Rozumiałem, że Moskwa była kiedyś olbrzymim miastem — jechało się przez nią godzinę czy więcej, a z zarośli ciągle wyłaniały się zęby wielopiętrowych domów.
W krzakach naprawo od nas coś zaszeleściło.
Ochroniarze natychmiast postawili fotel i chwycili za pistolety. Ciemna tusza przewalała się przez krzaki.
— Nie strzelać! — rozkazała Markiza. — Nie możemy ściągać na siebie uwagi.
— Ucieknie — z żalem powiedział Henryk.
— A co to jest?
Nikt minie zdążył odpowiedzieć, ponieważ z krzaków na otwartą przestrzeń wylazł wy liniały, wcale nie wyglądający groźnie niewielki niedźwiedź brunatny. Wyglądał na rozeźlonego, dlatego nie uciekał, a zatrzymał się na naszej drodze i zaczął mruczeć wolno kiwając głową.
Wszyscy zamarliśmy — zwierz stał na naszej drodze, a ochroniarze nie odważali się strzelać.
— Diabli nadali — powiedział Henryk stojąc obok mnie. — Gdybym był młodszy…
— Tim! — jęknęła Irka. — Gdzie? Stój!
Ale już szedłem, dlatego że tylko ja mogłem odpędzić niedźwiedzia. I tylko ja miałem prawdziwy miecz bojowy, którym powaliłem sponsora. Nie bałem się i nie czułem się bohaterem — niedźwiedź nie był specjalnie duży, a ja nieźle władam mieczem.
Zwierz jakby czekał na bój — wywołał mnie na pojedynek. Gdy zbliżyłem się do niego wstał na tylnych pałach i straszliwie ryknął.
Posuwałem się wolno do przodu z uniesionym mieczem i szukałem wzorkiem miejsca na piersi niedźwiedzia, w które należało trafić mieczem — w serce. Moje serce biło równo i spokojnie — odczuwałem chłodne szczęście myśliwego, który idzie na godnego siebie przeciwnika.
Czułem, że wszyscy zamarli, starają się nie oddychać.
Jest to miejsce — pod lewą łapą!
Zbliżaliśmy się do siebie — zaraz będę musiał zrobić wypad, nie czekając póki niedźwiedź zrobi to pierwszym…
Ale w tym momencie niedźwiedź zachował się zupełnie nie tak, jak się powinien zachowa_ potężny drapieżnik: opadł na cztery łapy i trzęsąc wychudłym wyliniałym zadem rzucił się w gęstwinę.
Z pewnym żalem opuściłem miecz. Czułem się trochę, jakbym to ja stchórzył, a nie niedźwiedź. Pomyślałem, że pewnie wyglądam śmiesznie.
Z tyłu ludzie poruszyli się, zaczęli mówić.
— Dziękuję, Lancelocie — powiedziała Markiza. Odwróciłem się i poszedłem w kierunku fotela.
— Nieźleś go postraszył — powiedział Henryk.
W dziennym świetle zobaczyłem, jaką ma bladą, niezdrową cerę, twarz pobrużdżoną cieniutkimi zmarszczkami. I rzadkie szare włosy. Tutaj, w bezlitosnym blasku dnia, wszystko wyglądało inaczej niż w podziemiu w mętnym świetle lamp. Tylko Irka się nie zmieniła — widziałem ją przecież już i w dzień i w nocy. Była blada, przez powiekę i policzek biegła blizna, wargi rozchylone i widać, że my wybite przednie zęby… Ale Irka podobała mi się właśnie taką i nie widziałem w niej żadnych zmian. Natomiast Markiza, królowa półmroku, wiele straciła w świetle dnia. Jej cera miała ziemisty odcień, wargi spękane, jakby nieustannie je podskubywał zębami, pod oczami ciemne plamy, a na skroniach — błękitne żyłki.
Tylko jej oczy się nie zmieniły — dalej śmiały się, choć dałbym sobie głowę uciąć, że wyczytała w moich oczach rozczarowanie i że jest jej z tego powodu nieprzyjemnie.
— Podejdź do mnie! — poleciła Markiza.
Podszedłem wlokąc za sobą miecz.
— Jesteś moim bohaterem — powiedziała Markiza. — Jestem ci wdzięczna. Pochyl się.
Pochyliłem się.
— Niżej! — W jej głosie zadźwięczał metal. — Na kolano!
Ujęła moją głowę szczupłymi palcami, przyciągnęła i pocałowała w czoło.
— Zuch jesteś — powiedział Henryk, gdy wstałem z kolan. — Gdybym był młodszy też bym się wykazał.
— Nie kombinuj! Uciekłbyś — powiedziała Markiza.
— Miałem bojowy miecz — przypomniałem, żeby obronić Henryka. Lubiłem go, a Markiza niesprawiedliwie go krzywdziła.
Irka milczała.
— A teraz szybko do przodu! — rozkazała Markiza. — Spóźniamy się.
Bez przygód dotarliśmy do dużych drzew.
— To jest park „Sokolniki” — powiedział Henryk jakbym go zapytał dokąd przyszliśmy.
— Park? — zapytałem.
— Miejsce, gdzie chodziło się na spacery.
Z trudem powstrzymałem się od uśmiechu — wyobraźcie sobie człowieka, który dobrowolnie idzie spacerować po ciemnym lesie, gdzie czają się zwierzęta, rusałki, wampiry i cała ta siła nieczysta!
Z prawej mieliśmy otwarty placyk. Zobaczyłem na nim mały sponsorki śmigłowiec, takich maszyn używają sponsorzy, gdy załatwiają sprawy służbowe.
Ominęliśmy helikopter i weszliśmy pod wysoki, w kilku miejscach uszkodzony dach. Ze wszystkich stron otaczały go drzewa, dlatego pod dachem panował półmrok i nie od razu zobaczyłem, że czeka na nas sponsor.
Zamarłem owładnięty przemożnym strachem. Wydarzenie, które miało miejsce na stadionie, już całkowicie wywietrzało z mojej głowy — przecież działałem tam w gorączce bitwy, przepełniony strachem o siebie i gniewem za Dobrynię. Teraz wszystko wróciło na swoje miejsce, i od razu poczułem się jak pupilek, którego można ukarać albo pozbawić obiadu. Zatrzymałem się wcześniej niż fotel Markizy. I marzyłem o tym, żeby sponsor mnie nie zobaczył, o zobaczywszy — nie rozpoznał. Chciałem wyrzucić miecz, straszną poszlakę.
„Zaraz mnie wydadzą! — zrozumiałem nagle. — Jestem w pułapce! Wydadzą mnie, sponsor mnie rozszarpie, a oni zostaną nagrodzeni”.
Stałem obok Irki. Uginały się pode mną kolana.
Henryk wystąpił do przodu.
— Nikt nas nie śledził — powiedział.
— Wierzę — powiedział sponsor. — Dzisiaj jest niedobry dzień.
— Gorszy już być nie może — zgodziła się Markiza.
Sponsor wolno przesuwał spojrzeniem po naszej grupce. Jak wszyscy sponsorzy poza domem nosił małe czarne okulary, wyglądało to komicznie.
To był wysokopostawiony sponsor. Z trzema paskami na czole i pomarańczowym kręgiem na piersi. Z dwoma paskami widziałem jednego — przyjechał w gościnę do sąsiada, i wszyscy sponsorzy gadali o tym wydarzeniu przez kilka dni. Ale z trzema paskami — takich nie ma! To jakby zobaczyć niemowlę z dwoma głowami. Pomarańczowy okrąg wskazywał, że sponsor należy do Zarządu Ekologicznej Obrony. Pani Jajbłuszko wiele razy marzyła na głos, że pana Jajbłuszko przenoszą do Zarządu. Tam są zupełnie inne warunki!
— Sijniko, kto kazał wymordować ludzi? — zapytała Markiza gwałtownie, jakby miała prawo do zadawania pytań. Malutki człowiek, rozmawiający takim tonem ze sponsorem, wydawał mi się szczeniakiem ujadającym na tygrysa. Szczeniak jest głupi, a Markiza mądra. Ale pytanie jej było bezczelne, nieznośne, niedopuszczalne, dlatego że wszyscy wiedzieliśmy — ludzi kazali wymordować sponsorzy. Przy tym zapytano o to sponsora. Odruchowo chwyciłem rękojeść miecza, oczekując że sponsor rozszarpie Markizę. Ale sponsor był zupełnie spokojny. Nawet więcej — zanim odpowiedział wolno usiadł na ziemi, tak że jego głowa była teraz na poziomie mojej i Markiza nie musiała teraz zadzierać głowy rozmawiając z nim. Jeśli nigdy nie spotkaliście sponsora, to możecie się zdziwić widząc takie zachowanie, ale ja wiem, że dla sponsorów nie istnieją takie pojęcia, jak „wstyd”, „niezręczność”. Sponsor nie może powiedzieć: „To nie wypada”. Wypada wszystko, co jest wygodne.
— Domyślasz się — powiedział sponsor.
— Nie można było powstrzymać tego morderstwa?