– Może zaczeka pan na zewnątrz – powiedział Bosch. – Nie ma potrzeby, żebyśmy obaj…
Zanim zdążył skończyć zdanie, usłyszał trzask zamykanych drzwi.
Spojrzał na pojemnik, głęboko nabrał powietrza i zdjął pokrywę. Zobaczył wrzucone byle jak ubranie Digoberta Gonzalvesa.
Wyciągnął z kieszeni monitor, który dała mu Walling, i niczym czarodziejską różdżką pomachał nim nad pojemnikiem. Aparat nie wydał żadnego sygnału. Bosch wypuścił powietrze, po czym jednym płynnym ruchem, jak gdyby opróżniał kosz na śmieci, obrócił pojemnik i wysypał jego zawartość na betonową posadzkę. Odrzucił pojemnik na bok i jeszcze raz wykonał aparatem parę okrężnych ruchów nad ubraniem. Alarm milczał.
Odzież Gonzalvesa została rozcięta nożyczkami. Składała się z pary brudnych dżinsów, flanelowej koszuli, T-shirtu, bielizny i skarpet. Stroju dopełniała para butów roboczych, których sznurowadła także przecięto nożyczkami. Na podłodze między rzeczami leżał mały portfel z czarnej skóry.
Bosch zaczął od ubrań. W kieszeni koszuli znalazł długopis i ciśnieniomierz do opon. Z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnął rękawice robocze, a z lewej przedniej kieszeni klucze i telefon komórkowy.
Pomyślał o oparzeniach, które widział na prawym biodrze i ręce Gonzalvesa. Kiedy jednak zajrzał do prawej przedniej kieszeni dżinsów, nie znalazł cezu. Kieszeń była pusta.
Bosch położył komórkę i klucze obok portfela. Na jednym z kluczy zauważył logo Toyoty. Wiedział już, że w grę wchodzi samochód. Otworzył telefon i próbował odnaleźć spis numerów, ale nie potrafił sobie poradzić z aparatem. Odłożył go na bok i otworzył portfel.
Niewiele w nim było. Zobaczył meksykańskie prawo jazdy z nazwiskiem i fotografią Digoberta Gonzalvesa. Pochodził z Oaxaca. W jednej z przegródek Bosch znalazł zdjęcia kobiety i trojga małych dzieci – przypuszczał, że zrobiono je w Meksyku. Nie było zielonej karty ani certyfikatu obywatelstwa. Gonzalves nie miał kart kredytowych, a w części przeznaczonej na gotówkę tkwiło tylko sześć banknotów dolarowych oraz kilka kwitów z lombardów w Dolinie.
Bosch położył portfel obok telefonu, wstał i wyciągnął swoją komórkę. Szybko odnalazł w spisie numer Walling.
Odebrała natychmiast.
– Sprawdziłem jego rzeczy. Ani śladu cezu.
Nie było odpowiedzi.
– Rachel, mówię…
– Tak, słyszałam. Po prostu żałuję, że nie znalazłeś cezu, Harry. Szkoda, że to jeszcze nie koniec.
– Ja też żałuję. Znalazłaś coś na to nazwisko?
– Jakie nazwisko?
– Gonzalves. Kazałaś je sprawdzić, nie?
– Ach, tak. Nie, nic nie ma. Zupełnie nic, nawet prawa jazdy. Nazwisko musi być fałszywe.
– Mam tu meksykańskie prawo jazdy. Wydaje mi się, że facet jest nielegalnym imigrantem.
Zastanowiła się nad tym.
– Podobno Nassar i El-Fayed dotarli tu przez Meksyk. Może tu się kryje związek. Może ten facet z nimi pracował.
– Nie wiem, Rachel. Miał ubranie robocze. Robocze buty. Chyba po prostu…
– Harry, muszę kończyć. Jest już mój zespół.
– Dobra. Wracam do ciebie.
Bosch włożył telefon do kieszeni, po czym wrzucił ubrania i buty z powrotem do pojemnika. Portfel, klucze i komórkę położył na wierzchu i wyszedł ze spalarni, zabierając ze sobą pojemnik. W długiej drodze przez korytarz ponownie wyciągnął telefon i zadzwonił do miejskiego centrum powiadamiania ratunkowego. Zapytał dyżurną o szczegóły wezwania karetki, która przywiozła Gonzalvesa do „Queen of Angels" i poproszono go, żeby zaczekał.
Bosch zdążył pokonać schody i dotrzeć na izbę przyjęć, gdy dyżurna odezwała się ponownie.
– Zgłoszenie, o które pan pytał, przyjęto o dziesiątej pięć. Ktoś zadzwonił z telefonu zarejestrowanego na punkt Easy Print przy Cahuenga Boulevard dziewięćset trzydzieści i zawiadomił, że na parkingu leży człowiek. Do wezwania wyjechali ratownicy z posterunku straży pożarnej numer pięćdziesiąt cztery. Byli na miejscu po sześciu minutach i dziewiętnastu sekundach. Coś jeszcze?
– Jakie jest najbliższe skrzyżowanie?
Po chwili dyżurna poinformowała go, że najbliższą poprzeczną ulicą jest Lankershim Boulevard. Bosch podziękował jej i się rozłączył.
Gonzalvesa znaleziono niedaleko punktu widokowego na Mulholland. Bosch uświadomił sobie, że prawie wszystkie miejsca w jakikolwiek sposób związane ze sprawą – miejsce zbrodni, dom ofiary, dom Samira, a teraz także parking, na którym zasłabł Gonzalves – nie są zbyt daleko od siebie oddalone. Zwykle podczas śledztw w sprawie morderstwa Bosch musiał się przemieszczać do najbardziej odległych zakątków miasta. Tu jednak było inaczej.
Bosch rozejrzał się po izbie przyjęć. Zauważył, że w zatłoczonej przedtem poczekalni nie ma już nikogo. Przeprowadzono ewakuację, a po oddziale krążyli agenci w strojach ochronnych, uzbrojeni w monitory promieniowania. Dostrzegł Rachel Walling stojącą przy stanowisku pielęgniarek i podszedł do niej, pokazując jej pojemnik.
– To są jego rzeczy.
Walling wzięła pojemnik, postawiła na podłodze, po czym wezwała jednego z ludzi w ochronnych skafandrach. Poleciła mu zająć się pojemnikiem. Spojrzała na Boscha.
– W środku jest telefon komórkowy – powiedział. – Może się uda coś z niego wyciągnąć.
– Przekażę im.
– Co z ofiarą?
– Z ofiarą?
– Nawet jeżeli był w to zamieszany, mimo wszystko jest ofiarą.
– Skoro tak twierdzisz. Ciągle nieprzytomny. Nie wiem, czy w ogóle będziemy mieli okazję z nim porozmawiać.
– Wobec tego jadę.
– Co? Dokąd? Jadę z tobą.
– Myślałem, że musisz kierować akcją.
– Dałam sobie z tym spokój. Jeżeli w szpitalu nie ma cezu, nic tu po mnie. Zostanę z tobą. Powiem tylko paru osobom, że jadę sprawdzić trop.
Bosch zawahał się. W głębi duszy wiedział jednak, że chce, by mu towarzyszyła.
– Czekam w samochodzie.
– Dokąd jedziemy?
– Nie wiem, czy Digoberto Gonzalves jest terrorystą, czy tylko ofiarą, ale wiem jedno. Jeździ toyotą. I chyba wiem, gdzie ją znajdziemy.
17
Harry Bosch wiedział, że w przełęczy Cahuenga prawa fizyki ruchu drogowego nie będą działały na jego korzyść. Przez wąskie gardło przesmyku w łańcuchu górskim samochody na obu nitkach Hollywood Freeway zawsze sunęły w żółwim tempie. Postanowił trzymać się ulic i ruszył w kierunku przełęczy Highland Avenue, mijając Holywood Bowl. Po drodze przekazywał Rachel Walling nowe informacje.
– Karetkę wezwano z punktu ksero na Cahuenga niedaleko Lankershim. Gonzalves musiał być w tej okolicy, kiedy zasłabł. Ktoś zawiadomił, że na parkingu leży człowiek. Mam nadzieję, że właśnie tam stoi jego toyota. Idę o zakład, że jeżeli jąznajdziemy, znajdziemy cez. Pytanie tylko, po co go miał.
– I dlaczego był na tyle głupi, żeby nosić cez w kieszeni bez żadnej ochrony – dodała Walling.
– Zakładasz, że wiedział, co to jest. Może nie miał zielonego pojęcia. Może jest inaczej, niż się nam wydaje.
– Bosch, coś musi łączyć GonzaWesa z Nassarem i El-Fayedem. Prawdopodobnie przeprowadził ich przez granicę.
Bosch omal się nie uśmiechnął. Dobrze pamiętał, że gdy chciała okazać mu serdeczność, zwracała się do niego po nazwisku. Kiedyś tak było.
– Nie zapominaj o Raminie Samirze – zauważył.
Walling pokręciła głową.
– Ciągle mi się wydaje, że to był fałszywy trop – odrzekła. -Zmyłka.
– Całkiem niezła – powiedział Bosch. – Dzięki niej wszechwładny kapitan Done Badly został wyłączony z gry.
Zaśmiała się.
– Tak go nazywają?
Bosch skinął głową.