– JAK TWOIM ZDANIEM GO ZNALEŹLI? – zapytał.
– CO? – krzyknęła Walling, wyrwana z zamyślenia.
– MOBY I EL-FAYED. JAK NAMIERZYLI STANLEYA KENTA?
– NIE WIEM. MOŻE BĘDZIEMY MOGLI ZAPYTAĆ, JEŻELI TO JEDEN Z NICH JEST W SZPITALU.
Bosch umilkł, zmęczony krzykiem. Zaraz jednak zadał kolejne pytanie.
– NIE ZASTANAWIA CIĘ, ŻE WSZYSTKO POCHODZIŁO Z TEGO DOMU?
– O CZYM TY MÓWISZ?
– O RZECZACH, KTÓRYCH UŻYLI. BROŃ, APARAT, KOMPUTER. WSZYSTKO. W SPIŻARNI STOI COLA W LITROWYCH BUTELKACH, ZWIĄZALI ALICIĘ KENT IDENTYCZNYMI OPASKAMI, JAKIMI PODWIĄZY WAŁA RÓŻE W OGRODZIE. NIE DZIWI CIĘ TO? GDY WESZLI DO DOMU, MIELI TYLKO NÓŻ I KOMINIARKI. W OGÓLE CIĘ TO NIE DZIWI?
– MUSISZ PAMIĘTAĆ, ŻE SĄ BARDZO ZARADNI. UCZĄ SIĘ TEGO W OBOZACH. EL-FAYED BYŁ SZKOLONY W OBOZIE AL-KAIDY W AFGANISTANIE. I NAUCZYŁ NASSARA. WYSTARCZA IM TO, CO MAJĄ POD RĘKĄ. MOŻNAPOWIEDZIEĆ, ŻE ZBURZYLI WORLD TRADE CENTER ZA POMOCĄ DWÓCH SAMOLOTÓW I DWÓCH SKŁADANYCH NOŻY WSZYSTKO ZALEŻY OD TEGO, JAK NA TO SPOJRZYSZ. WAŻNIEJSZE OD NARZĘDZI JEST ICH ZDECYDOWANIE – JAK SAM NA PEWNO DOBRZE WIESZ.
Bosch chciał odpowiedzieć, ale dotarli do zjazdu z autostrady i musiał się skupić na manewrowaniu między samochodami na ulicach. Po dwóch minutach wyłączył syrenę i zatrzymał forda przed szpitalem „Queen of Angels" na podjeździe dla karetek.
Felton czekał na nich w zatłoczonej izbie przyjęć, a potem zaprowadził ich do sali oddziału ratunkowego, w której znajdowało się sześć stanowisk dla pacjentów. Przed jednym z zasłoniętych łóżek stał ochroniarz. Bosch podszedł do niego i pokazał odznakę. Niemal nie zwracając uwagi na wynajętego strażnika, odsunął zasłonę i podszedł do łóżka.
Pacjent – drobny, ciemnowłosy mężczyzna o brązowej skórze -leżał pod gęstą siecią rurek i przewodów, które łączyły jego ręce, nogi, usta i nos z aparaturą medyczną. Łóżko przykrywał przezroczysty plastikowy namiot. Mężczyzna zajmował zaledwie połowę łóżka i wyglądał jak ofiara zaatakowana przez otaczającą go maszynerię.
Miał półprzymknięte, nieruchome oczy i obnażone prawie całe ciało. Genitalia przysłaniał niewielki ręczniczek, ale nogi i tułów były widoczne. Prawą stronę brzucha i prawe biodro pokrywały czerwone ślady oparzeń. Na skórze prawej ręki widniały identyczne bolesne oparzeliny – czerwone kręgi otaczające wilgotne, fioletowe pęcherze. Oparzenia posmarowano jakimś przezroczystym żelem, lecz odnosiło się wrażenie, że to niewiele pomogło.
– Gdzie są wszyscy? – spytał Bosch.
– Harry, nie podchodź – ostrzegła Walling. – Jest nieprzytomny, więc zanim cokolwiek zrobimy, lepiej chodźmy porozmawiać z lekarzem.
Bosch wskazał na oparzenia pacjenta.
– To może być od cezu? – spytał. – Tak szybko?
– Owszem, jeżeli doszło do bezpośredniej ekspozycji na dużą dawkę. Zależy, jak długo trwała ekspozycja. Wygląda na to, że ten facet nosił materiał radioaktywny w kieszeni.
– Wygląda jak Moby albo El-Fayed?
– Nie, nie przypomina żadnego z nich. Chodź.
Walling cofnęła się za zasłonę, a Bosch poszedł za nią. Poleciła ochroniarzowi sprowadzić lekarza, który zajmował się pacjentem. Otworzyła telefon i wcisnęła jeden przycisk. Odebrano natychmiast.
– To potwierdzone – powiedziała. – Mamy przypadek bezpośredniej ekspozycji. Trzeba założyć stanowisko dowodzenia i uruchomić procedurę awaryjną.
Przez chwilę słuchała, a potem odpowiedziała na pytanie:
– Nie, to żaden z nich. Nie znam jeszcze tożsamości. Zadzwonię, kiedy tylko będę wiedziała.
Zamknęła komórkę i spojrzał na Boscha.
– W ciągu dziesięciu minut będzie tu zespół radiologiczny -powiedziała. – Będę dowodzić akcją.
Podeszła do nich kobieta w niebieskim kitlu, z podkładką z dokumentami w ręku.
– Jestem doktor Garner. Nie należy się zbliżać do pacjenta, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej o tym, co się z nim stało.
Walling i Bosch pokazali legitymacje.
– Co może nam pani powiedzieć? – spytała Rachel.
– Na razie niewiele. Ma pełen zespół objawów prodromalnych -pierwsze symptomy napromieniowania. Kłopot w tym, że nie wiemy, z czym miał kontakt ani jak długo trwała ekspozycja. Dlatego nie znamy pochłoniętej dawki, a bez tego nie możemy podjąć właściwej terapii. Improwizujemy.
– Jakie są objawy? – pytała dalej Walling.
– Oparzenia państwo widzą. To jednak najmniejszy problem. Poważniejsze są obrażenia wewnętrzne. Przestaje działać układ odpornościowy, większa część nabłonka żołądkowego uległa uszkodzeniu. Układ pokarmowy nie pracuje. Ustabilizowaliśmy go, ale nie mam zbyt wielkiej nadziei. Rozmiar urazów doprowadził do zatrzymania akcji serca. Piętnaście minut temu był tu zespół reanimacyjny.
– Ile czasu po ekspozycji mogą wystąpić te objawy produro… czy jak to się nazywa? – zapytał Bosch.
– Prodromalne. W ciągu godziny od pierwszej ekspozycji.
Bosch spojrzał na człowieka leżącego pod plastikowym baldachimem. Przypomniał sobie, co powiedział kapitan Hadley, gdy Samir umierał na podłodze swojego pokoju do modlitwy. „Spływa do ścieku". Wiedział, że mężczyzna na szpitalnym łóżku też już tam spływa.
– Może nam pani powiedzieć, kto to jest i gdzie go znaleziono? -spytał Bosch.
– Ratownicy powiedzą państwu, gdzie go znaleźli – odrzekła doktor Garner. – Nie miałam czasu się tym zajmować. Słyszałam tylko, że znaleziono go leżącego na ulicy. Jeżeli natomiast chodzi o nazwisko…
Uniosła podkładkę i odczytała z kartki:
– Digoberto Gonzalves, czterdzieści jeden lat. Nie mam tu jego adresu. W tym momencie nic więcej nie wiem.
Walling odeszła na bok, ponownie wyciągając telefon. Bosch domyślił się, że chce podać nazwisko swoim ludziom, żeby sprawdzili je w bazach danych terrorystów.
– Co się stało z jego ubraniem? – zapytał lekarki. – Gdzie jest jego portfel?
– Ubranie i wszystkie rzeczy usunięto z oddziału ze względu na zagrożenie radiologiczne.
– Ktoś je przeglądał?
– Nie, nikt nie chciał ryzykować.
– Dokąd je zabrano?
– Dowie się pan od personelu pielęgniarskiego.
Wskazała stanowisko pielęgniarek znajdujące się pośrodku sali. Bosch ruszył w tę stronę. Dyżurna pielęgniarka poinformowała go, że wszystkie rzeczy pacjenta umieszczono w pojemniku z odpadkami medycznymi, który następnie zabrano do spalarni. Nie wiadomo, czy tak nakazywały szpitalne przepisy o zagrożeniu skażeniem, czy zrobiono tak wyłącznie ze strachu przed niewiadomymi związanymi z osobą Gonzalvesa.
– Gdzie jest spalarnia?
Zamiast wskazać mu drogę, pielęgniarka wezwała ochroniarza i poprosiła go, by zaprowadził Boscha do spalarni. Zanim Bosch odszedł, zawołała go Walling.
– Weź to – powiedziała, podając mu monitor promieniowania, który zdjęła z paska. – I pamiętaj, zaraz tu będzie zespół radiologiczny. Sam lepiej nie ryzykuj. Jeżeli włączy się alarm, wycofaj się. Mówię poważnie. Masz się wycofać.
– Rozumiem.
Bosch włożył urządzenie do kieszeni. Razem z ochroniarzem szybko wyszli na korytarz, a potem schodami zeszli do piwnicy. Następnie skręcili w kolejny korytarz, który sięgał co najmniej przeciwległego końca budynku.
Gdy dotarli do spalarni, pomieszczenie było puste, a w piecu nie paliły się żadne odpady medyczne. Na podłodze stał metalowy pojemnik wysokości jednego metra. Pokrywa była zabezpieczona taśmą z napisem UWAGA: NIEBEZPIECZNE ODPADY.
Bosch wyciągnął klucze, przy których nosił niewielki scyzoryk. Kucnął obok pojemnika i przeciął taśmę. Kątem oka dostrzegł, jak ochroniarz cofa się o krok.