Выбрать главу

Bosch skinął głową. Na razie w porządku, pomyślał. Tylko co dalej?

– Pojazd stoi przed domem należącym do niejakiego Ramina Samira – ciągnął Hadley. – Od kilku lat mamy tego faceta na oku. Można powiedzieć, że pozostaje w kręgu naszego zainteresowania.

Nazwisko brzmiało znajomo, ale Bosch z początku nie wiedział, skąd je pamięta.

– Dlaczego się nim interesujecie, kapitanie? – zapytał.

– Pan Samir to znany zwolennik organizacji religijnych, które chcą zaszkodzić interesom Ameryki. Co gorsza, uczy naszą młodzież nienawidzić własnego kraju.

Ostatnia informacja odświeżyła Boschowi pamięć i wreszcie skojarzył nazwisko z osobą.

Nie przypominał sobie, z którego bliskowschodniego kraju pochodził Ramin Samir, ale pamiętał, że był kiedyś wykładowcą polityki zagranicznej na USC, który zwrócił na siebie powszechną uwagę, wygłaszając anty amerykańskie opinie w salach wykładowych i w mediach.

Mącił wodę w mediach przed atakami terrorystycznymi z 11 września. Potem drobne z początku fale przybrały rozmiary tsunami. Samir zaczął otwarcie twierdzić, że ataki były uzasadnioną reakcją na agresję i ingerencję Stanów Zjednoczonych w wewnętrzne sprawy państw na całym świecie. Wykorzystując zdobyty przez siebie rozgłos, stał się medialnym ekspertem, do którego zwracali się dziennikarze, ilekroć potrzebowali anty amerykański ego komentarza. Potępiał politykę Stanów Zjednoczonych wobec Izraela, sprzeciwiał się operacji militarnej w Afganistanie, a wojnę w Iraku nazywał zwykłą bijatyką o ropę.

Przez kilka lat Samir sprawdzał się jako prowokator zapraszany do programów publicystycznych w telewizjach kablowych, w których wszyscy wrzeszczeli na wszystkich. Stanowił doskonałe tło dla lewicy i prawicy, i zawsze chętnie wstawał o czwartej rano, aby wystąpić w niedzielnych programach porannych na wschodnim wybrzeżu.

Tymczasem robił użytek ze swojej sławy płomiennego mówcy, pomagając zakładać i finansować kilka organizacji na terenie uczelni i poza nią, które wkrótce zostały oskarżone przez ugrupowania konserwatywne o związki, przynajmniej pośrednie, z organizacjami terrorystycznymi i antyamerykańskimi grupami islamistycznymi. Niektórzy sugerowali nawet, że trop prowadzi do arcymistrza terroryzmu, Osamy bin Ladena. Ale choć przeciw Samirowi prowadzono liczne dochodzenia, nigdy nie postawiono mu żadnych zarzutów. Mimo to został wyrzucony z USC z powodu formalnego uchybienia – nie zaznaczył, że wyraża własne opinie, a nie opinie uczelni, pisząc artykuł do „Los Angeles Times", w którym sugerował, że wojna iracka jest zaplanowaną eksterminacją muzułmanów.

Pięć minut Samira dobiegło końca. Ostatecznie zniknął z mediów, które przekonały się, że nie jest wnikliwym komentatorem bieżących wydarzeń, tylko narcystycznym prowokatorem, głoszącym dziwaczne teorie, by zwrócić uwagę na własną osobę. Przecież nawet jedną ze swoich organizacji nazwał YMCA – Young Muslim Cause in America, Ruch Młodych Muzułmanów w Ameryce – tylko dlatego, by szacowna organizacja młodzieżowa wytoczyła mu głośny proces.

Gwiazda Samira przygasła i opinia publiczna przestała się nim interesować. Bosch nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział go w telewizji czy w gazecie. Pomijając jednak retorykę, fakt, że Samira nigdy nie oskarżono o żadne przestępstwo w najgorętszym okresie, gdy Stany Zjednoczone opanował strach przed nieznanym i pragnienie zemsty, świadczył zdaniem Boscha, że nic się za tym nie kryło. Gdyby się okazało, że poza dymem był też ogień, Ramin Samir dawno siedziałby w więziennej celi albo za ogrodzeniem w Guantanamo. Tymczasem mieszkał w Silver Lake, więc Bosch podchodził sceptycznie do słów kapitana Hadleya.

– Pamiętam tego faceta – powiedział. – Ale tylko gadał, kapitanie. Nigdy nie było żadnego konkretnego związku między Samirem a…

Hadley uniósł palec gestem nauczyciela uciszającego klasę.

– Nigdy nie ustalono konkretnego związku – poprawił Boscha. -To jednak nic nie znaczy. Facet zbiera pieniądze dla Palestyńskiego Dżihadu i innych ruchów muzułmańskich.

– Palestyńskiego Dżihadu? – powtórzył Bosch. – Co to jest? Jakie ruchy muzułmańskie? Twierdzi pan, że każdy ruch muzułmański musi być nielegalny?

– Słuchaj, twierdzę, że to podejrzany gość i pod jego domem stoi samochód, którego użyli mordercy i złodzieje cesu.

– Cezu – powiedział Ferras. – Skradziono cez.

Nieprzyzwyczajony, by ktoś go poprawiał, Hadley zmrużył oczy i przez chwilę taksował wzrokiem Ferrasa.

– Wszystko jedno. Nazwa nie ma dużego znaczenia, synu, jeżeli wrzucił to do jeziora po drugiej stronie ulicy albo właśnie pakuje to do bomby, podczas gdy my siedzimy tu i czekamy na nakaz.

– Federalni nic nie mówili, że to zagrożenie może się przenosić przez wodę – zauważył Bosch.

Hadley pokręcił głową.

– Nieważne. Sęk w tym, że mamy zagrożenie. Jestem pewien, że o tym federalni mówili. Zresztą niech FBI sobie gada. My bierzemy się do roboty.

Bosch cofnął się, próbując tchnąć w dyskusję odrobinę świeżego powietrza. To wszystko działo się zbyt szybko.

– A więc chcecie wejść? – zapytał.

Hadley mocno pracował szczęką, miażdżąc gumę w zębach. Zdawał się nie zauważać silnego zapachu odpadków unoszącego się ze śmieciarki.

– Otóż to, chcemy wejść – odparł. – Jak tylko będziemy mieć w rękach nakaz.

– Sędzia podpisał wam nakaz tylko dlatego, że przed domem stoi skradziony samochód? – spytał Bosch.

Hadley machnął rękąjednemu ze swoich ludzi.

– Perez, przynieś torebki – zawołał. Zwracając się do Boscha, powiedział: – Nie, mamy coś więcej. Dzisiaj jest dzień wywózki śmieci, detektywie. Wysłałem na ulicę śmieciarkę i moi ludzie opróżnili dwa kubły stojące przed domem Samira. To absolutnie legalne, jak pan wie. I proszę, co znaleźliśmy.

Perez podbiegł do nich, niosąc plastikowe torebki z dowodami, które podał Hadley owi.

– Kapitanie, rozmawiałem z punktem obserwacyjnym – zameldował. – Ciągle spokój.

– Dziękuję, Perez.

Hadley odwrócił się z torebkami do Boscha i Ferrasa. Perez wrócił do samochodu.

– Nasz punkt obserwacyjny to facet na drzewie – wyjaśnił z uśmiechem Hadley. – Jeżeli ktoś się tam ruszy, zanim będziemy gotowi, da nam znać.

Podał torebki Boschowi. W dwóch znajdowały się czarne wełniane kominiarki. W trzeciej tkwiła kartka papieru z ręcznie narysowaną mapą. Bosch uważnie ją obejrzał. Widniała na niej siatka krzyżujących się linii, z których dwie były oznaczone jako Arrowhead i Mulholland. Kiedy to zobaczył, stwierdził, że mapa jest dość dokładnym szkicem dzielnicy, w której mieszkał i zginął Stanley Kent.

Bosch oddał torebki i pokręcił głową.

– Kapitanie, myślę, że powinien pan wstrzymać akcję.

Hadley wyglądał na wstrząśniętego tą propozycją.

– Wstrzymać? Niczego nie wstrzymujemy. Jeżeli ten facet i jego kumple doprowadzą do skażenia zbiornika tą trucizną, myśli pan, że mieszkańcy miasta spokojnie przyjmą do wiadomości, że wstrzymaliśmy akcję, bo musieliśmy dopiąć wszystko na ostatni guzik? Nie wstrzymujemy akcji.

Podkreślił swoją determinację, wyjmując gumę z ust i wrzucając ją do śmieciarki. Zdjął nogę ze zderzaka i ruszył w kierunku swojej grupy, lecz nagle zawrócił i podszedł prosto do Boscha.

– Jeżeli chodzi o moje zdanie, to w tym domu kryje się przywódca komórki terrorystycznej. Chcemy tam wejść i ją zlikwidować. O co panu chodzi, detektywie Bosch?

– Chodzi mi o to, że to jest za proste. Nie musimy niczego dopinać na ostatni guzik, bo właśnie to zrobili już mordercy. To dokładnie zaplanowana zbrodnia, kapitanie. Nie zostawiliby samochodu przed domem ani nie wyrzucali tych rzeczy do śmieci. Proszę się zastanowić.