzonemu z zewnątrz szefowi przyglądano się z ogromnym zaciekawieniem i rzecz jasna sceptycyzmem. Pilnie odnotowywano jego poczynania i przyzwyczajenia, a informacje rozchodziły się nieoficjalnymi kanałami, które łączyły dziesięć tysięcy funkcjonariuszy departamentu jak sieć naczyń krwionośnych w zaciśniętej pięści. Wiadomości przekazywano sobie na odprawach i w szatniach, za pomocą wiadomości rozsyłanych z terminali w radiowozach, w e-mailach i rozmowach telefonicznych, w ulubionych barach policjantów i podczas przyjęć przy grillu. Dzięki temu ludzie z patroli w południowym Los Angeles wiedzieli, na jakiej premierze w Hollywood komendant był poprzedniego wieczoru. Funkcjonariusze obyczajówki w Dolinie wiedzieli, gdzie komendant wysyła do prasowania galowe mundury, a wydział do spraw przestępczości zorganizowanej w Venice znał ulubiony supermarket jego żony.
Dzięki tej wymianie informacji detektyw Hary Bosch i jego partner Ignacio Ferras wiedzieli, w której cukierni komendant zatrzymuje się co dzień rano na kawę w drodze do Parker Center.
O ósmej Bosch wjechał na parking przed Donut Hole, lecz nie zauważył nieoznakowanego samochodu komendanta. Lokal znajdował się na równinie u stóp położonych na wzgórzu osiedli Los Feliz. Bosch wyłączył silnik i spojrzał na partnera.
– Zostajesz?
Ferras miał wzrok utkwiony w szybie przed sobą. Nie patrząc na Boscha, skinął głową.
– Jak uważasz – rzekł Bosch.
– Słuchaj, Harry, nie chcę cię urazić, ale kiepsko się nam układa. Nie potrzebujesz partnera. Potrzebujesz chłopca na posyłki, kogoś, kto nie będzie kwestionował niczego, co robisz. Chyba pogadam z porucznikiem i poproszę, żeby przydzielił mnie komuś innemu.
Bosch spojrzał na niego, starając się uporządkować myśli.
– Ignacio, to nasza pierwsza wspólna sprawa. Nie sądzisz, że powinieneś się trochę wstrzymać? To samo powie ci Gandle. Powie, że lepiej nie zaczynać w wydziale z reputacją gościa, który zwiewa od partnera.
– Nie zwiewam. Po prostu źle się nam układa.
– Ignacio, popełniasz błąd.
– Nie, wydaje mi się, że tak będzie najlepiej. Dla nas obu.
Bosch przez długą chwilę mierzył go badawczym spojrzeniem, po czym odwrócił się do drzwi.
– Dobra, jak uważasz.
Bosch wysiadł i ruszył w stronę cukierni. Rozczarowała go decyzja Ferrasa, wiedział jednak, że powinien mu trochę odpuścić. Chłopak miał dziecko w drodze i wolał nie ryzykować. Bosch nigdy nie wahał się przed podejmowaniem ryzyka i w przeszłości kosztowało go to więcej niż stratę partnera. Postanowił, że po zakończeniu sprawy jeszcze raz spróbuje wpłynąć na młodego człowieka, by zmienił zdanie.
W cukierni Bosch stanął w kolejce za dwiema osobami, a potem zamówił u Azjaty za ladą czarną kawę.
– Bez pączka?
– Bez, tylko kawę.
– Capuccino?
– Nie, czarną.
Rozczarowany skromnym zamówieniem, mężczyzna podszedł do ekspresu pod ścianą i napełnił filiżankę. Kiedy się odwrócił, Bosch pokazał mu odznakę.
– Był już komendant?
Azjata zawahał się. Nie miał pojęcia o nieoficjalnych kanałach informacyjnych i nie był pewien, co odpowiedzieć. Wiedział, że jeśli nie ugryzie się w język, może stracić wysoko postawionego klienta.
– Bez obaw – powiedział Bosch. – Jestem z nim umówiony. Trochę się spóźniłem.
Próbował przywołać na twarz uśmiech zakłopotania. Zupełnie mu nie wyszło, więc dał spokój.
– Jeszcze nie był – poinformował go sprzedawca.
Bosch odetchnął z ulgą, zapłacił za kawę, a resztę wrzucił do pojemnika na napiwki. Usiadł przy wolnym stoliku w rogu. O tej porze kupowano głównie na wynos. Ludzie w drodze do pracy zaopatrywali się w niezbędne paliwo. Bosch przez dziesięć minut obserwował tłoczący się przy ladzie przekrój wielokulturowego miasta, zjednoczony we wspólnym uzależnieniu od cukru i kofeiny.
Wreszcie zobaczył wjeżdżającego na parking czarnego lincolna town car. Komendant siedział z przodu. Obaj z kierowcą wysiedli. Obaj rozejrzeli się po parkingu i skierowali się do cukierni. Bosch wiedział, że kierowca jest funkcjonariuszem policji i pełni też funkcję ochroniarza.
Kiedy weszli, przy ladzie nie było kolejki.
– Witam, komendancie – powiedział sprzedawca.
– Dzień dobry, panie Ming – odparł komendant. – Dla mnie to co zwykle.
Bosch wstał i podszedł do lady. Stojący za komendantem ochroniarz odwrócił się i zrobił krok w kierunku Boscha. Bosch przystanął.
– Mogę panu postawić kawę, komendancie? – zapytał.
Komendant odwrócił się i dopiero po chwili poznał Boscha, uświadamiając sobie, że nie zaczepia go pragnący się przymilić obywatel. Bosch dostrzegł, jak przez jego twarz przemknął cień – komendant jeszcze się nie uporał ze skutkami sprawy Echo Park – lecz mars szybko ustąpił miejsca wyrazowi obojętności.
– Detektywie Bosch, chyba nie ma pan dla mnie żadnych złych wiadomości? – spytał komendant.
– Raczej ostrzeżenie.
Komendant wziął z rąk Minga filiżankę kawy i małą torebkę.
– Proszę usiąść – powiedział. – Ma pan pięć minut, a za kawę sam zapłacę.
Bosch wrócił do swojego stolika, podczas gdy komendant płacił za kawę i pączki. Usiadł i czekał, a komendant podszedł do lady obok, gdzie nalał śmietankę i wsypał słodzik do kawy. Bosch uważał, że komendant zrobił dla departamentu dużo dobrego. Wprawdzie popełnił kilka politycznych gaf i podjął parę dyskusyjnych decyzji personalnych, lecz w dużej mierze przyczynił się do podniesienia morale w szeregach funkcjonariuszy.
Nie było to łatwe zadanie. Gdy komendant odziedziczył departament, właśnie wynegocjowano ugodę z władzami federalnymi w następstwie dochodzenia FBI w sprawie skandalu w sekcji Rampart oraz ogromu innych afer. Odtąd nadzór federalny brał pod lupę każdy krok policji, oceniając, czy jest zgodny z wymogami. Skutek był taki, że departament nie tylko został podporządkowany władzy federalnych, ale także zalany federalnymi papierzyskami. Kadra była szczupła, więc czasem trudno się było zorientować, czy policja robi to, co do niej należy. Ale pod kierownictwem nowego komendanta szeregi policji zdołały się zmobilizować i robić to, co do nich należało. Spadły nawet wskaźniki przestępczości, co zdaniem Boscha mogło oznaczać, że istotnie zmniejszyła się liczba przestępstw – zawsze podejrzliwie traktował statystyki.
Pomijając to wszystko, Bosch lubił komendanta głównie z jednego powodu. Otóż szef przed dwoma laty przyjął go z powrotem do pracy. Bosch przeszedł na emeryturę, zostając prywatnym detektywem. Niebawem przekonał się, że to był błąd, a gdy doszedł do tego wniosku, komendant powitał go z powrotem. Dlatego Bosch był zawsze wobec niego lojalny i dlatego postanowił zaaranżować spotkanie w cukierni.