Выбрать главу

Bosch wychylił się między przednimi siedzeniami, aby lepiej widzieć, co się dzieje. Na stopniach po obu stronach każdego z pozostałych wozów stało po czterech funkcjonariuszy. SUV-y nabrały szybkości, po czym ostro skręciły w stronę domu Samira. Jeden wjechał na podjazd przed niewielkim bungalowem w stylu American Craftsman i skierował się w stronę ogrodu, podczas gdy drugi pokonał krawężnik i przeciął trawnik z przodu. Gdy ciężki pojazd podskoczył na krawężniku, jeden z członków BBK stracił równowagę i upadł na trawę.

Pozostali zeskoczyli ze stopni i ruszyli do drzwi wejściowych. Bosch domyślił się, że to samo dzieje się pod drzwiami z tyłu domu. Sprzeciwiał się akcji, lecz podziwiał precyzję planu. Rozległ się głośny huk i ładunek wybuchowy wysadził drzwi. Niemal równocześnie taki sam odgłos dobiegł zza domu.

– Dobra, ruszaj – rozkazał Perezowi Hadley.

Gdy podjechali, w radiu rozbrzmiały meldunki z wnętrza domu.

– Jesteśmy w środku!

– Jesteśmy z tyłu!

– Przy wejściu czysto! Mamy…

Głos zagłuszyła kanonada z broni automatycznej.

– Otwarto ogień!

– Mamy…

– Otwarto ogień!

Bosch usłyszał więcej strzałów, ale już nie przez radio. Byli na tyle blisko, by słyszeć je na żywo. Perez zatrzymał samochód pod kątem w poprzek ulicy przed domem. Wszyscy czterej wyskoczyli z wozu, zostawiając otwarte drzwi, zza których jazgotało radio.

– Czysto! Czysto!

– Jeden z podejrzanych ranny. Potrzebna pomoc medyczna dla podejrzanego. Potrzebna pomoc!

Wszystko trwało niecałe dwadzieścia sekund.

Bosch biegł przez trawnik za Hadleyem i Perezem. Miał Ferrasa po lewej. Wpadli do domu z uniesioną bronią. Natychmiast wyszedł do nich jeden z ludzi Hadleya. Nad prawą kieszenią miał naszywkę z nazwiskiem Peck.

– Czysto! Czysto!

Bosch opuścił pistolet, lecz nie chował go do kabury. Rozejrzał się. Stał w skromnie umeblowanym salonie. Poczuł zapach prochu i zobaczył niebieski dym unoszący się w powietrzu.

– Co jest? – krzyknął Hadley.

– Jedna osoba ranna, druga zatrzymana – odrzekł Peck. – Tędy.

Ruszyli za Peckiem krótkim korytarzem prowadzącym do pokoju wyłożonego matami z plecionej trawy. Na podłodze leżał mężczyzna, w którym Bosch rozpoznał Ramina Samira. Z dwóch ran na piersi sączyła się krew, spływając po kremowym szlafroku na podłogę i matę. Młoda kobieta w identycznym szlafroku leżała twarzą do ziemi z rękami skutymi na plecach i jęczała.

Bosch dostrzegł rewolwer leżący na podłodze obok otwartej szuflady niewielkiej szafki, na której stały zapalone świece wotywne. Broń znajdowała się około pół metra od Samira.

– Rąbnęliśmy go, jak sięgał po broń – powiedział Peck.

Bosch spojrzał na Samira. Mężczyzna był nieprzytomny, a jego pierś w nierównym rytmie unosiła się i opadała.

– Już spływa do ścieku – orzekł Hadley. – Co znaleźliśmy?

– Na razie ani śladu materiałów – zameldował Peck. – Właśnie wnosimy sprzęt.

– Dobra, chodźmy sprawdzić samochód – rozkazał Hadley. -I zabierzcie ją stąd.

Gdy dwaj funkcjonariusze BBK wynieśli płaczącą kobietę jak bezwładną kłodę, Hadley wyszedł z domu na ulicę, gdzie stał zaparkowany chrysler 300. Bosch i Ferras ruszyli za nim.

Zajrzeli do samochodu, lecz go nie dotykali. Bosch zauważył, że wóz jest otwarty. Pochylił się, żeby zajrzeć przez okno od strony pasażera.

– Kluczyki są w stacyjce – powiedział.

Wyjął z kieszeni parę lateksowych rękawiczek, rozciągnął je i nałożył.

– Niech go najpierw sprawdzą, Bosch – rzekł Hadley.

Kapitan dał znak człowiekowi uzbrojonemu w monitor promieniowania. Funkcjonariusz omiótł urządzeniem samochód i tylko przy bagażniku rozległ się cichy sygnał.

– Coś tam może być – powiedział Hadley.

– Wątpię – odparł Bosch. – Nic tam nie ma.

– Bosch, zaczekaj…

Zanim Hadley zdążył dokończyć, Bosch wcisnął guzik otwierania bagażnika. Usłyszał pneumatyczny syk i klapa się uniosła. Wycofał się z samochodu i podszedł do tyłu. Bagażnik był pusty, lecz Bosch zobaczył takie same cztery wgłębienia jak w bagażniku porsche Stanleya Kenta.

– Materiał zniknął-powiedział Hadley, zaglądając do bagażnika. – Pewnie już go gdzieś przetransportowali.

– Tak, na długo, zanim podstawiono tu samochód.

Bosch spojrzał Hadley owi prosto w oczy.

– To był podstęp, kapitanie. Uprzedzałem pana.

Hadley ruszył w kierunku Boscha, aby powiedzieć mu coś bez świadków, ale zatrzymał go Peck.

– Panie kapitanie?

– Co? – warknął Hadley.

– Podejrzany zrobił kod siedem.

– To odwołaj karetkę i wezwij koronera.

– Tak jest. Dom jest czysty. Nie ma materiału, a monitory nie wykrywają żadnego sygnału.

Hadley zerknął na Boscha, po czym szybko odwrócił wzrok na Pecka.

– Powiedz im, żeby sprawdzili jeszcze raz – rozkazał. – Gnojek sięgnął po broń. Musiał coś ukrywać. Przewróćcie dom do góry nogami, jeżeli będzie trzeba. Zwłaszcza ten pokój – wygląda na miejsce spotkań terrorystów.

– To pokój do modlitwy – wtrącił Bosch. – Może facet sięgnął po broń, bo cholernie się przeraził, kiedy ludzie weszli mu do domu z drzwiami.

Peck nie ruszał się z miejsca. Słuchał Boscha.

– Idź! – ryknął Hadley. – Przeszukać mi tę pieprzoną chałupę! Materiał był w ołowianym pojemniku. Jeżeli nie wykrywacie sygnału, to nie znaczy, że go tu nie ma!

Peck pędem wrócił do domu, a Hadley utkwił spojrzenie w Boschu.

– Samochód muszą sprawdzić technicy – powiedział Bosch. – Nie mam telefonu, żeby ich wezwać.

– Idź po telefon i dzwoń.

Bosch wrócił do SUV-a. Przyglądał się, jak pakują zatrzymaną kobietę na tylne siedzenie wozu zaparkowanego na trawniku. Ciągle płakała, a Bosch przypuszczał, że jeszcze długo będzie lała łzy. Teraz opłakiwała Samira, potem będzie opłakiwać swój los.

Wsadziwszy głowę do samochodu Hadleya, Bosch zauważył, że silnik ciągle pracuje. Przekręcił kluczyk, po czym otworzył schowek i wyciągnął dwa telefony. Otworzył swoją komórkę, aby sprawdzić, czy nie zostało przerwane połączenie z Rachel Walling. Połączenia nie było, ale i tak nie wiedział, czy w ogóle odebrała.

Kiedy odwrócił się od drzwi, stał przed nim Hadley. Znajdowali się z dala od innych i nikt nie mógł ich słyszeć.

– Bosch, jeżeli będziesz próbował narobić kłopotów temu oddziałowi, narobię kłopotów tobie. Rozumiesz?

Bosch przez chwilę przyglądał mu się badawczo.

– Jasne, kapitanie. Cieszę się, że myśli pan o swoim oddziale.

– Mam kontakty na samej górze i poza departamentem. Potrafię ci się dobrać do skóry.

– Dzięki za radę.

Bosch zaczął się oddalać, lecz nagle przystanął. Chciał coś powiedzieć, ale się wahał.

– Co? – spytał Hadley. – Mów.

– Myślałem właśnie o pewnym kapitanie, dla którego kiedyś pracowałem. To było dawno temu i w zupełnie innym miejscu. Czego by nie zrobił, wszystko spieprzył, a każdy jego błąd kosztował życie ludzi. Dobrych ludzi. To się musiało skończyć. Jeden z jego własnych ludzi wrzucił mu do latryny granat odłamkowy. Podobno potem nie mogli oddzielić jego szczątków od gówna.

Bosch ruszył, ale Hadley go zatrzymał.

– Co to ma znaczyć? To groźba?

– Nie, tylko taka historia.

– I tego faceta nazywasz dobrym człowiekiem? Coś ci powiem, ten facet cieszył się i wiwatował, kiedy samoloty uderzyły w wieżowce.

Bosch odpowiedział, nie zatrzymując się:

– Nie wiem, jakim był człowiekiem, kapitanie. Wiem tylko, że nie brał w tym udziału i został wrobiony tak samo jak pan. Jeżeli się pan dowie, kto dał cynk o samochodzie, proszę dać mi znać. To może być dla nas cenna informacja.