Выбрать главу

– Oczywiście za jego plecami.

– A ty jakie masz przezwisko? Pewnie jakiegoś zimnego twardziela.

Zerknął na nią i wzruszył ramionami. Wahał się, czy nie powiedzieć jej, że w Wietnamie nazywano go Hari Kari, ale musiałby jej tłumaczyć dlaczego, a to nie była na to najlepsza pora i miejsce.

Wjechał z Highland na Cahuenga. Ulica biegła równolegle do autostrady i kiedy spojrzał w tę stronę, przekonał się, że miał rację. Hollywood Freeway była zakorkowana w obu kierunkach.

– Wiesz, ciągle miałem w komórce twój numer – powiedział. -Chyba nigdy nie chciałem go usuwać.

– Zastanawiałam się nad tym, kiedy zostawiłeś mi dzisiaj tę wredną wiadomość o popiele z papierosa.

– Przypuszczam, że ty nie zachowałaś mojego numeru, Rachel.

Odpowiedziała po dłuższej chwili milczenia.

– Chyba też ciągle cię mam w komórce, Harry.

Tym razem musiał się uśmiechnąć, mimo że znów był dla niej „Harrym". Jest jednak jakaś nadzieja, pomyślał.

Zbliżali się do Lankershim Boulevard. Z prawej strony ulica wpadała w tunel biegnący pod autostradą. Z lewej kończyła się pasażem handlowym, w którym znajdował się punkt Easy Print, skąd wezwano pogotowie. Bosch przebiegał wzrokiem samochody na niewielkim parkingu, szukając toyoty.

Zatrzymał się na pasie lewego skrętu i czekał, by wjechać na parking. Obrócił się na fotelu i szybko spojrzał na auta zaparkowane po obu stronach Cahuenga. Nie dostrzegł żadnej toyoty, ale wiedział, że jest mnóstwo różnych modeli tej marki. Gdyby nie znaleźli samochodu na parkingu przed punktem ksero, będą musieli przyjrzeć się pojazdom przy krawężnikach.

– Masz numer rejestracyjny, wiesz jak wygląda ten wóz? – pytała Walling. – Znasz kolor?

– Trzy razy nie.

Bosch przypomniał sobie, że Rachel ma zwyczaj zadawania wielu pytań naraz.

Gdy zapaliło się żółte światło, skręcił na parking. Nie było wolnych miejsc, ale nie zamierzał parkować. Krążył powoli, oglądając każde auto. Nie było wśród nich żadnej toyoty.

– Kiedy potrzebujesz toyoty, jak na złość nie ma ani jednej -powiedział. – Musi być gdzieś w okolicy.

– Może sprawdźmy na ulicy – zaproponowała Walling.

Skinął głową i skierował forda do alejki na końcu parkingu. Zamierzał skręcić w lewo, potem zawrócić i z powrotem wjechać w ulicę. Ale gdy sprawdzał, czy nic nie nadjeżdża z prawej, zobaczył starego białego pikapa z nadbudówką kempingową zaparkowanego w głębi alejki obok zielonego kontenera na śmieci. Samochód stał zwrócony przodem w ich stronę i Bosch nie umiał rozpoznać marki.

– To jest toyota? – zapytał.

Walling odwróciła się i spojrzała.

– Bosch, jesteś geniuszem! – wykrzyknęła.

Bosch skręcił i ruszył w kierunku samochodu, a kiedy się zbliżyli, zobaczył, że to rzeczywiście toyota. Walling też to zobaczyła. Wyciągnęła telefon, lecz Bosch położył na nim rękę.

– Lepiej najpierw sprawdźmy. Mogę się mylić.

– Nie, Bosch, jesteś na fali.

Mimo to schowała telefon. Bosch wolno przejechał obok białej toyoty, obrzucając ją przelotnym spojrzeniem. Następnie zawrócił na końcu uliczki i zatrzymał samochód trzy metry za pikapem. Wóz nie miał z tyłu tablicy rejestracyjnej. Zamiast niej przymocowano do niego kawałek tektury z napisem TABLICA ZGUBIONA.

Bosch żałował, że nie wziął ze sobą kluczy znalezionych w kieszeni Digoberta Gonzalvesa. Wysiedli i zbliżyli się do toyoty, pochodząc z obu stron. Z bliska Bosch zauważył, że uchylne okienko z tyłu nadbudówki kempingowej jest niedomknięte. Sięgnął do szpary szerokości kilku centymetrów i podniósł okienko, zaopatrzone w pneumatyczny zawias, który nie pozwolił mu się zamknąć. Bosch nachylił się i zajrzał do środka. We wnętrzu panował mrok, ponieważ pikap stał w cieniu, a szyby nadbudówki były przyciemniane.

– Harry, masz ten monitor?

Wyjął z kieszeni monitor promieniowania i trzymając go w wyciągniętej ręce, pochylił się i wsunął głowę do ciemnej przestrzeni bagażowej. Nie rozległ się żaden sygnał alarmowy. Bosch wyprostował się i zawiesił aparat na pasku. Następnie sięgnął do klamki i otworzył tylną klapę.

Część bagażowa pikapa była wyładowana rupieciami. Wszędzie walały się puste butelki i puszki, wśród których leżało skórzane krzesło biurowe ze złamaną nogą, kawałki aluminium, stary dystrybutor wody i inne śmieci. A przy prawym kole stał szary, ołowiany pojemnik przypominający niewielkie wiadro na kółkach.

– Zobacz – powiedział. – To jest świnia?

– Chyba tak – odrzekła z przejęciem Walling. – Chyba tak!

Na pojemniku nie było żadnej nalepki z informacją o zagrożeniu ani symbolu ostrzegającego przez promieniowaniem. Zostały zerwane. Bosch pochylił się i złapał jeden z uchwytów. Wyciągnął świnię ze sterty śmieci i przesunął ją bliżej tylnej klapy. Pokrywa była zabezpieczona czterema zamkami.

– Otworzymy, żeby sprawdzić, czy materiał jest w środku? – zapytał.

– Nie – odparła Walling. – Wycofamy się i wezwiemy zespół. Mają odpowiednią ochronę.

Ponownie wyciągnęła telefon. Gdy wzywała zespół radiologiczny i wsparcie, Bosch podszedł do przedniej części pikapa. Przez okno zajrzał do szoferki. Pośrodku deski rozdzielczej leżało niedojedzone burrito na zgniecionej brązowej torebce. Część kabiny po stronie pasażera również przykrywały śmieci. Wzrok Boscha zatrzymał się na aparacie fotograficznym, który spoczywał na starej aktówce z urwanym uchwytem, leżącej na siedzeniu pasażera. Aparat nie sprawiał wrażenia brudnego ani zepsutego. Wyglądał na zupełnie nowy.

Bosch pociągnął klamkę. Drzwi były otwarte. Zrozumiał, że Gonzalves zapomniał o swoim samochodzie i dobytku, gdy cez zaczął parzyć mu ciało. Wysiadł i szukając pomocy, powlókł się w stronę parkingu, zostawiając wszystko na łasce losu.

Bosch otworzył drzwi od strony kierowcy i wsunął do kabiny monitor. Nic się nie stało. Żadnego alarmu. Wyprostował się i zawiesił aparat na pasku. Z kieszeni wyciągnął parę lateksowych rękawiczek i nakładając je, słuchał, jak Walling rozmawia z kimś o znalezieniu świni.

– Nie, nie otwieraliśmy – powiedziała. – Mamy otworzyć?

Słuchała przez chwilę.

– Tak myślałam. Przyślij ich tu jak najprędzej i może już wreszcie się to skończy.

Bosch sięgnął do kabiny i wyjął aparat fotograficzny. Był to cyfrowy nikon. Przypomniał sobie, że pod łóżkiem w sypialni Kentów technicy znaleźli pokrywkę obiektywu aparatu tej marki. Sądził, że ma w ręku aparat, którym zrobiono zdjęcie Alicii Kent. Włączył go i tym razem nie był bezradny, mając do czynienia z urządzeniem elektronicznym. Miał własny aparat cyfrowy, który zwykle zabierał ze sobą, jadąc do Hongkongu, by zobaczyć się z córką. Kupił go, gdy wybrali się razem do chińskiego Disneylandu.

Nie miał wprawdzie nikona, ale szybko się zorientował, że w aparacie nie ma zapisanych żadnych fotografii, ponieważ wyciągnięto z niego kartę pamięci.

Odłożył aparat i zaczął przeglądać stertę rzeczy na fotelu pasażera. Poza aktówką był tam dziecięcy pojemnik na kanapki oraz podręcznik obsługi komputera Apple i pogrzebacz do kominka. Żadna z tych rzeczy nie miała związku ze sprawą i żadna go nie interesowała. Na podłodze przed siedzeniem zauważył kij golfowy i zwinięty plakat.

Odsunął na bok brązową torebkę i burrito, po czym oparł się łokciem o podłokietnik między fotelami, aby sięgnąć do schowka. Spoczywał w nim tylko jeden przedmiot – broń. Bosch wyciągnął ją i obrócił w dłoni. To był rewolwer Smith amp; Wesson kaliber.22.

– Chyba mamy narzędzie zbrodni – zawołał.

Walling nie odpowiedziała. Wciąż stała za pikapem, z ożywieniem wydając polecenia przez telefon.