Выбрать главу

— Nie było mnie tam. I nie było też nikogo z moich ludzi. Uderzenie było zaskakujące. Formalnie oni są w porządku: prawo ponad wszystko. Sponsora nie wolno zabić. Jeśli ktoś to widział — musi umrzeć. Dla dobra innych. Dlatego że jeśli ludzie zobaczą, jak zabito sponsora, to zechcą zabijać innych.

— I ty w to wierzysz?

— Oczywiście. Dowolne państwo może się utrzymać tylko dzięki prawu. Z drugiej strony, znakomicie rozumiem, że doszło do fatalnej pomyłki. Zginęli nie ci ludzie. Dlatego miejmy nadzieję, że nikt się tego nie dowie.

— A jak to sobie wyobrażasz? Ludzie poszli z domów na stadion. Natomiast ze stadionu przynoszą ich zwłoki. Jak to sobie wyobrażasz?

— Nieszczęśliwy przypadek — powiedział sponsor. — Nikt nie zna przyczyny.

— Czy ty jesteś tak naiwny?

— Ani jeden świadek napaści na sponsora nie uszedł z życiem.

— Wierzysz w to?

— Tak — twardo oświadczył sponsor, ale jego okulary wpiły się we mnie, a po drżeniu jego szyi zrozumiałem, że jest bardzo zdenerwowany i bezradny. Ciekawe, czy moi współtowarzysze też to wiedzą?

Na znak Markizy Henryk zrobił dwa kroki do przodu i podał sponsorowi wideokasetę.

— Co to jest? — zapytał tamten.

— Na tej kasecie jest nagrane wszystko — od pierwszej chwili do ostatniej.

— Uruchomiliście latające oko? Po co? I nikt go nie zauważył?

— Twoi przyjaciele mieli inne zmartwienia. Wiesz, że przy okazji zlikwidowano połowę moskiewskiej milicji?

— To straszne — powiedział sponsor. Otworzył pięść i popatrzył na kasetę.

— Zdajesz sobie sprawę, że to nie ostatnia kopia.

— Rozumiem — powiedział sponsor. Był załamany.

Pod dachem zapanował cisza.

— Jak sama rozumiesz — powiedział w końcu sponsor zwracając się do Markizy — ci, co zrobili to, zrobili — świadomie. Dlatego, że są przeciwnikami naszego zbliżenia z ludźmi.

— Wiem — powiedziała Markiza. — Dlatego byłam zdziwiona, że ich bronisz.

— Jestem jednym z nich. — Sponsor Sijniko uśmiechnął się — skóra na czole zebrała się w gruchę. — Moje intelektualne opinie, mój rozum, moje przekonanie, że możemy utrzymać Ziemię tylko jeśli będziemy współpracować z lojalnymi ludźmi — wszystko to usuwa się na dalszy plan, gdy powstaje zagrożenie dla mojej rasy.

Pod zadaszeniem znowu zapanowała cisza. Zakłóciła ją Markiza.

— Dla mnie ważne jest wiedzieć — powiedziała — czy to było działanie wściekłego idioty czy pozbawionego humanitarnych odruchów formalisty? A może za tym stoi Ajletiko, a wtedy to jest świadoma akcja i od dzisiaj wasza polityka się zmieni?

— Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie — powiedział sponsor Sijniko. — Nie mam dowodów.

— Powinieneś wiedzieć. Od rozwiązania tego problemu zależy nasze przyszłe postępowanie.

— Nie śpieszcie się.

— Mamy atuty.

— Jesteś pewna, że to atuty?

— Chcieliście, żeby zginęli wszyscy, którzy widzieli śmierć sponsora. Posunęliście się nawet do wytrucia połowy moskiewskiej milicji…

— Przecież wiesz, że nie mam z tym nic wspólnego!

— Ale jesteś odpowiedzialny!

— Mamy odmienne zasady moralności — oświadczył sponsor — dlatego trudno jest nam ze sobą dyskutować.

— To co się stało jest dla was niewygodne, niezależnie od waszych zasad. Istnieje taśma z zapisem przestępstwa.

— Mów dalej. — Sijniko zaniepokoił się.

— Mamy też inny argument.

— Wiem. — Sponsor Sijniko pogłaskał ręką grzebień, oznaczało to, że jest zadowolony ze swojej przenikliwości. — Wiem, że za twoimi plecami stoi gladiator, właśnie ten, który popełnił zbrodnię. Ku mojemu zdziwieniu udało ci się go przejąć. Dlatego podejrzewam, że wszystko, co się stało na stanie zostało zaplanowane i zrealizowane przez ciebie, Markizo!

— Nie gadaj bzdur, Sijniko.

Byłem zszokowany tonem, w jaki prowadzona była to rozmowa. Rozmówcy zwracali się do siebie jak starzy znajomi. Nie mogłem zrozumieć, jakie, w końcu, stosunki panują pomiędzy słabą Markizą i potężnym sponsorem. W każdym razie wyglądało na to, że Markiza się go nie boi albo dobrze udaje, że się nie boi.

— Gladiatorze, podejdź do mnie — powiedział pan Sijniko. Zerknąłem na Markizę.

— Idź, nie bój się.

— Ja się nie boję — powiedziałem, ale bałem się, ponieważ byłem pupilkiem i wiedziałem, że kiedy pan lub pani cię wołają, musisz grzecznie iść, nawet jeśli w perspektywie jest lanie.

— Powiedz mi — powiedział sponsor wpijając się w moje oczy czarnymi okularami — czy znałeś Markizę wcześniej, przed zostaniem gladiatorem?

— Widziałem ją — przyznałem się.

— Czy zrobiłeś wszystko na jej polecenie? — Czarne okulary skrywał oczy. Było to mało przyjemne. Nie mogłem powstrzymać się od udzielania odpowiedzi, chociaż nie chciałem mu odpowiadać.

— Nie miałem żadnych rozkazów. Broniłem Dobryni.

— Przestań go przesłuchiwać, Sijniko — usłyszałem głos Markizy. — Niczego przed tobą nie ukrywamy. Lancelot może być głównym atutem w grze.

— Rozumiem — zgodził się sponsor. — Ale na twoim miejscu nie ukrywałbym go.

— Dlaczego?

— Bo on jest teraz niczym gorący kartofel — chwycisz go to się poparzysz. Szuka go teraz cała milicja.

— Jej resztki?

— Nie trzeba ich niedoceniać. Jego zdjęcia ma każdy milicjant i tajny agent. Podejrzewają, że ukrył się w metrze.

— Zdążyli!

— Radzę ci — rozstań się z Lancelotem.

— A jak myślisz — po co go wzięłam ze sobą?

— Żeby mi pokazać. Może żeby szantażować mnie.

— Głupi jesteś. — Markiza uśmiechnęła się. — Chcę, żebyś zabrał Lancelota ze sobą i ukrył go. Na razie.

— Zwariowałaś! To przestępstwo!

— Nie pierwsze i nie ostatnie przestępstwo. Za przyjaźń ze mną trzeba płacić. Siedzimy w jednej łódce, sponsorze.

— Ale ja nie mam gdzie go schować!

— Właśnie ty możesz go schować. Wiesz, kim był Lancelot, zanim trafił do gladiatorów?

— Skąd mogę wiedzieć, skoro nie jest z dobrej rodziny?

— Wcale nie jest z rodziny.

— Ze stadniny? — Sponsor od razu się nastroszył.

— To jest zbiegły pupilek.

— Pół roku temu? — Sponsor zwrócił na mnie swoje czarne okulary. — Byłeś pupilkiem pana Jajbłuszko?

— Tak — odpowiedziałem. — W Puszkino.

— Dziwny młody człowiek — powiedział sponsor przekrzywiając na bok głowę. — Chciałbym rozkręcić cię na drobne śrubki i sprawdzić czym się różnisz od pozostałych ludzi. Czy ty wiesz, że jesteś pierwszym w historii naszej przyjaźni pupilkiem, któremu udało się uciec z powodzeniem?

— To nieważne.

— A potem został gladiatorem i… nawet zabił pana! Koniecznie muszę przejrzeć twoją kartę genetyczną.

— No właśnie — powiedziała Markiza. — W swojej stadninie.

— To niebezpieczne!

— To jest najbezpieczniejsze miejsce!

— Nie mogę tak ryzykować.

— Komu przyjdzie do głowy szukać pupila w stadninie pupili? — wtrącił się milczący od dłuższej chwili Henryk.

— A kiedy cała ta wrzawa ucichnie wezmę go do siebie — powiedziała Markiza. — Mnie też się przyda.

— Może coś i jest w tej propozycji… — zawahał się sponsor.

— To nie propozycja. To prośba, której nie możesz odmówić… Do roboty.

— Sam na sam!

— Zgoda — powiedziała Markiza. — Henryku, dopilnuj, żeby moi chłopcy i Lancelot odeszli trochę dalej od zadaszenia. Potem wrócisz tu.