Bosch odłożył rewolwer do schowka i zamknął go, uznając, że lepiej zostawić broń na miejscu do przyjazdu ekipy kryminalistycznej. Znów zerknął na zwinięty plakat i z czystej ciekawości postanowił go obejrzeć. Wspierając się na podłokietniku, rozwinął go na zaśmieconym siedzeniu. Plakat przedstawiał dwanaście pozycji jogi.
Bosch natychmiast przypomniał sobie prostokątne odbarwienie, które widział na ścianie w pokoju do ćwiczeń w domu Kentów. Nie miał pewności, ale przypuszczał, że rozmiar plakatu pasowałby do tamtej plamy. Szybko zwinął plakat i zaczął się wycofywać z kabiny, aby pokazać Walling swoje znalezisko.
Wysiadając, zauważył, że oparcie dzielące siedzenia pełni także funkcję schowka. Zatrzymał się i go otworzył.
Zamarł. W schowku był uchwyt na kubek, w którym tkwiło kilka stalowych kapsułek przypominających spłaszczone na obu końcach pociski. Lśniąca stal przypominała srebro. Można ją było nawet pomylić ze srebrem.
Bosch wziął monitor i wykonał kilka okrężnych ruchów nad kapsułami. Nie usłyszał alarmu. Obrócił aparat w rękach. Na boku urządzenia dostrzegł mały przełącznik. Przesunął go kciukiem. I nagle zawył alarm, wydając serię dźwięków z taką częstotliwością, że brzmiało to jak jeden przeciągły ryk syreny, od którego pękały bębenki.
Bosch wyskoczył z kabiny i zatrzasnął drzwi. Plakat wylądował na ziemi.
– Harry! – krzyknęła Walling. – Co się dzieje?
Podbiegła do niego, zamykając o biodro klapkę telefonu. Bosch wyłączył monitor.
– Co się dzieje?! – zawołała.
Bosch pokazał drzwi pikapa.
– W schowku jest broń, a w środkowej przegródce cez.
– Co?
– W schowku pod środkowym oparciem jest cez. Gonzalves wyjął kapsuły ze świni. Dlatego nie miał ich w kieszeni. Były w oparciu między siedzeniami.
Dotknął prawego biodra – miejsca, które poparzył sobie Gonzalves. Gdy siedział w pikapie, ta część ciała znajdowała się tuż obok schowka pod oparciem.
Rachel przez długą chwilę milczała, patrząc w jego twarz.
– Nic ci nie jest? – zapytała w końcu.
Bosch omal się nie roześmiał.
– Nie wiem – powiedział. – Spytaj za dziesięć lat.
Wahała się, jak gdyby wiedziała coś, czego nie mogła mu wyjawić.
– Co?
– Nic. Ale mimo wszystko powinni cię zbadać.
– I co zrobią? Słuchaj, nie byłem w kabinie tak długo. Na pewno krócej niż Gonzalves, który dosłownie na tym siedział. Prawie z tego jadł.
Nie odpowiedziała. Bosch podał jej monitor.
– Był wyłączony. Myślałem, że jest włączony, gdy mi go dałaś.
Wzięła aparat i obejrzała.
– Też tak myślałam.
Bosch uświadomił sobie, że zamiast na pasku, nosił monitor w kieszeni. Dwa razy wyjmując go i chowając, prawdopodobnie nieświadomie go wyłączył. Spojrzał na pikapa, zastanawiając się, czy to możliwe, że właśnie zaaplikował sobie groźną dla zdrowia albo życia dawkę promieniowania.
– Muszę się napić wody – powiedział. – Mam w bagażniku butelkę.
Podszedł do tyłu swojego samochodu. Chowając się przed Walling za uniesioną klapą bagażnika, oparł się rękami o zderzak, starając się rozszyfrować sygnały, jakie jego ciało wysyłało do mózgu. Czuł, że coś się z nim dzieje, lecz nie wiedział, czy to reakcja fizjologiczna, czy przyczyną dreszczy są emocje wywołane tym, co się przed chwilą stało. Przypomniał sobie, co lekarka mówiła o poważnych obrażeniach wewnętrznych, jakich doznał Gonzalves. Czyjego układ odpornościowy przestaje działać? Czy też już spływa do ścieku?
Nagle w myślach mignął mu obraz córki na lotnisku, gdzie widział ją ostatni raz.
Zaklął głośno.
– Harry?
Bosch wyjrzał za klapę bagażnika. Rachel szła w jego stronę.
– Ludzie już tu jadą. Będą za pięć minut. Jak się czujesz?
– Chyba w porządku.
– To dobrze. Rozmawiałam z szefem zespołu. Sądzi, że ekspozycja była za krótka, żeby miała jakieś poważniejsze skutki. Mimo to powinieneś pojechać na izbę przyjęć i się zbadać.
– Zobaczymy.
Sięgnął do bagażnika i wyciągnął litrową butelkę wody ze swojego zestawu awaryjnego. Przydawała mu się podczas trwających dłużej niż zwykle obserwacji. Otworzył ją i pociągnął dwa duże hausty. Woda nie była zimna, ale dobrze mu zrobiła. Zupełnie wyschło mu w gardle.
Zakręcił butelkę i włożył do bagażnika. Podszedł do Walling. Po drodze spojrzał w stronę południa. Zdał sobie sprawę, że alejka biegnie za punktem Easy Print i ciągnie się wzdłuż zapleczy sklepów i biur na Cahuenga. Sięgała aż do Barham.
W alejce w mniej więcej dwudziestometrowych odstępach stały zielone kontenery na śmieci, ustawione prostopadle do tyłu budynków. Bosch uświadomił sobie, że kontenery zostały wysunięte z przestrzeni między budynkami i ogrodzonymi dziedzińcami. Tak jak w Siłver Lake, był dzień wywozu śmieci i kontenery czekały na miejskie śmieciarki.
Nagle wszystko pojął. Jak gdyby doszło do syntezy. Dwa elementy łączą się ze sobą, tworząc coś nowego. Szczegóły zdjęć z miejsca zbrodni, które nie dawały mu spokoju, plakat z pozycjami jogi, wszystko nabrało sensu. Promienie gamma przeszyły jego ciało i rozjaśniły mu myśli. Już wiedział. Zrozumiał.
– To śmieciarz.
– Kto?
– Digoberto Gonzalves – odrzekł Bosch, spoglądając w głąb alejki. – Jest dzień wywózki. Wystawiono kontenery, żeby śmieciarki mogły je opróżnić. Gonzalves jest śmieciarzem, śmietnikowym nurkiem. Wiedział, że dzisiaj wystawiają kontenery i że warto będzie tu przyjechać.
Popatrzył na Walling i dokończył myśclass="underline"
– Podobnie jak ktoś jeszcze.
– Chcesz powiedzieć, że znalazł cez w kontenerze ze śmieciami?
Bosch skinął głową, wskazując alejkę.
– Tam na końcu jest Barham. Barham można dojechać do Lake Hollywood. Lake Hollywood można dojechać na punkt widokowy. Sprawa nie wychodzi poza jedną stronę mapy.
Walling stanęła przed nim, zasłaniając mu widok alejki. Bosch usłyszał w oddali syreny.
– Co chcesz przez to powiedzieć? Że Nassar i El-Fayed ukryli cez w kontenerze u stóp wzgórza? A ten śmieciarz go znalazł?
– Chcę tylko powiedzieć, że odzyskałaś cez, więc znowu mamy do czynienia ze sprawą zabójstwa. Z punktu widokowego można dojechać na tę alejkę w ciągu pięciu minut.
– Co z tego? Skradli cez i zabili Kenta tylko po to, żeby tu przyjechać i ukryć materiał? Tak sądzisz? A może sądzisz, że po prostu go wyrzucili? Po co mieliby to robić? Czy to w ogóle ma sens? W ten sposób nie wywołaliby paniki, a przecież o to im chodzi.
Bosch zwrócił uwagę, że tym razem zadała sześć pytań naraz, ustanawiając zapewne nowy rekord.
– Sądzę, że Nassar i El-Fayed w ogóle nie mieli w rękach tego cezu – odparł.
Podszedł do toyoty i podniósł z ziemi zwinięty plakat. Podał go Rachel. Syreny wyły coraz głośniej.
Walling rozwinęła plakat i spojrzała na niego.
– Co to jest? Co to znaczy?
Bosch zabrał plakat i zaczął go rolować.
– Gonzalves znalazł go w tym samym kontenerze, w którym znalazł broń, aparat i ołowianą świnię.
– No i? Co to znaczy, Harry?
W alejkę skręciły dwa samochody federalnych i ruszyły w ich stronę, omijając slalomem wystawione kontenery. Kiedy się zbliżyły, Bosch zobaczył, że za kierownicą pierwszego wozu siedzi Jack Brenner.
– Słyszysz mnie, Harry? Co to zna…
Nagle Boschowi ugięły się kolana i osunął się na Rachel, zarzucając jej ręce na szyję, aby nie upaść.
– Bosch!
Złapała go i przytrzymała.
– Eee… nie czuję się za dobrze – wymamrotał. – Chyba lepiej będzie… możesz mnie zabrać do samochodu?
Pomogła mu się wyprostować i zaczęła go prowadzić w stronę samochodu. Bosch opierał rękę na jej ramionach, słysząc za sobą trzask zamykanych drzwi, kiedy agenci wysiedli z wozów.